Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szepty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szepty. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 maja 2014

Baśń o niewidomej Uitavie

W czasach gdy lód był znacznie większy i grubszy, a białe niedźwiedzie wędrowały aż do zielonej tundry, ludzie zaś dopiero uczyli się świata wokół, zdarzyło się, że zły duch Tornak, pozazdrościł im daru odczuwania życia. Jako duch pozbawiony był ciała, ale gdy się zakradał w pobliże ludzkich osad, słyszał jak mówili o głodzie i sytości, bólu i ukojeniu, namiętności i dotyku, zimnie i gorącu. Był pierworodnym dzieckiem Boga Kruka, więc miał dość wiedzy by się domyślić o czym mówili. Ale nie miał ciała, aby tego doświadczyć. Toteż złość straszliwa na ludzi go ogarnęła i postanowił ich zniszczyć. Nie chciał jednak sam się trudzić zniszczeniem ludzi. Postanowił skierować na nich gniew bogini morskich odmętów i świata podziemnego. Udał się więc do niej i skłamał, że ludzie nie chcą już czcić imienia Sedny, nie składają jej ofiar z szacunku ale z lęku przed nią. Nienawidzą jej za to, że ukryła przed nimi foki i ryby w ocenie, zamiast dać im je na lądzie, gdzie łatwiej było polować.
Tornak nie zdążył jeszcze wypowiedzieć wszystkich kłamstw, gdy bogini Sedna ogarnięta furią uleciała na powierzchnię wody i zaklęciem strasznym sprowadziła na ludzi gniew wszystkich żywiołów. Wody oceanu się podniosły, wicher i lód oszalałe wirowały niszcząc wszystko co spotkały.
Na szczęście inni bogowie w porę zobaczyli co się dzieje i zdołali powstrzymać żywioły i złość podziemnej bogini. Dzięki temu uchronili ludzi od całkowitej zagłady.
Niestety wielu w tedy życie straciło, a jeszcze więcej opłakiwało stratę swoich bliskich.
Był miedzy nimi też Angus, najlepszy myśliwy swej osady, któremu żywioły odebrały całą rodzinę, nawet wnuczkę Uitavę, która feralnego dnia bawiła się z bratem nad brzegiem morza.
Długo szukał śladów, nie tracąc nadziei, że ktoś z rodziny ocalał i dopiero po roku wrócił do osady. Wciąż uczył młodych myśliwych, ale nie miał już w sobie dawnej pasji i energii.
Tymczasem Uitava została wyrzucona przez fale na brzeg daleko od rodzinnego igloo. Była przemarznięta i mokra, a co gorsza ślepa. Ostatkiem sił wyczołgała się jednak z wody. Prawie zamarzła leżąc bez tchu na lodzie, ale wówczas zjawiła się biała niedźwiedzica Tuja i ogrzała dziewczynkę swoim ciałem. Czuwała też nad jej snem.
Rankiem Uitava zbudziła się ciepła i sucha. Mimo, że nie widziała świata wokół, postanowiła odnaleźć drogę do domu. Ruszyła odważnie przed siebie, za towarzyszkę mając tylko Tuję.
Szły długo przez lodowe pustkowie, aż po wielu dniach wędrówki dotarły do małego igloo.
Uitava weszła d środka. Od razu zrozumiała, że nie jest to zwykłe igloo, gdyż echo jej głosu niosło się daleko i mocno.
Oczami białej niedźwiedzicy zobaczyła, że jest w jaskini. Dużej i piękniej. Jej ściany zdawały się być lodem skrywającym najpiękniejsze polarne zorze, te z samego początku świata.
- Witaj w moim domu. Jestem Inuksuk , – Odezwał się mężczyzna o skórze zabarwionej odcieniem błękitu i połyskującej w nieznanym świetle. Wydawał się być dojrzały i tylko oczy zdradzały, że widział początek wszystkiego.
- Witaj. Jestem Uitava. – Dziewczynka opowiedziała mu o tym co ją spotkało.
- Twój dom jest daleko, a ty jesteś jeszcze pustym naczyniem. Zginiesz przy pierwszej śnieżnej burzy. Dlatego na razie zostań u mnie, nabierz sił i wypełnij siebie. Wtedy wyruszysz w drogę do domu. – Inuksuk podał dziewczynie wody z miseczki o połyskliwym błękitnym zabarwieniu. Była to woda czysta i ożywcza, dająca ukojenie i siłę.
Uitava zamieszkała z Inuksukiem w jaskini wypełnionej polarną zorzą. Uczyła się tego, co chciał jej przekazać, a była to często wiedza inna, niż ta, którą znała z baśni własnego ludu, bo sięgała głębiej w świat duchów i bogów. W zamian za opiekę i naukę dbała o porządek w domu Inuksuka, gotowała i cerowała odzienie. Czasem wychodziła też na przechadzki z białą niedźwiedzicą i uczyła się dokładniej oglądać świat jej oczami.
Minęło kilka lat. Jej spojrzenie nie było już białe i puste lecz nabrało blasku polarnej zorzy. I choć oczy wciąż nie widziały, ona potrafiła wejrzeć w głębię duszy i serca innych.
Wówczas to, jej opiekun uznał, że nadszedł czas by wróciła do domu. Zaopatrzył ją w prowiant i ciepły anorak na drogę i dał swoje błogosławieństwo.
- Gdy będziesz potrzebowała mojej rady, będę obok. – Powiedział na pożegnanie, wkładając w jej dłoń mały, połyskliwy kamień.
Po wielu dniach wędrówki Uitava dotarła wreszcie do swojego ludu. Tuja odprowadziła ją aż do ostatniego z kamiennych strażników i pożegnawszy dziewczynę zniknęła na lodowym pustkowiu.
Za to stary Angus nie mógł się nacieszyć z powrotu wnuczki i odzyskał dawną pasję.
Uitava na powrót zamieszkała między swoimi, a ponieważ będąc ślepą widziała to, co ukryte było przed innymi, pomagała odnajdywać siłę i zdrowie potrzebującym.
Jednak zły duch Tornak nie zapomniał o swej nienawiści do ludzi i znalazł nowy sposób by im szkodzić. Uprowadził i uwięził córkę króla fok, a winę zrzucił na ludzi. Gniew straszny zawładną sercem króla. Udał się ze skargą do Pana Mórz, a ten nakazał wszelkim morskim stworzeniom schować się głęboko pod lodem.
Ludziom znowu zaczął głód w oczy spoglądać, Sieci rybaków opustoszały, a myśliwym brakowało zwierzyny, na którą mogliby zapolować.
Uitava przejrzała intrygę Tornaka.
- Jeden z mężczyzn musi odszukać córkę króla fok i ją uwolnić. Inaczej śmierć głodowa nam wszystkim grozi. – Powiedziała na zebraniu Starszyzny.
Nikt jednak nie kwapił się wyruszyć w tak daleką i niebezpieczną drogę. Jeden tylko, młody myśliwy Amarok. Bał się on tak samo jak inni, ale młodzieńcze serce biło też dla Uitavy, więc postanowił pokazać jej swą wartość.
Dziewczyna na drogę dała mu błękitny kamień.
- Gdy ci odwagi zabraknie, zaciśnij na nim pięść, a nic strasznym ci się nie wyda. Ochroni cię też i szczęście przyniesie. – Powiedziała mu na pożegnanie.
Amarok wyruszył w drogę. Po wielu trudach i przygodach udało mu się dotrzeć aż do skalistych klifów, gdzie zły duch uwięził córkę króla fok. Tornak właśnie opuszczał kryjówkę i myśliwy mógł go dokładnie zobaczyć. Serce skuł mu lód strachu, widząc jak odrażającym i wielkim jest ten zły duch. Już miał zawrócić, gdy poczuł ożywczą siłę z kamienia od Uitavy. Nowa moc i odwaga wstąpiły w niego i ruszył dziarsko do jaskini. Od razu usłyszał szloch córki króla fok. Poszedł za jej głosem i uwolnił ją.
Potem bez przeszkód wrócił do domu. Córka króla fok opowiedziała ojcu prawdę i ludzie oraz mieszkańcy morza znowu żyli w pierwotnej równowadze.
- Gdyby nie kamień, który mi dałaś, nigdy by mi się nie udało. To on dał mi siłę i moc. – Przyznał Amarok Uitavie, gdy wziął ją już do swego igloo jako żonę.
- Sądzisz, że sprawił to kamień? – Spytała z uśmiechem.
Amarok sięgnął do skórzanej sakwy, lecz kamień niczym lód stopił się w jego dłoniach.
- Odwaga i siła jest w tobie, mój mężu. Nie w kamieniu. – Powiedziała, a jej niewidome oczy nigdy jeszcze nie miały tak intensywnego błękitu w sobie.
Amarok przytulił mocno żonę.
Tornak jeszcze czasem niepokoił ludzi, ale oni nauczyli się już chronić przed jego gniewem. Uitava do końca swoich dni wspierała męża i swoje plemię, widząc to co ukryte. Czasem tylko znikała na samotną wędrówkę, w której towarzyszyła jej Tuja.
Kiedy zaś ta odeszła do krainy przodków, Uitava poczuła, że i jej dni się wypełniają.
Pochowano ją na brzegu morza w lodowej grocie. A gdy długa noc się skończyła i znowu zaczęło królować słońce, ludzie ujrzeli, że tam, gdzie spoczęła Uitava lód stał się gładki i twardy jak skała, nie topił się też w słońcu, ale promieniował blaskiem polarnej zorzy.
Do dziś ludzie szukają w nim siły i ochrony, a także równowagi i jasności myśli.

Agnieszka Cupak
.
Obraz: Susan Seddona Boulet

niedziela, 1 września 2013

Szczęśliwej drogi...

"Koncentrując się na zdobywaniu kolejnych obiektów naszego pożądania, sprawiamy, że przejmują nad nami kontrolę zewnętrzne siły. Pogoń za statusem, rozumiany zarówno jako majątek, jak i władza, tak nas oślepia, że tracimy kontakt z odwiecznym tao, a jednocześnie pozbywamy się zadowolenia z życia." Tyle słowami Wayna W. Dyer'a.

Obserwując świat dookoła, zauważam, jak wiele osób drogę swojego życia traktuje, niczym pęd na szczyty pożądań. Kupują auta, najnowsze tablety, telewizory, spędzają wakacje w drogich kurortach, zmieniają auta, budują domy, awansują za wszelką cenę, pędzą mając coraz więcej. Tylko ilu z tych posiadających wszystkie te "dobra" tak naprawdę cieszy się nimi dłużej niż kilka chwil? Czasem dłużej niż trwa moment od zdobycia jednej do zdobycia drugiej rzeczy?

A przecież cieszyć się życiem, Żyć w Pełni, być szczęśliwym można bez tych wszystkich "dóbr".

Idąc więc na zakupy, pragnąc nowej rzeczy, warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie, czy naprawdę tego potrzebuję?

sobota, 22 czerwca 2013

Początek lata


Letnie przesilenie to dla wielu tradycji czas ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości. Właśnie tym elementom okazujemy szacunek świętując Kupalnocki, Noce Świętojańskie, Midsumarsbloty, Litha czy jak inaczej zechcemy nazwać te święta. W ten płodny czas bogowie błogosławią poczętym wówczas dzieciom, świat celebruje życie. Czasem jednak dla niektórych jest to czas umierania, bo wszystko ma swój czas i swój koniec.
Stoję nad łożem umierającej kobiety, trzymam za rękę, liczę oddechy, pytając czy nadejdzie kolejny. Jestem z jej krwi, jej ciała, jej wiedzy, smutków i radości. We mnie żyją i pozostają jej wspomnienia. Stara kobieta, ciepłem nazwana - babcia - powoli odchodzi do świata przodków.


W lesie śmieje się Życie, skacząc przez święty ogień, na jego skraju, odchodzi Stara Mądrość. Koło życia i śmierci toczy się w symbolicznym tańcu, jak mijające pory roku. Uczę się życia i śmierci, to moje własne ars viviendi i ars moriendi w jednym kole.
Staję się niczym La Loba. Pozwalam odejść pozwalam przyjść, w myśl słów P. Estes:
"Ta która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci. pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć."

niedziela, 26 maja 2013

Po prostu dziś nie złość się - o złości w naszym życiu i sposobach poradzenia sobie z nią

Tym razem artykuł o jednej z 5 reguł Reiki, który zamieściłam na portalu Reikowisko. Poniżej wklejam link do artykułu, i zachęcam do czytania i wypowiadania się na ten temat.
W najbliższym czasie postaram się napisać także o pozostałych czterech regułach Reiki.

http://reikowisko.org/p/po-prostu-dzis-nie-zlosc-sie/646

poniedziałek, 6 maja 2013

O czym szumi Drzewo



"Szkoda Drzewa które nie wyszumiało całej melodii."
Kazimierz Przerwa - Tetmajer

John Struart Mill powiedział kiedyś: „Na­tura ludzka nie jest maszyną pos­ta­wioną do wy­kony­wania wyz­naczo­nej pra­cy, lecz Drzewem, które rośnie i roz­wi­ja się zgod­nie z dążeniem sił wewnętrznych, które czy­nią ją żywą is­totą”. Niestety coraz częściej jesteśmy spychani do roli robotów wykonujących zadania, którym nie zostaje już czasu i miejsca na siebie. W pracy wymaga się od nas konkretnych działań, wyników, zachowań; w domu na pierwszy plan zwykle wysuwają się obowiązki, które trzebazrobić, jak sprzątanie, gotowanie, naprawianie, itd. W życiu towarzyskim kierujemy się tym co wolno, nie wolno, co wypada i co ludzie powiedzą, albo gonimy za czymś, nie koniecznie w zgodzie ze sobą, ale za to w zgodzie z grupą. Co gorsza jesteśmy też oceniani i postrzegani przez świat zewnętrzny na podstawie skuteczności i efektywności narzuconych zadań. I w podobny sposób często sami oceniamy, siebie, partnerów, znajomych, pracowników czy szefów. Stawiamy sobie cele, oczekiwania i niczym dobrze zaprogramowane roboty wykonujemy plan.

Wielu mówi pas i zaczyna szukać drogi do siebie i do wewnętrznego poznania i rozwoju. A dróg jest wiele, każdy może coś dla siebie wybrać.
Ja proponuję dziś metodę prostą i do przeprowadzenia w zaciszu domu, lub na spacerze w parku czy w lesie. Wystarczy pomyśleć o sobie jak o Drzewie i na chwilę stać się Drzewem. Drzewem, które wzrasta na wszystkie strony, bez określania celów i zadań, bez konkretnego ładu, za to zgodnie ze swoją naturą, swobodnie, niczym leniwy strumień w lesie; bez przymusu, we własnym tempie, we własnym kierunku, nie bacząc na to co powiedzą inne Drzewa, ludzie, czy otoczenie w jakim wzrasta. Nie zwraca uwagi na to, czy zieleń jego liści będzie pasowała do fioletu lawendy czy czerwieni dachów, za to rodzi owoce i daje cień w upalne dni, a ptakom bezpieczny dom w swych gałęziach. Jest. Dobrze ukorzenione w swoim Bycie i szeroko otwarte koroną na światło, które pozwala mu wzrastać.
Wyobraź teraz sobie, że jesteś takim Drzewem, istniejącym w swojej Drzewowatości. Nie jesteś dobry, ani zły, mądry, ani głupi, pracowity ani leniwy, po prostu Jesteś. Istniejesz tak jak las, ludzie, trawa, niebo, zwierzęta, strumienie. Masz pełne prawo do Bycia. Do wzrostu, rozwoju. Bez ocen i celów, bez wczoraj i jutro, jedynie w dzisiaj.
W tej chwili nie ma w Tobie definicji i pojęć, nie ma przeciwieństw, są tylko uczucia. Rozejrzyj się wokół siebie, popatrz na świat oczami Drzewa, zobacz istotę tego, co Cię otacza.
Bez definiowania dualnego jak niski, wysoki, duży czy mały. Po prostu patrz i czuj.
Bez oceny i osądu. Dotknij uczuciami tego, co widzisz. Przyjrzyj się temu, tak jak przyglądają się Drzewa.
A teraz przyjrzyj się sobie, poczuj w sobie krążące soki, chropowatość kory, szum liści, Drzewa, którym teraz jesteś. Sięgnij do swoich korzeni, każdej ich najmniejszej odnogi. Zauważ, jak głęboko sięgają i jak bardzo kształtują Twoje Teraz. Zobacz, ile z pomniejszych i z tych większych korzeni odciąłeś, ilu pozwoliłeś obumrzeć? Fakt, że należały do przeszłości, którą zostawiasz za sobą, nie znaczy, że nie możesz czerpać z jej soków. One są doświadczeniem Twoim, a także Twoich przodków, Twoją własną linią przekazu mądrości pokoleń, wiedzy i doświadczeń, które ukształtowały Ciebie. I wciąż Cię kształtują.
Popatrz też na swoje gałęzie, wzrastające we wszystkie strony ku niebu. Spójrz na ich splątane kierunki, drobne pędy swobodnie wzrastające wraz z Twoim doświadczeniem. I przypatrz się ile z gałązek poprzycinałeś, tylko dlatego, że taką wizję kształtu korony Drzewa, którym jesteś, mieli zewnętrzni ogrodnicy. Ile pędów obumarłeś, goniąc za mieć, a nie Być. Przypatrz się temu uważnie, ale bez goryczy czy żalu, pamiętaj, jesteś teraz Drzewem. I jako Drzewo zespól się z całym procesem życia, dojrzewania, wzrostu i rozwoju. Nie okaleczaj więcej swoich gałęzi, ani korzeni, nie znacz bliznami kory. Nie trać  już czasu na próbę ożywienia martwych i przyciętych gałęzi, ale czerp z ich doświadczenia.
Teraz wróć do siebie, stań się na powrót tym Kim Jesteś, ale patrz na świat oczami Drzewa, którego przed chwilą doświadczyłeś. Nie staraj się, po prostu zrób to. I spróbuj wyszumieć całą swoją melodię. (Szepcząca)

sobota, 6 kwietnia 2013

Śpiesz się powoli, czyli o nauce i praktyce ReiKi



Do­rosłe Stru­myki (czy­li Pra­wie Małe Rzeczki) wiedzą bar­dzo dob­rze, że nie ma pośpie­chu. Które­goś dnia i tak dos­taną się tam, gdzie trzeba.(A. A. Milne)



Jak mawia mój serdeczny przyjaciel Wojtek Usarzewicz, ReiKi w liczbach to: 3 stopnie, 4 symbole i 5 zasad. I warto o tym pamiętać wybierając się na kursy czy warsztaty ReiKi. Niestety obecnie trudno znaleźć taki prosty kurs najbardziej zbliżony do pierwowzoru. Częściej można natknąć się na oferty ReiKi jakiegoś tam, oraz stopnie rozszerzające się na specjalistyczne i poszerzone, gdzie z trzech podstawowych robi się kilka czy kilkanaście. Do tego szybkość robienia poszczególnych stopni też jest ekspresowa, co wcale nie znaczy, że dobra. I temu właśnie chciałabym poświęcić nieco więcej uwagi.


Bardzo często na warsztatach ReiKi, kursanci pytają, kiedy mogą przystąpić do kolejnego stopnia, a niektórzy nawet próbują zaklepać sobie termin za kilka tygodni. Na pytanie: Jak długo musze czekać? Odpowiadam, że to zawsze jest sprawa bardzo indywidualna. Nie mniej zalecam by nie spieszyć się z tą swoją „gotowością” do kolejnego stopnia. W wypadku ReiKi pośpiech jest nie wskazany.

Po każdym ze stopni ReiKi przychodzi okres tak zwanego 21 dniowego oczyszczania. Zwykle tak się właśnie naucza i wspomina w publikacjach czas zaraz po inicjacji. W praktyce ten okres może być dłuższy, rzadko krótszy. Trzeba też pamiętać, że nie jest to tylko czas oczyszczania ale przede wszystkim dostrajania do wibracji energii ReiKi. To czas głębokich przemian wewnętrznych, a co za tym idzie także zewnętrznych. I o ile po 3 tygodniach od inicjacji ReiKi można już powiedzieć, że jesteśmy dostrojeni do wibracji tej energii na poziomie danego stopnia, o tyle gotowość do kolejnego etapu jest zwykle znikoma.

Warto pamiętać i podkreślać to, że ReiKi to nie tylko dostrojenie i 21 dni oczyszczenia, ale przede wszystkim praktyka i doświadczenie w pracy z tą energią. Po „magicznych” 21 dniach po inicjacji jesteśmy gotowi by zacząć praktykować ReiKi, poznawać je i zdobywać doświadczenie. I to na każdym etapie, niezależnie od stopnia, który właśnie się zrobiło.

Praca z ReiKi po I stopniu, to przede wszystkim poznawanie zarówno metody, techniki, jak i samej energii. To czas, kiedy powinno się poznać też samą energię, jej właściwości i własne odczucia. Skupienie się na przekazywaniu ReiKi sobie i otoczeniu pozwala nauczyć się obcowania z tą energią i oswoić się z nią. Dzięki temu łatwiej będzie wyczuwać zmiany w energetyce, w emocjach, w aurze. Tak swojej, jak i osoby czy otoczenia. To też czas, kiedy uczymy się panowania nad energią, indywidualnego jej odbioru i poznawania subtelnych właściwości. Często od nowa uczymy się też postrzegać świat wokół, a u wielu osób ta percepcja może poszerzyć się na tak zwane widzenie pozazmysłowe. Z tym też trzeba się oswoić i nauczyć obcować. A to wymaga wielu godzin praktyki i doświadczenia. Jednocześnie można zaobserwować w swoim życiu wiele przemian często tych na bardzo głębokim poziomie, choć początkowo dla wielu niezauważalnym. Warto bowiem wiedzieć (lub pamiętać, jeśli ktoś wie), że dostrojenie się do wibracji ReiKi danego stopnia, dostraja nie tylko naszą energetykę ale i nasze ciało. Dlatego po inicjacji często zdarza się, że organizm oczyszcza się ze zbędnych toksyn, które gromadzone są i odkładane latami, a także wyrzuca stare choroby. Zaczyna się też zmiana w naszej sferze emocjonalnej i duchowej. Ten etap przygotowuje do jeszcze głębszych przemian wewnętrznych w nas. Czasem bywa także katalizatorem do poszukiwań własnej ścieżki.

W tym miejscu wypada wspomnieć, że fakt zrobienia I stopnia ReiKi nie obliguje do robienia kolejnych stopni. Nic na siłę. Kto poczuje, że ReiKi staje się jego częścią i ścieżką ten z czasem przystąpi do kolejnych stopni. Jednak jeśli poprzestanie się na I stopniu to też będzie właściwe. Być może indywidualna ścieżka danej osoby, jest zupełnie inna, ReiKi będzie tylko początkiem zmian w jej odnalezieniu, a przy okazji stanie się przydatnym narzędziem w rękach.

II stopień ReiKi także wymaga pełnego dostrojenia do jeszcze wyższych i intensywniejszych wibracji, niż to miało miejsce po I stopniu. Teraz najczęściej ReiKi uwalnia emocje. Stąd można odczuwać zmiany nastrojów od euforii po przysłowiowego doła. Dochodzi też nauka pracy z trzema symbolami ReiKi oraz przesyłaniem energii w czasie i przestrzeni. A to także wymaga czasu.

Jeśli, więc ktoś chce dojść na szczyty ReiKi i wejść na drogę prowadzącą do wewnętrznego mistrzostwa, nie powinien się spieszyć. Nauka i zdobywanie doświadczenia wymaga czasu. Czasu także wymaga posprzątanie siebie, a ReiKi niejako wymusza te porządki, gdyż działa jak dobra miotła i odkurzacz. Przede wszystkim wymiata z najgłębszych zakamarków nas to co zbędne, zanieczyszczone i co przeszkadza. A robi to bardzo dokładnie by nam pokazać tę górę śmieci. Jeśli postanowimy się jej pozbyć, ReiKi stanie się dla nas niczym dobry odkurzacz z funkcja wypolerowania na błysk siebie. Zarówno fizycznie, jak i przede wszystkim emocjonalnie. Bo ReiKi dociera do najgłębszych pokładów naszej psychiki, podświadomości, do naszych lęków, wzorców, przyzwyczajeń. Ale samo, bez naszego udziału nic nie zmieni, poza tym, że wymiecie i pokaże. Jednak co z tą hałdą zbędnych przedmiotów, uczuć i innych śmieci zrobimy, to już tylko od nas zależy.

Dlatego warto o tym wiedzieć, zanim się zdecydujemy na kolejny stopień Reiki. Bo o ile I stopień wspomaga uzdrawianie nas i naszego otoczenia, pomaga pozbyć się zbędnych chorób, o tyle II i III stopień wydobywają z nas to, czego nie chcemy widzieć i poupychaliśmy w najciemniejszych zakamarkach siebie. ReiKi to wymiecie, pytanie tylko, czy my sami będziemy gotowi na zmierzenie się z tą górą śmieci.

Z tego, co obserwuję niestety wiele osób nie było w danym momencie gotowych na kolejne stopnie. I kiedy miotła ReiKi poszła w ruch, zaczął się płacz i zgrzytanie zębami, miesiące żalów, pretensji, rozpady związków lub straty pracy. I często próby zamiecenia pod dywany i szafy tego, co wymiotło na wierzch ReiKi.

Dlatego nie warto się spieszyć, a już na pewno nie warto robić kolejnych stopni, bo zrobił je ktoś z rodziny czy znajomych (niestety i z takimi sytuacjami się spotkałam). Najpierw praca i doświadczenie.

Im więcej nauczymy się, doświadczymy i uporządkujemy w sobie po I stopniu, tym łatwiej wejdziemy w II stopień. Na tym etapie zaowocuje praca i doświadczenie z czasu jaki poświęciliśmy na naukę po I stopniu. I zamiast się miotać od euforii zapalającej się jak zapałka w ciemności, jasno ale krótko, do otchłani żalu i beznadziejności (zwykle trwających zdecydowanie dłużej niż błysk zapałki), będzie można cieszyć się obcowaniem z dużo intensywniejszym ReiKi niż dotychczas. I bez zbędnych frustracji będzie można uczyć się pracy z symbolami Reiki, odkrywać ich olbrzymi potencjał i możliwości, wspomagać swoją pracą innych i zarażać ich radością, a nie odstraszać depresyjnością. I swobodnie zacząć przygotowywać się do III stopnia, nie na darmo zwanego mistrzowskim. Ale do tego także potrzeba czasu i nie warto się spieszyć.

Ile zatem powinno minąć czasu między kolejnymi stopniami? Na to nie ma gotowej odpowiedzi. Między I a II stopniem nie mniej niż 3-6 miesięcy, a i to, jeśli pracuje się z ReiKi bardzo intensywnie i dużo, a do tego miało wcześniej doświadczenie w pracy z energiami lub podobnymi technikami. Ja sama II stopień robiłam jakieś 1,5 roku po I stopniu i był to bardzo intensywny okres fascynacji, a co za tym idzie pracy z ReiKi, obserwacji zmian jakie zachodzą wokół mnie i we mnie. Po II stopniu upłynęło 8 lat nim zdecydowałam się na III stopień. Te 8 lat były u mnie początkiem zupełnie nowego życia w sferze osobistej, duchowej i emocjonalnej, przewartościowaniem go i powolnym dojrzewaniem do kolejnego etapu Reiki ale nie tylko tego.
Oczywiście nie twierdzę, że trzeba odczekać tyle lat, bo do kolejnych etapów ReiKi każdy dojrzewa we własnym tempie. Niech jednak wspinaczka po tej trzy szczeblowej drabinie nie będzie wyścigiem szczurów, zdobywaniem kolejnych papierków by samemu móc je rozdawać zarobkowo, ale niechaj stanie się drogą do wewnętrznej harmonii, odnalezienia siebie i duchowego oczyszczenia. A co za tym idzie, niech stanie się drogą radości, w której będziemy odkrywać coraz to nowe możliwości zastosowania RaiKi, wspomagania jego uzdrawiającą siłą innych i zupełnie innym spojrzeniu na Wszechświat i Siebie. Czego Wam i Sobie życzę.

niedziela, 29 lipca 2012

Powolanie i inicjacja szamańskie

Powołanie i inicjacja szamańska to proces, w trakcie którego wybrana przez duchy osoba staje się pośrednikiem między światem materialnym a niematerialnym. W tym czasie przechodzi szereg prób, doświadcza wielu stanów tak emocjonalnych, jak i fizycznych. Uczy się uzdrawiania, praktyk związanych ze swoją ścieżką, rytuałów oraz wielu innych umiejętności koniecznych na szamańskiej ścieżce.

Szamanizm, jest systemem praktyk duchowych, wierzeniowych, który wyrósł na gruncie animizmu i jest z nim ściśle powiązany.
Animizm jest pojęciem bardzo szerokim, wywodzi się od łacińskiego słowa anima, znaczącego duch, dusza. Nie jest jednolitym systemem religijnym, ale grupą praktyk i wierzeń różnych kultur animistycznych. Zakłada, że wszystko co istnieje ma swoje odbicie w świecie duchowym, wszystko ma swego ducha. Nie tylko ludzie, zwierzęta, rośliny, przedmioty, choroby ale też zjawiska bardziej abstrakcyjne, jak miłość, czas, nienawiść, tęsknota, itd. Jest to najstarsza znana forma religijna.

Między światem naszym, a duchowym istnieje pewna granica, ale pamiętać trzeba, że ten świat duchowy, według animizmu nie jest światem lepszym czy gorszym od naszego, a równie rozmaitym i dualistycznym jak nasz. Szamani są zaś osobami, które pośredniczą między naszym a tamtym światem To oni są wybrani do kontaktu z duchami, z ich pomocą uzdrawiają, doradzają, zaglądają w przyszłość.

Szamanem jednak nie można zostać tylko dlatego, że się chce wykonywać takie, a nie inne zadania i posługi. Szaman, aby móc pełnić swoje funkcje, musi komunikować się ze światem duchów, a ta komunikacja winna mieć charakter dwustronny. Stąd tak ważne jest powołanie kogoś na pośrednika, wskazanie przez duchy, czy naznaczenie przez duchy. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że samo korzystanie z pewnych technik szamańskich, obecnie bardzo popularnych, jak np. szałasy potów, groby wojownika, chodzenie po ogniu, rytuały ayahuaski, nie są zarezerwowane tylko dla szamanów. Są to bardzo ciekawe praktyki powszechnie dostępne dla każdego zainteresowanego. Jednak przejście i praktyka takich technik nie czyni jeszcze z nikogo szamana. Do tego konieczne jest powołanie.
Najczęściej mamy do czynienia z kilkoma rodzajami powołania, często uzależnionymi od tradycji i kultury, w jakiej kandydat na szamana przyszedł na świat. Po pierwsze urodzenie się w rodzie o tradycjach szamańskich może wskazywać na to, że w przyszłości zostanie się szamanem. Kolejna rzecz to urodzenie się z jakimś znamieniem lub zdeformowaną częścią ciała, wskazuje to na inność szamana, jako tego, który kroczy między światami. W tym wypadku oczywiście są jeszcze inne wyznaczniki tego, że zostało się wybranym przez duchy, gdyż nie każdy, kto nosi jakieś znamię automatycznie staje się szamanem. Tutaj też dużą rolę odgrywa kultura, z której pochodzi szaman. Np. pewien buriacki szaman urodził się z rozdwojonym kciukiem, co w tamtejszej tradycji wskazywało, ze ma on dodatkowa szamańską kość, ta zaś jest siedzibą jego mocy i siły. Selpukowie z Syberii z kolei wierzą, że w kciuku mieszka dusza, tak więc taki znak jednoznacznie wskazuje na powołanie szamańskie. W wielu tradycyjnych kulturach animistycznych znakiem powołania jest też rażenie piorunem.

Kolejną charakterystyczną formą powołania jest nagła choroba lub wizja. Takich powołań jest najwięcej, zwłaszcza w miejscach gdzie animizm od dawna nie jest ścieżką dominującą.

Tu warto zatrzymać się na chwilę właśnie przy chorobie szamańskiej, która w naszej kulturze często mylona jest z choroba psychiczną (głownie ze schizofrenią). Powołanie szamańskie wiąże się bowiem z szeregiem wizji, słyszeniem głosów, widzeniem tego, czego nikt inny nie widzi, poczucie silnego nakazu wewnętrznego do robienia (lub nie ronienia) jakiś rzeczy, innym odczuwaniem, itd, itp. Często towarzyszy temu chęć odizolowania się od otoczenia. Jednak są wyraźne różnice między chorobą szamańską a chorobą psychiczną. Po pierwsze w chorobie szamańskiej dominują wizje wzrokowo słuchowe duchów czy bogów udzielających informacji i prowadzących osobę, natomiast w chorobie psychicznej są to najczęściej omamy słuchowe, słyszenie szeptów w tle, nakładanych na siebie jak fale radiowe, najczęściej też mające charakter groźby, negatywnych skojarzeń, przestróg przed apokaliptycznymi wizjami. Natomiast przy powołaniu szamańskim te wizje mają charakter raczej pozytywny, duchy udzielają dobrych rad, prowadzą w stronę rodziny, pomaganiu innym. W schizofrenii często będą to wizje obcych, demonów, które chcą zrobić krzywdę. Choroba szamańska powoduje pozytywny efekt, wzmacnia poczucie własnej wartości, wzrost samooceny, wewnętrznej siły. Natomiast choroba psychiczna doprowadza do dezintegracji osobowości, depresji i lęków.

Trzeba jednak zaznaczyć, że w chorobach szamańskich, a także w transach wizyjnych pojawia się wiele dość drastycznych wizji i doświadczeń, często odczuwalnych także psychosomatycznie. Jest to już proces inicjacyjny, po przejściu którego powołany staje się szamanem. W trakcie inicjacji przyszły szaman zwykle prowadzony jest przez duchy przez różne światy, otrzymuje zadania do wykonania, bywa, że jego ciało poddawane jest drastycznym zabiegom, jak ćwiartowanie, rozpuszczanie, rozrywanie, a następnie ponowne zespalanie. Dzieje się to oczywiście w świecie duchowym, ale wielu powołanych odczuwa to jako bóle psychosomatyczne na poziomie fizycznym. Taka forma inicjacji wzmacnia wewnętrzną siłę szaman, sprawia, że niszczy się starą osobowość, matryce, lęki i ograniczenia, a tworzy się zupełnie nową szamańską. Stąd właśnie rozczłonkowanie i ponowne zespolenie ciała. Szaman też dostaje wtedy pewne dary, które pozwolą mu wypełniać swoje powołanie. Mogą to być słowa mocy, przeznaczone tylko dla niego, a pomocne w uzdrawianiu, albo pewne tajemnice rodowe, przekazywane przez duchy przodków, itd. Itp.

Jednak taka inicjacja szamańska odbywa się nie tylko na poziomie mentalnym, ale i na poziomie fizycznym. Tu mamy już do czynienia z rytuałami charakterystycznymi dla danej kultury i społeczności. Często się to wiąże z pewnymi próbami, którym poddawany jest szaman. Każda z nich uczy go czegoś i wzmacnia go. Dla przykładu Don Oscar Miro-Queseda inkaski szaman w czasie swej inicjacji został poddany ceremonii pogrzebania, a dziś mówi o niej: „aż tak drastycznych metod trzeba czasem użyć, aby uwolnić człowieka od ciężaru wszystkiego, co nagromadził.”

Proces inicjacji jest często długotrwały i różnorodny. Obok rytuałów, wizji, transów i podróży do innych światów, szaman uczy się być szamanem, uzdrawiać, kontaktować z duchami. Poznaje siebie, zwalcza swoje słabości, odrzuca dawne życie i staje się nową osoba. Staje się szamanem.

Szamanem może zostać każdy. Każdy powołany przez duchy. Ważne jest by mieć świadomość tego, że nie jest to droga łatwa, prowadząca do oświecenia i rozwoju duchowego w rozumieniu dzisiejszej ezoteryki i ruchów new age. To powołanie do pełnienia pewnej roli w swojej społeczności, praca z duchami, postrzeganie świata, jako miejsca zamieszkanego nie tylko przez nas ale i istoty świata duchowego. Podsumowaniem niech staną się słowa Galsana Tschinaga poety, przywódcy i szamana Tuwińców (Ałtaj): „Szamanizm to suma wielości. Szaman musi potrafić wszystko. (…). Ostatecznie jest to człowiek, który wydobywa z głębi siebie swego wewnętrznego szamana i wystawia go na widowisko. Musi się wciąż od nowa konstruować”.

Bibliografia:

Peter Vitebsky „Szaman. Magia, tradycja, rzeczywistość”, Wyd. Świat Książki, Warszawa 1996.

Andrzej Szyjewski „Szamanizm”, Wyd.WAM, Rok wydania: 2005
Mihaly Hoppal „Szamani Euroazjatyccy”, Wyd. ISKRY, 2009 rok
Gesko von Lupke „Dawna mądrośc na nowe czasy. Rozmowy z uzdrawiaczami i szmanami XXI wieku”, Wyd. Czarna Owca 2009



O inicjacji i powołaniu szamanskim można też posluchać w audycji nagranej na spotkaniu kwietniowej EzoChaty (poniżej podaje link do audycji)

http://ezokultus.eu/...-edukacyjna/347

wtorek, 22 maja 2012

Szepty wieczorne

Nadciąga burza.

Cienie Umarłych tańczą na ścianach, a anioły krwawią srebrzystobiałą posoką.
Ona płacze rozkładając skrzydła .
Złoty Wojownik stoi samotnie z uniesionym mieczem. Wróg i przyjaciel ściele się martwo u jego stóp.

Mówią, ze anioły są wieczne, a jednak pod ciosem miecza odchodzą do Źródła.
Zostaje tęsknota i niepokój.

Nadciąga burza.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Szepty

Przeszliśmy przez piekło aby wrócić do raju. Teraz istniejemy w czyśćcu przypominania i uświadamiania. Odcinamy skrzydła aby wzlecieć wysoko.

Przeszłość odchodzi, pamięć zostaje. Przyszłość staje się bolesną tęsknotą. Teraźniejszość to oczyszczanie z niepewności. Złudzeń i iluzji.

Warto być, zawsze. Doświadczać, uczyć się z przeszłości by kształtować przyszłość.

wtorek, 6 grudnia 2011

Zostać Mistrzem

W dzisiejszych czasach pojawiło się sporo różnych systemów skupiających się na rozwoju duchowym, często łączonych z metodami i technikami uzdrawiania. Systemy te korzystają z wiedzy i doświadczenia innych kultur, z mniejszym lub większym powodzeniem. Mamy, więc warsztaty i techniki „Twardej ścieżki” korzystające z technik pracy szamanów różnych tradycji. Mamy metody czerpiące z mądrości buddyzmu, taoizmu, zen, huny, jogi i wielu innych. Nie jest moim celem skupianie się tutaj nad problemem mieszania tych tradycji, bo to jest już indywidualna sprawa każdego. W zasadzie liczy się cel, a nie środki, jakie do niego prowadzą. A celem często jest szeroko rozumiane oświecenie i mistrzostwo, tu często zresztą rozumiane poprzez nauki zen czy Buddy.
Jednak czy tak naprawdę wystarczy nam zaliczyć kurs uzdrawiania Reiki, warsztaty twardej ścieżki czy kilka innych kursów prowadzących do rozwoju duchowego? Czy fakt, że na dyplomie ukończenia kursu napisano nam Mistrz, świadczy, że to mistrzostwo już osiągnęliśmy? Osobiście uważam, że nie, natomiast na pewno dostajemy narzędzie, które może nas do zamierzonego celu zaprowadzić.
Sama zajmuję się przede wszystkim pracą z systemem Reiki i na tym przykładzie się skupię, nie mniej podobnie jest tak w innych systemach oferowanych przez nauczycieli i trenerów rozwoju duchowego, jak i w indywidualnej pracy „samouków”.
Poziom i  energia jaką uzyskujemy podczas inicjacji na poszczególnych stopniach Reiki, a zwłaszcza na III stopniu – Shinpiden, to jedynie narzędzie, które daje nam możliwość wejścia na wyższy poziom duchowy, narzędzie pozwalające dążyć do oświecenia i mistrzostwa, w szerokim tego słowa znaczeniu.
Ale też jest to przede wszystkim bardzo ciężka praca nas samych nad sobą, a technika i wiedza jaką zdobywamy na konkretnej ścieżce może nam w tej pracy pomóc.
Mistrzem nie staniemy się poprzez inicjację czy uzyskanie dyplomu ukończenia kursu mistrzowskiego w danej ścieżce, ale poprzez pracę nad sobą, uświadamianie sobie siebie, własnych wzorców, a także praw rządzących światem. Jedność z naturą, medytacja, która pozwoli nam otworzyć się na własne wnętrze, duchowość i kontakt z duszą. Akceptację siebie takimi jakimi jesteśmy, wyciszenie emocji, szerokie postrzeganie siebie, innych i świata. Mistrz to osoba oświecona, świadoma, będąca ponad podziałami. Osiągnąć to może każdy z nas, niezależnie od posiadanych stopni Reiki, kursów uzdrawiania duchowego czy innych. Warto więc zachować dystans do siebie i innych, wykształcić w sobie empatię i duże pokłady tolerancji i zrozumienia, co wcale nie jest łatwe, ale i wbrew pozorom nie jest trudne.
Wybrany przez nas kurs, warsztat czy ścieżka daje nam pod tym względem bardzo dużo. Często staje się katalizatorem zmian. Jednak i na te zmiany trzeba być w pełni gotowym i przyjąć je. Dla przykładu w Reiki na poziomie III stopnia one już się dzieją niejako niezależnie od nas. W tym akurat systemie i na tym poziomie otwieramy się na potężne energie bardzo wysokich wibracji, a z chwilą kiedy podejmujemy decyzję o wejściu na ten poziom, energia zaczyna działać i dokonywać zmian w nas i wokół nas. Podobnie dzieje się w innych ścieżkach rozwoju duchowego.
Nie każda z tych zmian jest łatwa. Tym bardziej, że wiele z nich dzieje się na różnych płaszczyznach naszego świata. Poczynając od nas a kończąc na naszym otoczeniu. Nagle zaczynamy dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy lub nie chcieliśmy dostrzec,  często obserwujemy zmiany w sobie dotyczące rożnych sfer życia, przede wszystkim życia duchowego. Szukamy nowych dróg, możliwości, szerzej i obiektywniej zaczynamy patrzeć na świat.
Najważniejsze  zmiany zachodzą w nas samych. Mogą wyjść na jaw rzeczy z przeszłości, które powodowały w nas ból, blokady. Pojawiają się też chwile trudne i bolesne, ale to droga do czegoś lepszego, wspaniałego dla nas. To jak droga do wolności.
Najważniejsze by po inicjacji, zaliczeniu kursu, odbyciu warsztatów nie osiadać na laurach i pławić się w posiadanym tytule Mistrza (czy innym analogicznym), ale aby skupić się na swoim wnętrzu, mieć odwagę zagłębić się w siebie. Zrobić w sobie i swoim życiu bardzo radykalne wielkie sprzątanie.
Nie patrzeć na świat z nieco wyższych półek, bo przecież my już wiemy, rozumiemy i mamy własną prawdę. To zresztą bardzo częsta pułapka w którą nas popycha nasze ego. Nagle stajemy się dla innych wzorem, nauczycielem, znajdują się osoby, które chłoną każde nasze słowo, a my nawet nie zauważamy kiedy osiadamy na laurach. Często też na tyle mocno utwierdzamy się we własnej słuszności postrzegania świata, także tego duchowego, że ścieżki innych po prostu uważamy za śmieszne, błędne czy zwyczajnie głupie, przynoszące więcej szkody, jak pożytku. A przecież dążąc do mistrzostwa i oświecenia wchodzimy na poziom ponad podziałami. Poziom akceptacji siebie i świata takim jakim jest. A jest taki, jakim tworzymy go wszyscy. Także z różnorodnością jego rozumienia i postrzegania. Tu nie ma już lepszych czy lepsiejszych prawd, bo każda jest równie prawdziwa, a słowa są tylko kodami do zrozumienia i pokazania czegoś, czego często nie da się w żaden sposób opisać. Nie mniej staramy się, bo w naturalny sposób chcemy się z innymi dzielić wiedzą i doświadczeniem, a także stajemy się drogowskazami dla innych.
Jeśli posługujemy się cytatami innych, które uważamy za wartościowe i coś ze sobą niosące, to zastosujmy taka mądrość najpierw do siebie, by nie były to jedynie puste słowa.
Ja sama swego czasu uległam kilka razy iluzji własnego mistrzostwa i własnej nieomylności, bo wszak dyplom Mistrza Reiki to już jest coś. Na szczęście udało mi się (z pomocą przyjaciół i bliskich, za co im bardo dziękuję) dostrzec pułapkę w jaką wpadłam i zacząć się z niej uwalniać. Dzięki temu nauczyłam się (i wciąż uczę), że moje postrzeganie świata jest tylko moje i najlepsze dla mnie, nie musi jednak takim być dla innych. Przy okazji uświadomiłam sobie, że dążenie do oświecenia, a przede wszystkim własny rozwój to praca na całe życie. Niby proste i oczywiste a jednak często zapomniane. Bo nie wystarczy coś przepracować w sobie raz, zaliczyć proces oczyszczania, zdobyć kolejna wiedzę. To dopiero początek drogi własnego mistrzostwa.

...........................................
Ilustracja:   Obraz "Odradzam sie do siebie",autorstwa Adrianny Karimy nauczycielki Vedic Art

sobota, 17 września 2011

Niech Kot mnie prowadzi

Jestem jak życie, tylko chwilą i zawsze nieprzewidywalną. To słowa chyba Elizabeth Taylor, nie mniej oddają też to co mi w duszy gra. No cóż, zbudziłam kota, znowu idę swoimi ścieżkami. I dobrze mi z tym. Jestem wszędzie i nigdzie jednocześnie, po kawałku chwil z każdym i z nikim.
I po kociemu zwijam się w miękkim fotelu. Jesień to czas słów na papierze. Czytam stronę po stronie. Kocham deszcz za szybą.
Nie znajdzie mnie nikt w zakamarkach moich własnych dróg. Niech Kot mnie prowadzi…

piątek, 22 lipca 2011

Błękitny Express

"Wsiąść do pociągu, byle jakiego
Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet.
Ściskając w ręku
kamyk zielony,
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle"

Nigdy jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad tymi słowami, które swego czasu za Marylą Rodowicz śpiewała niemal cała Polska.
Aż wczoraj wsiadłam do pociągu. Może nie byle jakiego, bo jadącego w życie. Tylko nową drogą. W "Jeszcze Nieznane" ale w nowe.
Dziwne to uczucie, kiedy patrzy się z okna swego przedziału na tych co zostają na peronie.Oni też wsiądą niedługo w pociągi. Ot taka przesiadka. Chwile we wspólnym przedziale i Jedność na Peronie kolejnego przystanku przesiadkowego. Tęsknię za nimi. Jakaś część mnie została w nich, jakąś część ich zabieram ze sobą w nową podróż. Oczy wilgotnieją z tej tęsknoty, choć jednocześnie niecierpliwie spoglądam na zegarek., w oczekiwaniu na odjazd.
Chyba chcę już jechać. Po prostu jechać. Bez bagażu, Moim własnym Błękitnym Ekspresem, nucąc za Hanką Ordonówną:

"Jadę w życie Błękitnym Ekspresem
bez przystanku, do celu, przez świat.
(...)
Dziesięć minut zatrzymam się, gdzie chcę,
dziesięć minut, a potem znów w dal.
Dziesięć minut, a wszystko w nich będzie:
moja radość, mój spokój, mój żal."


niedziela, 1 maja 2011

Moje zakochania w Beltane

Beltane. Święto ognia i miłości. Dla większości nieświadomych to początek długiego weekendu majowego.
Poranek powitał nas słońcem i ciepłym tchnieniem. W taki dzień nie zostaje się w domu. W taki dzień należy rozpalić ogień, niezależnie jakim Bogom się cześć oddaje.


Wraz z synem i przyjacielem wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca gdzie zapalimy Ogień. Pierwotny plan przewidywał Ślężę. Jednak zniechęciła nas ilość rozkrzyczanych turystów. My szukaliśmy spokojnego miejsca na Ogień.
Skierowaliśmy się w stronę Góry Raduni.
I tu nastąpiło zakochanie.
Radunia owionęłam nas magią, kiedy tylko weszliśmy w porastający ją las.




Stałam długo, otulona ciszą natury, w której jedynymi dźwiękami był wiatr w koronach drzew i śpiew ptaków. Ten zaś koił zmysły, wyciszał emocje. Zbierałam w sobie światło, przebijające się wąskimi pasmami przez zieleń drzew. Przyglądałam się duchowi Raduni, który przysiadł na skale, między drzewami. Pozornie znudzony, uważnie obserwował każdego, kto wchodził na jego teren.
Nieznacznym skinieniem dał przyzwolenie.
Odprowadził nas spojrzeniem.

Szłam czując przypływ mocy, innej niż te, które już poznałam. Radunia obdarzała inną siłą.
Ukazywała na każdym kroku nowe piękno, nowe zachwycenia i zakochania.

Kiedy dotarłam do miejsca mocy, w którym duchy poprosiły o ofiarę, wiedziałam już, że jestem zakochana po uszy. Zakochana od pierwszego wejrzenia w Raduni.

Przyniesiona ofiarę złożyłam w wyznaczonym miejscu. Wibrowało specyficzną mocą. Koiło i pobudzało jednocześnie.
Tam też pojawił się anioł.

Zaraz potem Absolut objawił się w kolejnej odsłonie. W brzozowym gaju tańczyły leśne panny, brzozy, w swych białych sukienkach, uwodząc roześmiane świerki i klony. Wtórowały im lipy i sosny. Las zrobił sie na chwilę gwarny od ich śmiechu. Tylko na moment umilkły, przyglądając się nam beztrosko, z nieco wyzywającą miną. Zaraz potem wróciły świętować budzącą się miłość. Ta objawiała sie w pąkach i kwiatach.

Chwile później zachwycił nas widok. Naturalny taras był stworzony do podziwiania starszej siostry Ślęży. Ta zaś ukazała się w pełnej krasie.

Szukając miejsce dla Ognia, zobaczyłam dwa małe Enty, bawiące się na stromym zboczu. Las w tym miejscu dawał złudzenie uczestnictwa w Tolkienowskiej księdze.

Ogień zapłonął na małej polanie, przy drodze. Uczczony grą na bębnie, nakarmiony drewnem i igliwiem.
Zbłąkanym turystom, szukającym ciszy pozwalał odpocząć.
Zapraszaliśmy ich do Ognia. Ci, którzy przy nim się posilili, odeszli z nowymi siłami. Z nowym światłem i lekkością uśmiechu, sycąc się magią Raduni.

Przy moim Ogniu, gdziekolwiek on będzie, zawsze znajdziesz miejsce dla siebie.




Miejsce gdzie spotkałam Ducha Raduni



Ołtarz Ofiarny Raduni



Tańczące Brzozy


Droga wokół szczytu Raduni


Zabawa małych Entów


Zaklęty w kamieniu Sokół, a może ktoś inny?


Widok na Ślężę z Północnego zbocza Raduni


Ogień Beltane



Natura tworzy najpiękniejsze kompozycje