środa, 7 maja 2014

O szamanie, co miał cedrową duszę


W czasach gdy Ludzie i Duchy zgodnie współistnieli na ziemiach rozleglej i surowej tajgi, w plemieniu Szarego Wilka szamańską posługę pełnił Viettelijar. Od lat z niepokojem obserwował on powolny upadek swego plemienia, które mimo iż wydawało zdrowych i silnych potomków, nie miało takiego poparcia Duchów, jak niegdyś. Młodzi myśliwi mimo celnego oka odnosili więcej porażek niż sukcesów i nie raz bywało, że ludziom głód w oczy zaglądał. Od kilku pokoleń Duchy nie powoływały też na swoich posłańców nikogo z ludu Szarego Wilka, toteż szamanów wskazywali ludzie. Nie byli jednak oni w stanie sprostać w pełni swoim zadaniom, nie umieli leczyć chorób, jak ich przodkowie, a ich wzrok i słuch był stępiony. Viettelijar wiedział, że bez silnego szamana, który wprost od Duchów pochodzić będzie, plemię Szarego Wilka nie przetrwa. Wznosił więc modły do bogów i duchów, ale pozostawały one bez odpowiedzi.
Zdarzyło się jednak i tak, że modły te podsłuchał mały lis o imieniu Ovela. Lubił on starego szamana, za to, że ten uwolnił go z sideł, gdy Ovela był jeszcze małym szczenięciem. Postanowił mu pomóc i gdy Księżyc zbliżał się do pełni poradził mu co zrobić.
- Idź nocą do lasu i wybierz silne ale młode drzewo. Poznasz go po ciekawości świata, jakie srebrem się mienić w księżycu będzie i gałęziach rozłożystych na wszystkie strony. Złóż mu ofiarę z kropli krwi swojej i pieśnią o dobrach twego świata opowiedz. Na koniec zaproś go i daj mu matkę.
Vittelijar ucieszył się z tej rady i nocą do lasu wyruszył. Księżyc już był wysoko na niebie, gdy ujrzał przed sobą cedr wielki, choć młody. Srebrzył się w świetle Księżyca a gałęzie jego szeroko się rozkładały.


Szaman naznaczył cedrową korę kropla swej krwi i zaintonował pieśń dla Ducha tego drzewa.
Setri, bo tak miał na imię cedrowy duch zaciekawił się tym, co pieśń ze sobą przyniosła. A były w niej historie wspaniałe o rzeczach niezwykłych, które nie w pełni rozumiał. O silnych emocjach, uczuciach, które drzewom tylko z nazwy są znane. Przede wszystkim zaś zaciekawił go ruch, który pozwalał poznać świat we wszystkich kierunkach, nie tylko w stronę Słońca i Gwiazd.
- Dziwne i ciekawe rzeczy opowiadasz mi człowieku.
- I prawdziwe, Duchu Cedrowy. Możesz je poznać, jeśli zgodzisz się pójść ze mną. Dam ci matkę, która pomoże przejść do naszego świata. Będziesz mógł go poznawać i doświadczać w pełni, nie zatracając własnej istoty. – Kusił Vittelijar i tylko błysk w oku świadczył, że ten pakt ma też swe ciemne strony. Drzewa jednak nie umieją tego dostrzec, a i kropla krwi szamana wsiąkała w cedrową korę mamiąc jasność widzenia Setriego.
- Dobrze, zabierz mnie do swego świata i pokaż mi go. – Powiedział.
Vittelijar obiecał mu to i następnej nocy rozpoczął rytuał. Wcześniej opowiedział o wszystkim wodzowi plemienia, a ten rad z tego, wybrał na matkę dla Setriego jedna ze swych córek.
O wchodzie Księżyca, zawsze ciekawy świata Setri poczuł wypełniającą go od korzeni po koronę magię przynależną ludziom. I magia ta zaczęła ciągnąć Cedrowego Ducha w inny świat. Setri miał wrażenie, że coraz szybciej spada w jakiś tunel, nad nim odpływał Księżyc i Gwiazdy w szaleńczym tańcu, a on sam zatraca się w otchłani. I po raz pierwszy w swym cedrowym życiu poczuł czym jest strach i umiał go już nazwać. Zrozumiał też czym jest ciasnota i ciemność, które zdawały mu się trwać bez końca, zabierając wspomnienia i świadomość prawdziwej istoty jego duszy. Aż do czasu gdy stały się one tylko odległą tęsknotą i snem. Wtedy nadeszło doświadczenie bólu, ale nie umiał go już nazwać słowami. Wiedział tylko, że wydobywa się z niego płaczem i krzykiem, a koi go dotyk i ciepło kobiety którą nazywał matką.
I tak Setri urodził się w świecie ludzi. Stary Vittelijar wskazał go plemieniu Szarego Wilka jako przyszłego szamana, który po nim przejmie tę funkcję.
Cedrowy Chłopiec, jak czasem nazywała go matka, rósł szybko i zdrowo. Jednak różnił się od innych dzieci. Umiał słyszeć głosy Duchów, rozumiał mowę zwierząt, kamieni i potoków, widział świat ludzi i świat za zasłoną materii. Uśmierzał bóle w trzewiach samym dotykiem, pod jego dłońmi goiły się rany. Duchy chorób schodziły mu z drogi, toteż zanim jeszcze zrobił swój pierwszy szamański bęben, ludzie z plemienia szukali u niego rady i uzdrowienia.
Uczył się pilnie od starego szamana, więc nim osiągnął wiek męski, znał już historię powstania świata, oraz dzieje plemienia, znał wszystkie rytuały, oraz umiał przywołać w potrzebie ludzka magię.
I gdyby nie dziwna tęsknota, która zawsze obecna była w jego sercu i spojrzeniu, byłby szczęśliwy. Ale te ulotne chwile szczęścia odczuwał tylko, gdy samotnie zagłębiał się w cedrowe lasy tajgi. Jedno zwłaszcza drzewo przyciągał go do siebie. Bo w nim jednym nie widział i nie słyszał ducha. Mimo, że rosło, chociaż wolniej niż inne, zdawało mu się być puste i martwe. Jednak Duchy innych cedrów nabierały żywicy w usta, gdy je o to pytał i tylko smutno patrzyły gdy odchodził do ludzi.
Tuż po tym, jak osiągnął wiek męski i wykonał swój bęben zmogła go gorączka.
Setri przez siedem dni i siedem nocy leżał, jak bez życia. I tylko stary Viettelijar domyślał się gdzie była i czego doświadczała cedrowa dusza młodzieńca. Ta zaś zawędrowała w dalekie światy, aż do samego Drzewa Światów. Tam Setri spotkał się z Duchem Pierwszego Cedru i poznał kim jest w swej istocie.
Najpierw zatrząsł nim gniew straszny, tym silniejszy, że przez ludzkie doświadczenie poznany. Potem smutek zawładnął jego sercem, bo zrozumiał czym była tęsknota zawsze przy nim obecna. W końcu zapłakał z tego bólu i rozdarcia.
- Co ja zrobiłem, mój ojcze? – Wyrzucał sobie, leżąc u stóp Pierwszego cedru.
- Byłeś zawsze ciekawski, jak małe rysie, które się na nasze pnie wspinają, chciałeś świat poznawać dalej niż sięgają twe korzenie i gałęzie. Nie płacz zatem synu, poznaj świat ludzi, którym zawsze chętnie pomagaliśmy. Dzięki tobie, twojej wiedzy i my staniemy się silniejsi i mądrzejsi.
- Ojcze, ale tęsknota mnie wypala, jakże mam żyć między nimi, gdy dusza moja cedrową jest częścią?
- Ludzki żywot przy naszym jest jak siedem oddechów, krotki i ulotny. Daj im zatem siłę i wykorzystaj czas ludzkiego życia na poznanie nowego.
- A czy tęsknota wówczas zgaśnie?
- A czy nie było jej w twoim cedrowym życiu? – zapytał Pierwszy Cedr z uśmiechem.
Setri musiał przyznać przed sobą, że była, choć nie umiał jej wówczas nazwać, ale na chwilę gasła gdy zaspokajał ciekawość.
W drodze powrotnej Setri przeszedł jeszcze przez ogień, który tym był straszliwszy dla niego, że dotykał serca drzewa, ale zdołał go ugasić życiodajną wodą. Tak oczyszczony zbudził się po siedmiu dniach i nocach w jurcie matki, jako pierwszy od pokoleń Wielki Szaman.
Przez następne lata niósł swą posługę dla plemienia Szarego Wilka. Pojął tez za żonę najpiękniejszą z dziewcząt, Aurinko, nazywaną Słońcem swego ludu. Wraz z nią zapoczątkował ród silnych szamanów, których same cedrowe duchy wskazywały na swych posłańców. Nauczył też ludzi ze swego plemienia jak wykorzystać moc i siłę cedrowych drzew, tak, że właśnie one stały się żywicielami i uzdrowicielami ludzkich braci Setriego. Za ich sprawą dawne i osłabione plemię Szarego Wilka przekształciło się w silne i wielkie, które nie znało głodu i nie bało się chorób.
A sam Setri nigdy nie zgasił w pełni swej tęsknoty, lecz rozumiał, że każde doświadczenie uczy i rozwija, toteż był wdzięczny bogom, że otrzymał dar poznania ludzkich doświadczeń. Bo to one uczyniły go silnym szamanem i jednym z najmądrzejszych cedrowych drzew.
Gdy zaś ludzki żywot Setriego zbliżał się do końca, pożegnał on swoją żonę, dzieci i wnuki, a potem odszedł do lasu by zasnąć w korzeniach swojego cedrowego drzewa. Tam też pochowano jego prochy, ale dzieci i wnuki Wielkiego Szamana, obdarzone darem widzenia i słyszenia, nie raz jeszcze z jego rad korzystali i często odwiedzali go w lesie.

Agnieszka Cupak
...............
Autor grafiki: Alexey Ulturgashev Abakan

sobota, 3 maja 2014

O trującym zaślepieniu i co z tego wynikło




W czasach gdy zimne lody wróciły na Północ, a ciepło i deszcze znów użyźniały ziemię, ludzie zaczęli osiedlać się w stałych miejscach i łączyć  w coraz większe plemiona.
W jednym z takich dużych plemion rządził Hakiv zwany sprawiedliwym. Miał on córkę, piękną Ivy[1], którą ukochał nad życie. Niczego jej nie odmawiał i rozpieszczał od dziecka. I choć klanem rządził mądrze i sprawiedliwie, miłość do córki zaślepiała go. Nie zauważał szkód, jakie wyrządzało to zaślepienie. Ivy bowiem wyrosła na pannę piękną i powabną, ale krnąbrną i zapatrzoną w siebie. Przechwalała się swoim bogactwem i urodą. Chłopców z osady czarowała długimi złotymi lokami, powabem i pięknymi strojami. Ale rozpieszczona przez ojca pragnęła tylko mieć, nie rozumiejąc czym jest dzielenie się i wspólnota. Nie potrafiła kochać, nikogo poza sobą. Toteż mimo wysokiej pozycji społecznej, wielkiego posagu i urody, jakoś żaden chłopak z osady nie kwapił się do proszenia o jej rękę. Bardzo to złościło kapryśną Ivy, która przywykła do tego, że zawsze dostaje to co chce. Z tej złości zaczęła mówić, że żaden z chłopców nie jest jej godzien i jeśli za mąż wyjdzie to tylko za kogoś wyjątkowego.

- Uroda moja nawet Duchy by zachwyciła. – Przechwalała się tupiąc w złości.
Pewnego dnia zapuściła się w tej złości aż do lasu. Zmęczona i zła zasnęła w cieniu drzewa. Zbudziła się przed zachodem słońca i ujrzała młodzieńca rosłego, który spoglądał na nią ciekawie.
- Kim jesteś? – Spytała nieco przestraszona, bo nie widziała go nigdy wcześniej w osadzie.
- Jestem Imaran. Mieszkam tu. – Powiedział uśmiechając się do niej ciepło.
- Nie spotkałam cię wcześniej.
- Bo nigdy nie wchodziłaś aż tu, do lasu.
- Jesteś panem drzew?
- Jeszcze nie. – Zaśmiał się. – Może kiedyś zostanę jakimś drzewem. Ale też bardzo chciałem poznać świat ludzi. Ojciec mój, Duch Lasów pozwolił mi czas jakiś być między wami. A gdy nadejdzie pora samemu zdecydować czy chcę być drzewem czy człowiekiem.
Ivy uśmiechnęła się w duchu na takie szczęście i zabrała młodzieńca do swej osady. Jej ociec oraz Starszyzna pozwolili mu zamieszkać między sobą, jednak za namową i prośbą córki Hakiv dał mu warunek, że musi poślubić Ivy. Tak się więc stało i nim miesiąc w Pełni na niebie dojrzał Ivy wyszła za mąż.
Imaran okazał się być młodzieńcem rozsądnym i spokojnym. Nie szukał z nikim zwady, za to każdemu chętnie pomagał. Był pracowity i ludziom życzliwy. Uczył się żyć między nimi, choć często nie rozumiał ludzkiego postępowania. Ivy pokochał, tak jak innych, z przyjaźnią i życzliwością. Chciał ją chronić i opiekować się nią, bo tak postępowali mężczyźni i tak nakazywało mu serce.
Nie zapomniał jednak o swoich korzeniach i często do lasu chodził. Pomagał swemu ojcu pielęgnować drzewa i krzewy. Miał między nimi wielu przyjaciół, których znał od orzeszków i nasion. Z którymi wyrastał i z którymi wspólnie odczuwał świat. Od nich uczył się bycia drzewem, a oni od niego poznawali świat ludzi.
Wracał jednak zawsze do żony, która nie lubiła jak zbyt długo w lesie zabawiał.
Coraz częściej robiła mu z tego powodu wyrzuty.
- Tu jest teraz twoje miejsce Imranie, przy mnie. Bo to ja daję ci rozkosz i uczę jak być człowiekiem. Ty jednak wolisz las i zeschłe liście niż moje wdzięki. Spróchniałe wierzby i wykrzywione sosny są dla ciebie piękniejsze niż ja. – Dąsała się z udawanym szlochem.
- To jest moja rodzina i przyjaciele, Ivy, tak jak ty. – Próbował tłumaczyć żonie, lecz ona tylko bardziej się dąsała.
Imran nie chciał by się smuciła, więc coraz rzadziej do lasu chodził, a jeśli już to na krótko. Czasem nawet  żonie nie mówił gdzie bywał, lecz poznawała to po zaplątanym igliwiu i liściach we włosach.
I choć potrafił magią Duchów wszystkie kłótnie i swary między ludźmi gasić, tak jej jednej nie umiał zadowolić. Ivy bowiem gdy już coś miała,  chciała mieć tylko dla siebie. Uczucia innych i potrzeby nie były dla niej ważne. Szczęście cieszyło ją tylko własne, o innych się nie troszczyła.
Imran trwał przy niej wiernie, nie narzekając na nic. Ale smutniał coraz bardziej. Zdawał się stawać powoli cieniem. Widzieli to wszyscy, poza jego żoną.
Zobaczył to też Hakiv Sprawiedliwy, ojciec pięknej Ivy. Nie wiadomo czy to smutek Imrana czy sam Duch Lasów zdjął wreszcie zasłonę z jego oczu, dość, że Hakiv ujrzał jaką kobietą stała się  jego córka.
- To moja wina. – Przyznał łkając w rozmowie z zięciem. – Pozwalałem jej na wszystko, spełniałem każdą zachciankę, ale nie widziałem jak bardzo ją tym krzywdzę. Jak straszliwą kształtuję. Nie wiem czy jest jeszcze czas i nadzieja by Ivy odmieniła swe serce, ale ty mój chłopcze musisz dokonać wyboru. Poznałeś świat ludzi, jego jasne i ciemne strony. Poznałeś czym jest miłość, a czym kłamliwy egoizm. Poszukaj w sercu odpowiedzi, na jakich korzeniach chcesz swoją przyszłość zbudować. Odpowiedz sobie kim jesteś i jaka jest twoja natura.
Imran długo myślał nad słowami teścia. Poznał w sercu, że miłość do żony powoli w nim gaśnie z nieodwzajemnienia. Zaczynał rozumieć czym jest kłamstwo i  chciwość. Spotykał je od 13 Księżyców życia między ludźmi. Nie tylko ze strony żony, ale też wielu innych ludzi. Widział Radę Starszych mamiącą obietnicami bez pokrycia mieszkańców osady, w imię czegoś, co nazywali wyższym dobrem. Poznał iluzje tworzone przez rodziców względem dzieci, w imię mniejszego zła. Poznał wiele innych usprawiedliwień i wyjaśnień na brak prawdy w słowach i sercach.
Poczuł też chłód, który spływał powoli od karku aż do stóp, przejmując dreszczem i dławiąc. Teraz umiał go już nazwać. Był to strach.
Spojrzał w stronę lasu, w którym się urodził, a potem w stronę domu, gdzie przy schodach stała śliczna Ivy. I raz jeszcze spojrzał na las.
Dziewczyna zrozumiała co się dzieje. Aż się zatrzęsła z gniewu. Nie zamierzała pozwolić by Imran wrócił na zawsze do lasu. Zbiegła do niego i uchwyciła się mocno, oplotła ramionami i zaczęła szlochać.
- Nie potrafię być człowiekiem, moja Ivy. – Powiedział ocierając łzę i odsuwając się od niej.
Mimo protestów, szlochów, dąsów i złości żony, Imran wrócił do lasu i przyjął w pełni własną naturę. Z czasem wyrósł na silne i potężne drzewo, głęboko zakorzenione w ziemi, z której magia brała swój początek. Z jego orzechów zrodziły się wiązy, które nosiły w sobie pamięć o ludzkich doświadczeniach Imrana. I na zawsze stały się ludziom przyjazne, pomagając im łagodzić  spory, zawiązywać szczere przyjaźnie i sojusze. Uczą ich też widzenia i rozumienia prawdy, życzliwości i tolerancji.
Uśmierzają też bóle, leczą choroby, a gdy nadchodzi kres ludzkiego życia, odprowadzają nas do Kraju Przodków i nie pozwalając zawrócić z tej drogi.
Nigdy się jednak nie uwolniły od zaborczości Ivy. Ta bowiem, gdy Imran wrócił do lasu, nie zdołała się pogodzić ze stratą. Nie dostrzegała, że sama stała się trucizną, która zatruła jego miłość.
Tygodniami wracała do lasu, szukając drzewa, którym mógł stać się Imran, czepiała się kory, wspinała na gałęzie, ale nie umiała rozpoznać męża, gdyż nigdy nie poznała go sercem. W końcu w złości obudziła jakieś mroczne moce, które w każdym lesie śpią ukryte. Te zaś powiedziały jej, że tylko rośliny mogą odszukać siebie nawzajem. Ivy nie dostrzegła ich złośliwych uśmiechów i zażądała by ją zmieniły w roślinę, od której Imran się nie uwolni. Mroczne Duchy chichocząc spełniły jej prośbę i zamieniły w trujący bluszcz. Od tego czasu oplata on drzewa, wspina się po ich pniach i nie chce puścić.  Ale nigdy nie wie, czy to Imran jest panem danego drzewa, więc wciąż go szuka.


[1]Ivy w języku Suahili znaczy bluszcz



Agnieszka Cupak
...................................
Autor grafiki: Josephine Wall

piątek, 2 maja 2014

O dwóch siostrach, którym los różne drogi wyznaczył.



[Ta baśń dedykowana jest Adze Leli, za inspirację i za wszystko inne. Dziękuję ]
W czasach, kiedy lasów i puszcz było więcej niż miast, a ludzie pamiętali o zależnościach między swoim życiem, a życiem świata, w którym istnieli, pewnemu szamanowi urodziły się dwie córki bliźniczki. Dano im na imię Mela i Lela. Duchy zapowiedziały mu, że obie zostaną zapamiętane.
- W tych kołyskach masz przed sobą  Czarną Królową, która da początek najpotężniejszym władcom świata, ale jej synowie zapomną o korzeniach z jakich wyrośli oraz Wielką Wiedzącą, której ród nawet pod jarzmem ogni, mieczy i krwi zachowa pamięć swych korzeni. – Odezwał się głosem szeptu najpierwszy z płotu Duchów Szamana, potężny Kruk.
- Jedną z nich poprowadzi Jeleń, drugą Niedźwiedź. – Dodał Duch Lasu i pochyliwszy się nad śpiącymi dziewczynkami pobłogosławił im.
Dziewczynki rosły zdrowo, były ciekawe świata i zadawały bardzo dużo pytań. Ich ojciec uczył je wszystkiego co sam umie, przekazywał wiedzę, którą dały mu Duchy i tę, która pozwalała przetrwać w puszczy i zrozumieć głos lasu.
Matka zaś uczyła dziewcząt gospodarności, sekretów ziół i kobiecego głosu z wnętrza duszy.
Ani się rodzice obejrzeli, a z dziewczynek wyrosły piękne młode kobiety, gotowe wkroczyć w świat dorosłych.
Ojciec obserwował uważnie Lelę i Melę, ale nie umiał powiedzieć, której pisana droga władzy, a której mądrości. Jednak w czas wiosennego przesilenia Duchy powiedziały, że nadszedł czas by starsza z sióstr wyruszyła samotnie do puszczy poszukać swego przeznaczenia. Siostry, do tej pory nierozłączne długo się żegnały, jakby wiedziały, że ich drogi na zawsze się rozchodzą. Także rodzice pożegnali córkę i pobłogosławili. O świcie Mela ruszyła w głąb lasu.
Nie było jeszcze południa, gdy zatrzymała się nad strumieniem by odpocząć. Ujrzał ją tam przystojny i silny młodzieniec. Uroda Meli oczarowała go i zapragnął zatrzymać ją dla siebie. Mela zaś gdy spojrzała w oczy rosłego młodzieńca, zapomniała po co poszła w głąb lasu. Rozlał się w niej żar i zapragnęła by właśnie on go gasił i rozpalał. Porzuciła, wiec dalszą drogę i poszła za poznanym w lesie wojownikiem, który na tarczy miał wyrzeźbionego niedźwiedzia.
W czasie gdy Mela przeżywała swoje gody jako młoda żona, Lela szykowała się do swojej podróży. I z pierwszym dniem lata ona także weszła do puszczy.
Szła długo, uważnie patrząc pod stopy i słuchając głosu lasu. Nie poddawała się zmęczeniu i starała się panować nad lękiem, choć nigdy wcześniej nie szła przez puszczę sama. Zwykle towarzyszył jej ojciec , a zawsze siostra.
Dodawała sobie jednak otuchy radując się śpiewem ptaków i letnimi promieniami słońca, które przebijały się przez korony drzew.
Było już późne popołudnie, gdy dotarła na małą polankę. Biegły od niej aż cztery ścieżki, każda w inną stronę świata.
Lela zastanawiała się właśnie, którą z nich powinna iść, gdy ujrzała między drzewami wielkiego Jelenia. W promieniach  słońca jego sierść zdawała się mienić na złoto.
Dziewczyna nie zastanawiała się dłużej i pobiegła za zwierzęciem.
Biegła długo, nie zważając na smagające ją gałązki drzew, szarpiące za sukienkę krzewy.
O zachodzie słońca dobiegła do miejsca, gdzie spadająca woda rodziła cztery źródła.
Jeleń zniknął gdzieś w kniejach za to przy źródłach spotkała młodzieńca, o oczach pełnych ciepła i mądrości. Wyglądał niemal zupełnie tak, jak chłopcy z jej osady, ale poczuła od niego bijące moce magii.
- Czekałem na ciebie od dawna. – Powiedział przywołując ją gestem.
Podeszła do niego wiedziona wewnętrznym instynktem.
- Czy jesteś gotowa spojrzeć w rodzącą wodę?
- Chyba tak… Tak. – Odparła nieco przestraszona.
Młodzieniec o oczach zielonych jak liście jesionu, zaprowadził ją na skały u stóp wodospadu.
- Patrz, Lela, patrz i poznaj prawdę.
Lela spojrzała na skłębioną wodę, drobne krople wody chwytały w siebie promienie zachodzącego słońca, tworząc kolorowe smugi światła. Zastygła bez ruchu, klęcząc i pochylając się niebezpiecznie nad krawędzią skał patrzyła w wodę.
Z początku nie widziała nic poza kłębiącymi się falami spadającej wody, po chwili jednak zaczęła w tym rozpoznawać pewne kształty.
Stopniowo nabierały one ostrości i Lela mogła już rozpoznać drzewo. Było ono znajome, a jednak inne. Wiele bowiem widziała już jesionów w lasach i przy domach w osadzie, ale żadne nie było tak wielkie jak to, które teraz widziała. Zdawało się być jednym i wieloma światami jednocześnie. W jego koronach ujrzała budowle potężne, jak świątynie lub zamki, jednak nikt takich jeszcze w świecie nie widział i nie budował. Na tarasach i dziedzicach tych zamków przechadzali się sami bogowie, oraz najpotężniejsze z Duchów, o skrzydłach jaśniejszych od słońca. Nad koroną szybowały olbrzymie orły, czasem przysiadając na najwyższych gałęziach by odpocząć. A gdy lepiej się przyjrzała na spodzie jesionowych liści zdawało się, że skrzą się Gwiazdy i Księżyce. Z zakamarków kory na pniu spadały życiodajne wodospady, wyrastały bujne puszcze i rodziły się tam miasta i osady pełne ludzi.
Przy korzeniach nad jeziorem, ujrzała Lela trzy prządki przy kołowrotkach. Usłyszała ich szept przeznaczony dla jej uszu:
- Wybrałaś swe Przeznaczenie, teraz Stań się by dopełnić Obowiązku.
Lela zadrżała i spojrzała w dół. Teraz ujrzała korzenie jesionu. Sięgały, jak jej się zdawało aż do samych trzewi wszechświata. Wiły się między nimi olbrzymie węże i smoki, a duchy przodków odpoczywały po pracowitym życiu.
Niżej jeszcze ujrzała ogniste krainy gdzie niesprawiedliwych spotykała kara.
Lela długo jeszcze podziwiała najpiękniejsze z drzew, jakie widziała. Zdumiewały ją zamki Duchów związanych z ziemią i korzeniami drzewa, oraz te przynależne bogom i duchom nieba. Szybkość wiewiórek biegających po pniu zadziwiała ją.
- Zobaczyłaś świat, a teraz zacznij Stawać się. – Usłyszała głos swego zielonookiego przewodnika. Wtedy stanęła przed pniem jesionu, a ten otworzył się i ukazał jej ognistą ścieżkę. Lela zawahała się, ale zaraz zebrała w sobie moc przodków i przeszła przez ogień. Następna ścieżka prowadziła po lodzie, ale mimo iż dziewczyna była bosa, nie odczuła chłodu. Potem przeszła przez światło, które ją radowało, a potem przez mrok, który był czarniejszy niż zimowe noce. Na koniec stanęła przed zwierciadłem w jesionowej ramie i spojrzała na siebie. Ujrzała w nim siebie wypełnioną ogniem i lodem, światłem i mrokiem. I przyjęła to wszystko w siebie z pokorą i mocą ziemi, z której wyrosła. A wtedy lustro rozprysło się na miliony odłamków szkła. Wtedy ujrzała złotego Jelenia i pobiegła za nim aż do dwóch źródeł.
- Możesz napić się tylko z jednego powiedział przewodnik.
Lela przyjrzała się obu źródłom. Jedno szumiało życiem wiecznym, drugie mądrością.
- Życie wieczne zatrzymuje w miejscu. Wiedza pozwala iść naprzód. – Powiedziała i zaczerpnęła wody ze Źródła Wiedzy do jesionowego kubka. Pila powoli. A gdy skończyła odwróciła się do młodzieńca o zielonych oczach.
- Jesteś Pierwotnym Jesionem. Posłannikiem Bogów między ludzi. – Powiedziała z uśmiechem. Z jej twarzy bił spokój przynależny istotom pozbawionym wieku.
- Tak Lelu, jestem nim, najpierwszym z jesionowych duchów. Moim domem jest jesion świat, który widziałaś w wodzie, a Bogowie posyłają mnie i tych, którzy z nasienia mego wyrośli by Wam ludziom ich wolę objawiać.
- Teraz to wiem. – Dziewczyna ukłoniła się z szacunkiem przed Duchem pierwszego jesionu.
- Dam ci część mojej mocy, dzięki czemu będziesz wiedziała jak uśmierzać ból w kościach, jak goić rany zadane przez jad węża, jak duchy zmarłych z dala od żywych utrzymać i jak kłótliwych godzić. Dam ci też nasiona, którymi obdarujesz swoich synów i córki.
Lela spędziła w tym tajemnym miejscu jeszcze wiele dni i nocy. Uczyła się od Pierwszego Jesionu oraz od innych Duchów. Poznała też czym jest miłość, czym ból, życie i śmierć, gniew i żal, radość i rozkosz. Nauczyła się też, jak je ze sobą splatać w słowa zapisane tajemnymi znakami.
Dopiero gdy Duch Jesionu uznał, że jest gotowa, wróciła do domu ojca.
Stało się też tak, że to co zobaczyły Duchy przy kołysce sióstr zaczynało się dopełniać.
Mąż Meli, okazał się być synem księcia, który po nim przejął władzę, a z czasem skupił wokół siebie wszystkie plemiona, mówiące tym samym co on językiem. Pod koniec życia założył na skronie swoje i żony koronę.
Mela dała mu kilku zdrowych i dorodnych synów. Najstarszy po ojcu przejął władzę i królestwo, pozostali rozjechali się po świecie i dali początek największym królewskim rodom na świecie. Jednak za sprawą matki, która zaprosiła na swój dwór kapłanów obcych bogów, odrzucili starą wiarę i złożyli śluby wierności nowym bogom. Przestali szanować ziemię i jej dzieci, zapominając o swoich korzeniach.
Melę zapamiętano jako Czarną Królową, gdyż po przyjęciu nowej wiary przywdziała także czerń, na znak pokory względem nowych bóstw.
Duchy nie  myliły się też względem drugiej z sióstr. Lela po powrocie z lasu stała się potężniejszą szamanką niż jej ojciec, ludzie nazywali ją Wielką Wiedzącą. Jej synowie i córki odziedziczyły po niej mądrość, a Duch Jesionu patronował wszystkim z jej rodu, chronił i uczył jak żyć w zgodzie ze  sobą i ziemią, z której korzeni wyrośli.
Gdy zaś obcych bogów narzucili im synowie Czarnej Królowej, przechowywali wiedzą w tajemnicy, nigdy nie zapominając o prawdzie ukrytej w jesionowym świecie.
I w czasach gdy ludzie zagubili wiarę i wiedzę, to właśnie oni przywrócili pierwotny ład i harmonię Jesionu, Drzewa Światów.



niedziela, 27 kwietnia 2014

Baśń o łuczniku, co umiał Śmierć zatrzymać.




W dawnych czasach, na dalekiej północy, gdzie strome góry ostrymi skałami odgradzały ląd od morza, a lasy nawet zimą pozostawały zielone, żył pewien młody łucznik imieniem Yrvem. Był on najlepszym myśliwym z drużyny swego jarla, Ulvego Potężnego. Jego strzały nigdy nie chybiały celu, a w zawodach łuczniczych nie miał sobie równych. Yrvem mimo popularności i szacunku, jakim się w grodzie jarla Ulvego cieszył, był samotny. Żadna z dziewcząt nie roznieciła w nim ognia, mimo, iż osiągnął on już dawno wiek męski. Nie lubił też gwaru biesiad i jeśli nie musiał być na nich z obowiązku, wolał ze swym łukiem po okolicznych lasach i na pobliskich fiordach czas spędzać. Tamm go ciągnęło, tam uczył się świata, słuchał Duchów i tam serce jakąś tęsknotą go gnało.
Zdarzyło się tak, że podczas jednej z takich samotnych wędrówek Yrven dotarł nad odległy strumień, wypływający spod  samej góry. Ujrzał tam dziewczynę wyjątkowej urody. Ona także go ujrzała, ale było już za późno by się mogła schować. Toteż oboje stali nad strumieniem bez ruchy, wpatrując się w siebie.
Nagle jednak powiał chłodny wiatr. Dziewczyna drgnęła i powiedziała cicho:
- Odejdź stąd Yrvenie, zanim mój ojciec odbierze ci oddech.
Młodzieniec zdziwił się, że dziewczyna zna jego imię ale wiedziony jakimś instynktem skinął jej i obiecawszy, że wróci, wycofał się w głąb lasu.

Od tego dnia łucznik często przychodził nad strumień. Tajemnicza dziewczyna czekała tam na niego. Nie minęły trzy Księżyce, a młodzi poddali się czarowi miłości. Voranna, bo tak miała na imię, wzbudziła w Yrvenie ogień, za którym tęsknił. Jednak nie mogła z nim do grodu wrócić i o sobie niewiele mówiła, choć młodzieniec domyślał się kim była.
Poszedł nawet w tej sprawie po radę do mieszkającej blisko osady Seidkone[1]. Pokazał jej pierścień, który dostał od ukochanej.
Stara szamanka wzięła do ręki klejnot aż dreszcz ją do samego serca przeszył. Dla pewności rzuciła jeszcze runy, na gałązkach wyryte, w ogień i w wodę spojrzała i odrzekła:
- Pani twego serca nie z tego świata pochodzi, przynależy do kraju Duchów. Ale ścieżki jej zimne i twarde, nie zielone i radosne, jak ścieżki życia. Ogień w tobie rozpala, ale jej ojciec i bracia gaszą go w innych. Ona jednak jest owocem uczucia, w które rozum wierzyć nie pozwala, a które się zdarzyło. Tylko ten, kto spojrzy w oblicze jej ojca bez lęku, godzien będzie jej ręki. Bacz jednak na cenę, jaką przyjdzie ci zapłacić. Wieki nie muszą okazać się darem, a przekleństwem.
- Moja miłość do niej i ogień jaki rozpala wart jest każdej ofiary.
- Jeśli weźmiesz ją do swego domu, przestaniesz być tylko łucznikiem, staniesz się też posłańcem.
- Niech i tak będzie, jeśli dzięki temu razem z Voranną ogień bezpieczny nasz dom ogrzewać będzie.
I tak Yrven udał się na poszukiwanie ojca Voranny by spojrzeć na niego bez lęku i o rękę córki błagać.
Rok przemierzał świat, tracił już nadzieję. Był  w drodze do domu, do ukochanej, gdy okręt, którym podróżował wpadł w szpony sztormu. A straszny był gniew duchów morza. Szarpały okrętem niczym łupiną orzecha, rzucając go coraz bardziej w stronę ostrych skał.
Ludzie w panice modły wznosili. Tylko jeden Yrven spokojnie czekał. I w chwili gdy potężna fala już miała rzucić statek na skalisty fiord, czas się zatrzymał. Wszystko zamarło bez ruchu, otuliło się białą mgłą.
- Nie obawiasz się mnie, ale czuję twój szacunek. – Odezwał się niski i dudniący głos i z mgły wyłonił się wysoki mężczyzna w czarnej szacie.
- Tak, władco Duchów Śmierci. Nie lękam się ciebie, bo jesteś przeznaczeniem wszystkiego, tak mnie, jak i góry wysokiej. Szanuję cię, tak jak szanuję Życie. Lecz ani ono ani moja chwila ostatnia nie będą pełne, jeśli nie doświadczę miłości. Tę zaś daje mi córka Twoja Voranna, owoc miłości Życia i Śmierci.
- Tak, jej matka jest esencją samego życia, ale Voranna i moją moc w sobie nosi. Jakie czeka ją życie pośród tych, którzy boją się śmierci, a jednak i życia szanować nie potrafią?
- Życie wypełnione miłością, panie.
Śmierć przyjrzał się łucznikowi, dojrzał w nim pasję, siłę i szczere uczucie.
- Abyś mógł żyć z Voranną jak mąż i żona w świecie ludzi, będziesz musiał oddać swoją śmierć na tysiące lat. W darze ślubnym dam ci moc zatrzymywania mnie, przez jedno twoje ludzkie życie. Ale korzystaj z tego daru mądrze i rozważnie. Voranna będzie też mogła mnie wezwać na twoją prośbę, wtedy mnie nie zatrzymasz.
- Dziękuję, panie.
Z mgły wyłoniła się też jaśniejąca blaskiem kobieta.
- A ja błogosławię ci darem odczyniania zła. Twój łuk i twoja siła przepędzą to co mroczne. Moja córka będzie cię wspierać.
- Dziękuję, pani.
Śmierć i Życie odeszli a statek zamiast roztrzaskać się o skały opadł łagodnie w stronę zatoki.
Yrven pojął za żonę Vorannę i wziął ją do swego domu, gdzie zawsze palił się ciepły i przyjazny ogień.
Wypełniał jednak posłannictwo – dar od teścia. Zdarzało się, że zawracał króla Duchów Śmierci sprzed progów czyichś domów. Zatrzymał go tez przed łożem swej chorej matki. Jednak rok później ujrzał jaki popełnił błąd. Matka Yrvena wciąż żyła, lecz nie przestała cierpieć w chorobie. Az w końcu sama zaczęła syna błagać  o śmierć.
Yrven długo w nocy płakał tuląc twarz w kolanach Voranny. Rankiem poprosił żonę o wezwanie ojca.
- Nie byłem rozważny. – Przyznał przed Śmiercią. – Chciałem zatrzymać przy sobie matkę, choć czas jej nadszedł już dawno temu. Nie pozwoliłem jej żyć w moim sercu i pamięci, w obawie o własny ból. Ten jednak się z czasem wypali, a miejsce mojej matki jest już w Kraju Przodków.
Śmierć skinął ze zrozumieniem i zgasił ogień oraz cierpienie matki Yrvena.
On sam od tego czasu bardzo rozsądnie korzystał z darów. A pomagała mu w tych wyborach ukochana żona, która okazała się być też bardzo mądrą. Nic się przed jej wzrokiem i mądrością nie ukryło.
Wspólnie z mężem chronili domowe ogniska nie tylko pod swoim dachem. Nie raz stawali się tarczą dla mrocznych sił, które z głębi lasów chciały się wydostać, a czasem wzywali Śmierć, gdy czyjś czas nadchodził.
A gdy jedno ludzkie życie Yrvena zbliżało się do końca, oddał on swoją śmierć ojcu Voranny. Ona sama postanowiła oddać też swoją, gdyż jej miłość do męża była tak wielka. Król Duchów Śmierci się na to zgodził. I gdy małżonkowie wtulili się w siebie zamienił ich w pierwszy Cis, co tysiące lat żyć może, a moc jego Śmierć i Życie łączy w sobie. I siłę te Yrven i Voranna dali swoim potomkom, cisom wiecznie zielonym.
Rankiem w miejscu gdzie był wcześniej dom łucznika, mieszkańcy grodu ujrzeli drzewo zielone. Rośnie ono do dziś, choć Słońce tysiące razy już zasypiało i się budziło.
Ludzie zaś z cisowego drewna łuki robią, amulety ochronne tworzą i sadzą go na drodze do Kraju Przodków,  by zły los odwracać, od demonów chronić. Ostrożnie jednak z nim się obchodzą, pamiętając, że drzewo to wciąż może z darów Króla Duchów Śmierci korzystać.


[1]Seidkone - szamanka

...................................................
Ilustracją jest karta runiczna runy Eihwas - Cis. Z talii Voenix

 

piątek, 25 kwietnia 2014

Baśń o jodłach, które się dzieliły imieniem.



Ta historia zdarzyła się dawno temu, a możne tylko matki opowiadały ją dzieciom w mroźne zimowe noce, tego dziś nikt już nie wie. Wiadomo jednak, że działo się to w pewnym górskim kraju, gdzie ludzie i drzewa tworzyli braterskie więzi. Zwłaszcza pełne gracji, majestatyczne jodły, zawiązywały swoje losy z mieszkańcami gór.
W jednej z małych osad, jakich wiele usianych było na górskich zboczach, bogowie w jednym czasie pobłogosławili potomstwem dwie rodziny. Zgodnie z obowiązującym zwyczajem, przy pierwszym pełnym Księżycu, po narodzinach dzieci, ich ojcowie wraz z miejscowym szamanem wyszli do lasu odszukać małe drzewko i związać z nim nowo narodzonych.
Nie uszli daleko od osady gdy ujrzeli na polanie dwie małe jodełki. Samosiejki wyrosły bardzo blisko siebie, zdawały się być silne i zdrowe, a to wróżyło pomyślność dzieciom. Toteż szczęśliwi ojcowie naznaczyli te właśnie drzewa imionami swoich dzieci. Tym samym złączyli ich los z losem drzewa, a duchy jodełek uczynili opiekunami swoich latorośli.


Szaman intonował pieśni mocy, zatańczył z duchami lasu, a gdy otworzył oczy powiedział.
- Znam już imiona drzew, które związaliście ze swoimi dziećmi. Imiona te nadacie swoim dzieciom. Od tej chwili chłopca wołać będziecie Gunari, a dziewczynkę Drina. Duchy tych jodeł prowadzić ich będą, a gdy czas nadejdzie przejdą do Kraju Przodków przez Jodłową Bramę.
Lata płynęły, Gunari i Drina rośli zdrowi, a małe jodełki powoli wzrastały w duże, majestatyczne jodły.
Ich ojcowie ani się obejrzeli, a ich pociechy weszły w wiek dojrzałości. Gunari coraz częściej spoglądał na Drinę z nowym błyskiem w oku, a ona, choć znała go od dziecka, nagle oblewała się rumieńcem.
Nie było też dla nikogo zaskoczeniem, gdy po letnim przesileniu Gunari poszedł z darami do ojca Driny. Do późnej nocy przepijali przyniesione w darze miód i wino, a rankiem ogłosili w osadzie, że z pierwszym Księżycem po żniwach Gunari weźmie Drinę do swego domu.
Młodzi jeszcze tego samego dnia pobiegli z tą nowiną do swoich jodeł. W ich cieniu Gunari wyznawał uczucia Drinie, kradnąc jej pocałunki, ona zaś zapewniała go o swej wzajemności. I biorąc na świadków jodły ślubowali sobie dozgonną miłość aż po grób, wierność i wzajemną pomoc. Prosili też swoje opiekuńcze duchy by strzegły ich ślubowania przed złymi urokami i siłami mroku.
Los jednak często krętymi ścieżkami chadza. Nim jeszcze zaczęto żniwa, górską krainę najechali ludzie z nizin. Niewiele o górach wiedzieli, prócz tego, że pod nimi bogactw jest wiele. Klejnoty, które rodzą się z ziemi głęboko w łonie gór, a które rodzą się wiosną i spływają górskimi potokami, cenione były w całym świecie. Drzewa proste i smukłe, metale drogocenne, zwierzęta w piękne futra odziane, też wielu mogły skusić. I skusiły władcę z nizin, który po przodkach odziedziczył ziemie już jałowe. Bo gdy ludzie przestają słuchać Duchów Ziemi, na której żyją i z mądrości przodków czerpać, wtedy Ziemia niszczeje. A na nizinach zapomniano mowy Matki Ziemi, lasy wycięto, pola i łąki wyjałowiono, zwierzęta wybito. Ludziom głód w oczy zaczął zaglądać, lecz zamiast znów się otworzyć na mądrość Duchów zwrócili oczy ku innym krainom, żyznym i bogatym.
Tak właśnie władcy nizin stopniowo podbijali sąsiednie krainy aż zawędrowali pod góry. I chciwość ich serca na dobre pochłonęła.
Teraz na czele wielkiej armii stał władca nie młody, choć już nie stary, owładnięty ideą stworzenia królestwa potężnego pod swoimi rządami, z którego zyski będzie czerpał.
Ale ludzie gór przez surowość klimatu ukształtowani byli i nie myśleli oddawać na zniszczenie swej ziemi najeźdźcy. Toteż wszyscy mężowie zdolni udźwignąć w dłoni miecz lub topór, widły lub kosy ruszyli pod wodzą swego króla bronić tego co kochają.
Między nimi był też Gunari, zbrojny w tarczę z dębowego drewna i topór, który jeszcze jego dziad kowal zrobił.
Długo się z Driną i jodłami żegnał, długo w ramionach narzeczoną trzymał i pocałunkami hojnie obdarowywał. Ona zaś łzy na wodze trzymała, ale tuliła ukochanego równie mocno, i błogosławiła mu by do domu szczęśliwie wrócił. Na koniec dała mu amulet z jodłowego drzewa by od zła go chronił i udarła dwa kawałki swej sukni. Jeden Gunariemu na nadgarstku przewiązała by pamiętał o co walczyć idzie, drugi na jodle, jego imienniczce by ta go w boju chroniła i wieści z pola bitwy przynosiła.
O świcie Gunari wyjechał. Drina zaś każdego dnia do jodeł biegła i myśli pocieszające do ukochanego słała.
Mijał miesiąc za miesiącem, czas żniw minął i nadszedł czas innego żniwiarza, który Ziemię usypia i mroczne duchy na świat wypuszcza. Drina nie zważając na zimno i pierwsze śniegi wciąż do jodeł chodziła. Dotykała czule kory i igły pieściła, ukradkiem całując gałązki gunariowego drzewa.
Wieści ze świata późno tu dochodziły, ale gdy zbliżał się czas zimowego przesilenia, mężczyźni powoli wracali do domu. Obronili swe ziemie, a władca nizin zginął w walce u podnóża gór. Teraz część ludzi do rodzin wracała, część jeszcze w lasach niedobitki wrogów ścigała. W jednych domach weselono się witając mężów i synów, w innych smutek gościł, gdyż nie każdy z wojny wrócił. Wielu też wróciło z ranami, które nigdy zagoić się nie miały, lub tylko po to by umrzeć blisko swoich jodeł imienniczek.
Pewnej nocy, a było to w czasie Wilczej Pełni, Drinę dręczyły złe sny. Widziała jak Gunari wyczerpany wojną do domu, do niej wracał, przez las wędrując najkrótszą drogą. I nagle z za skały zbłąkana strzała wroga wystrzeliła i trafiła młodego wojownika. Zerwała się dziewczyna snem przestraszona i zarzuciwszy tylko płaszcz futrzany wprost do jodeł pobiegła. A gdy już na polanie była strach wielki ją zdjął, gdyż jodła Gunariego pień głęboko skaleczony miała i żywiczną posoką ociekała. Wokół też było coraz więcej pożółkłych igieł, które jak nigdy wcześniej sypały się z drzewa.
Drina jednak nie darmo była córką Gór. Zaraz urwała kawał swej koszuli i ranę drzewa obwiązała. A szeptała przy tym magiczne zaklęcia, które tylko kobiety znają, a które od samej Matki Ziemi poznały.
Toteż prośby i zaklęcia Driny zaraz usłyszały dzieci z ziemi zrodzone. Wilki i Jelenie bratersko w las pognały Gunariego szukać, a jodły szeptały po górach zaklęcia ochronne by mu w cierpieniu ulżyć. Drina zaś ducha swej jodły prosiła by narzeczonego odszukał. Ona sama balsamy na zranioną jodłę kładła, opatrunki zmieniała i pielęgnowała, jakby to sam Gunrai tam był.
Młodzieniec rzeczywiście w drodze do domu ranę poważną otrzymał. Noc nieprzytomny w śniegu przeleżał, ale dzięki zaklęciom Driny, ogrzewał go jeleń i porożem swym bronił. Rankiem Gunari zbudził się, czuł kojący zapach żywicznych balsamów, takie jak robiły kobiety z jego osady. Po strzale ślad nie został, rana też dość szybko się goiła. Miał już siłę by ogień rozpalić i się ogrzać. Wilk upolował dla niego leśnego królika, toteż Gunari zdołał się też posilić. Słyszał też szepty jodeł, które zaklęcia Driny niosły. Uśmiechnął się więc do drzew, podziękował zwierzętom i obiecał ofiary Duchom, gdy do domu wróci.
Ciężka to była droga, pośród śniegów i mrozu, z raną po strzale. Lecz Gunari miał światło nadziei w sercu i wiarę w miłość Driny i siłę jodły, z którą go ojciec związał. Toteż po kilku tygodniach wędrówki, wspierany przez wilki i jelenie, dotarł w pobliże osady. Sił mu starczyło na tyle by dojść do jodeł. Tam go też wyczerpanego znalazła Drina.
Pod jej czułą opieką Gunari szybko do zdrowia wrócił. Tak jak obiecał złożył Duchom ofiary przy jodłach, a w czas letniego przesilenia wziął Drinę za żonę. U ojca i dziadka, którzy szczęściem też z wojny wrócili, kowalskiego rzemiosła się zaczął uczyć, więc w ich domu Nidy chleba i ciepła nie zabrakło. A rok po tym, jak wszystkich ludzi z nizin przepędzono z górskich lasów, Drina i Gunari zostali szczęśliwymi rodzicami. Ich pierworodny syn od silnej jodły otrzymał imię Ion i jak jego rodzice z drzewami gór swój los związał.
Drina i Gunari czas wolny od pracy najchętniej w cieniu swoich jodeł spędzali. Tam też poczęły się wszystkie ich dzieci. Tam też oboje w jednym czasie zasnęli, gdy ich czas nadszedł i przez jodłową bramę przeszli do Kraju Przodków.
Do dziś wędrując przez góry można natknąć się na dwie rozłożyste jodły strzegące wspólnej mogiły. Jedno z drzew ma bliznę na swej korze.