Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezoteryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezoteryka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2014

Krótko o ochronie i oczyszczaniu w czarach domowych



Ostatnio w kilku miejscach zetknęłam się z tematem związanym z ogólnie pojętym oczyszczaniem z negatywnych energii. Oczywiście zaraz pojawiły się sprawdzone, wyciągnięte nie raz z domowych kronik, od lat sprawdzone przepisy i rady na oczyszczenie siebie i domu. Oczywiście króluje w tym szałwia biała (na marginesie nie tak znowu popularna za czasów naszych babć i prababć, no ale z kronikami rodzinnymi sprzeczać się nie zamierzam), stosowana jako zasłona dymna na zło wszelakie, oraz woda święcona, hałasy i świece (nie muszę dodawać, ze koniecznie białe, bo inne diabli wiedzą co przyniosą).
Jak najbardziej się z powyższymi radami zgadzam i pod nimi podpisuję. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dodała od siebie, pewnego „ale”.
Zacznijmy jednak od początku.

niedziela, 30 marca 2014

Weekendowy Buddha, czyli oświecenie w wersji instant.



Od kilku lat można zaobserwować wzrost zainteresowania wszelkimi ezoterycznymi ścieżkami rozwojowymi, często zwanymi duchowymi.
Jeszcze kilka i kilkanaście lat temu, polskie środowisko ezoteryczne skupiało się głównie wokół alternatywnych metod leczenia, takich jak bioenergoterapia, Reiki; oraz zjawisk paranormalnych, jak telekineza i spirytyzm. Rozwój duchowy opierał się głównie na szkołach gnostycznych, teozoficznych oraz powoli wkraczających na nasz teren nurtów filozofii wschodniej. Coraz popularniejsza stawała się medytacja, pojawiły się pojęcia takie jak czakry, reinkarnacja, nirwana, czy w końcu oświecenie.


W drugiej połowie lat 90 XX zaczęło pojawiać się coraz więcej książek z gatunku szeroko rozumianej ezoteryki i rozwoju duchowego. Zaczęły tez do nas przenikać pojęcia z zachodniego świata, gdzie w tym czasie mocno już był ugruntowany nurt New Age
Roman Bugaj napisał kiedyś świetną, dziś przez wielu zapomnianą, książkę „Eksterioryzacja”. Teraz zjawisko tam opisane znane jest jako OOBE i praktycznie każdy ezoteryk jest specjalistą w tej dziedzinie. Podobnie rzecz się ma z systemami wróżebnymi, niezliczoną ilością różnorakich kart, gdzie wciąż pojawiają się nowe – wywodzące się ze „starożytnych” tradycji – systemy. Poprzez karty anielskie, aż do kart zwierząt mocy, elfów, wróżek, runitd, itp. Najczęściej niewiele mają one wspólnego z pierwotnym znaczeniem i symboliką, jak to ma np miejsce w przypadku run, lub mocno naciąganą jest geneza ich powstania, jak np w przypadku kart zwierząt mocy, czy elfów.
Najwięcej chyba jednak tych swoistych miksów i udziwnień jest w tak zwanym rozwoju duchowym.
„Rozwój” duchowy?
To co kiedyś było indywidualną ścieżka, często połączoną z konkretnym systemem wierzeń i rytuałów mistycznych, teraz prześciga się w konstruowaniu coraz to nowszych systemów i nazw im nadawanych. Elementy wygodne i łatwe do przekazania pożycza się z Buddyzmu, Hinduizmu, Huny, Gnozy i wielu innych nurtów fizlozoficzno religijnych, tworząc hybrydy ścieżek duchowych. Ich twórcy, często propagujący te drogi jako jedyne słuszne i prawdziwe, wykazują się też sporą kreatywnością w nazywaniu siebie i organizowanych przez siebie kursów i warsztatów.
Kiedyś mieliśmy nauczycieli lub przewodników duchowych, w skrajnych wypadkach guru, dziś mamy duchowych trenerów, a nawet inżynierów duchowych, sama zaś gałąź inżynierii duchowej ma całkiem sporą grupę zwolenników. Słownik języka polskiego podaje definicję inżynierii jako: projektowanie i konstruowanie obiektów oraz urządzeń technicznych. Widać technika idzie w parze z duchowością, a szkoły inżynierii duchowej zapewne projektują i konstruują nowe nurty rozwojowe.
Jeśli nie szkoła inżynierii duchowej, to może dla odmiany klinika duchowości? Otóż tego typu szkół, gabinetów klinicznych też jest całkiem sporo. Jednak wątpliwym jest, aby był to szpital, który poza tym, że zapewnia pacjentom opiekę lekarską to jeszcze prowadzi badania naukowe i szkolenia. Może te ostatnie tak, aczkolwiek nie koniecznie są to studia podyplomowe dla lekarzy. Takich „perełek” jest więcej, bo wszak nazwa gabinet, czy nawet centrum naturoterapii nie jest teraz trendy.

Podobnie jest z już sprawdzonymi i skutecznymi metodami, które też w zbyt dużym uproszczeniu nie są modne, toteż należy je stuningować i sprzedać jako marka znacznie lepsza, skuteczniejsza i dodająca skrzydeł lepiej jak popularny napój energetyczny. Zresztą to podrasowanie metody, dotyczy w dużej mierze właśnie metod związanych z energetyką. Rekordy bije tu chyba metoda Reiki, której odmian pojawiło się i pojawia wciąż tyle, co ciepłą jesienią grzybów po deszczu. Prościej chyba wymienić jakiego Reiki jeszcze nie ma, niż jakie Reiki już jest, bo poza tymi najbardziej znanymi, jak Gold Reiki, Karuna Reiki czy Kundalini Reiki, znalazłam nawet Reiki smocze (Dragon Reiki), egipskie (Thot Reiki i Izyda Reiki), Reiki z Atlantydy, Anielskie, Runiczne, Szamańskie, Elfie, Arkadyjskie i kilkadziesiąt innych.
Nauczyciele Reiki często prześcigają się w pomysłowości tworzenia nowych symboli, a napis Mistrzna dyplomie jest zbyt ujmujący, więc za dodatkową opłatą można sobie zafundować Wielkiego Mistrza. Przypuszczam, ze nazwa jest adekwatna do rozmiarów ego posiadacza dyplomu. Czy jednak jest to lepsze i skuteczniejsze Reiki, niż to tradycyjne, zostawione nam przez Mikao Usui? Nie. To jedynie połączenie dwóch lub więcej metod (nota bene nie zawsze dobre i bezpieczne) a często z dodatkami z kilku nurtów filozoficzno religijnych. Żaden tuning ulepszający metodę, a jedynie chwyt marketingowy dla lepszej sprzedaży.
Kolejną ofiarą rozwoju duchowego stał się szamanizm, wypaczony do granic absurdu. Pisałam o tym nie jednokrotnie, więc nie będę powtarzała. Wspomnę jedynie, że w dzisiejszym ezo świecie duchowości szamanem jest niemal każdy, a szamańskie jest prawie wszystko, od ścieżek rozwoju duchowego, poprzez karty, terapie naturalne, warsztaty (w tym art terapie, survival, NLP czy zajęcia z psychoterapii), na egzorcyzmach kończąc. Wróżki, wiedźmy czy uzdrowiciele teraz są szamanami, bo lepiej to brzmi i modnie.

Koniec jest już bliski

Na szczęście dla szamanizmu mamy już rok 2012, a im bliżej grudnia tym więcej uwagi poświęca się Majom, a mniej szamanom. Za to boom na 2012 widać nawet w reklamach TV z ziemniakiem w roli głównej. Wróćmy jednak do duchowości, choćby tej z 2012. Tu na czołówkę wysuwają się dwa kierunki. Kierunek końca i zagłady, bo wszak Majowie koniec ten przepowiedzieli w jednym z kilku swoich kalendarzy (o tym fakcie jednak fani Majów zapominają wspomnieć lub, o zgrozo, nie mają o tym pojęcia) oraz drugi: transformacji w 2012. O ile zwolennicy pierwszej koncepcji spodziewają się końca ostatecznego, tudzież końca częsci i początku świetlisto oświeconego pozostałych, o tyle transformacja z 2012 przygotowuje swych wyznawców do całkowitego przeobrażenia wewnętrznego.
Tu pomocni są zarówno kosmici, jak i panteony istot duchowych oraz wszelkiej maści mistrzowie duchowi (rzecz jasna oświeceni i od dawna nie żyjący, pardon przebywający w innym wymiarze duchowym). Transformacja w 2012 niesie ze sobą wiatry zmian, głównie sprowadzające się do nadawania staremu nowych nazw,lub przeinaczania mało jeszcze znanych pojęć naukowych. W związku z tym od jakiegoś czasu aktywna jest energia kwantowa, która według zwolenników nowej duchowości jest związana z czystym światłem sił najwyższych.
Uaktywniają się wszelkiej kolorystycznej maści matryce i siły, które sprawiają, że wyznawca zaczyna kochać wszystkich podług słów autorów licznych tematycznych książek, zyskuje nieziemskie moce, za pomocą których może dostrajać, oczyszczać, przeczyszczać i nawracać każdego, oczywiście za odpowiednią opłatą. Zyskuje też wgląd w wszelkie wyższe i wysokie świadomości, często jedynie słuszne i prawdziwe, a że jego anielskie skrzydłanie są powszechnie widoczne dla przeciętnych zjadaczy chleba, toteż kreuje swój wizerunek jasnymi szatami i brokatowo mieniącymi się obrazkami z formatów gif, na portalach społecznościowych, stronach internetowych i licznych forach tematycznych. Tak by każdy widział światło oświecenia, jakie z niego emanuje.
A ponieważ zmiany w świadomości duchowej nie lubią żadnych cieni, toteż należy się ich pozbyć, najlepiej w klinikach lub kręgach duchowych, na weekendowych warsztatach. Ich niewątpliwą zaletą są wzajemne wymiany boskiej energii pozytywnej które jednej ze stron zapewniają dochody finansowe drugiej pozbycie się emocjonalnych problemów w kilka dni. O ileż to oszczędniejsze niż wielomiesięczne sesje z psychoterapeutą, który krok po kroku szukał przyczyn życiowych rozterek, uświadamiając pacjentowi źródło jego frustracji i bolączek.
Teraz wystarczy pojechać na duchowe tour de haj by zaliczyć, a jakże, szamańskie wizje po wywarach z roślin mocy (przy okazji większość wraca do kraju z szamańskim przedrostkiem przed swym nowym duchowym imieniem), albo weekendowy kurs wybaczania, projektowania tudzież afirmowania. Po takim weekendzie każdy uczestnik błyszczy niczym mika w słońcu, rozsiewa wokół światła miłości i z infantylną lekkością motyla naucza jak zostać oświeconym i przypomina wszystkim wokoło ileż to jeszcze mają w sobie cienia i pracy by się oświecić, zakładając, że im karma na to pozwoli. Bo wszak długi poprzednich żyć lawinowo rosną, zamiast maleć, a oświeceni są w tej lepszej sytuacji, że przerobili już wszystkie swoje 666 lub 999 wcieleń i wiedzą, że wirusową biegunkę wywołuje zepsute mięso zjedzone kilka wieków wcześniej, a przyszłość nie nastąpi, póki się przeszłości szczegółowo nie zlustruje. Szczęściem dla większości Kowalskich i Nowaków oświeceni w weekend pouczają się wzajemnie, głównie na forach tematycznych i portalach społecznościowych.
Czy zatem zrezygnować z duchowych poszukiwań?
Nie. Zawsze warto przyjrzeć się sobie z lekkim dystansem, znaleźć metodę i ścieżkę właściwą dla siebie. Nie dać się zwieść iluzji sztucznego światła, bo można przegapić to prawdziwe i naturalne.
Kursy i warsztaty są dla ludzi. Nowe metody opierające się na starych wzorcach i tradycjach potrafią wskazać ciekawe możliwości i rozwiązania dzisiejszych problemów. także tych codziennych wynikających z pogoni za pracą, karierą, związkiem. Warto z nich korzystać, z zachowaniem odrobiny chociaż dystansu, nie przyjmować wszystkiego za prawdę oczywistą tylko dlatego, że ktoś wydrukował ją w książce. Zamiast naśladowania, doświadczać i czuć, bo to najlepsi nauczyciele duchowi.
Z kursów i warsztatów korzystać by zdobywać te doświadczenia, a nie by dorzucić kolejny dyplom do kolekcji. Słuchać intuicji i jeśli coś na kursie nie pasuje do naszego widzenia świata, nie ma co tego przyjmować za pewnik. Czasem najlepszą nauką i doświadczeniem jest poznanie czegoś i odrzucenie jako sprzeczne z naszym wnętrzem, a nie wikłanie się w iluzje nowych prawd, tylko dlatego, że mamy certyfikat ukończenia.
Wybierając kursy czy warsztaty tematyczne warto poczytać coś o metodzie, zapytać prowadzącego o program i źródła z jakich korzysta. Wiele z tych szkoleń prowadzonych jest przez wykwalifikowanych psychologów, psychoterapeutów i nauczycieli, którzy mają na tyle szerokie horyzonty, bogate doświadczenia, by umieć wykorzystać mądrości i techniki różnych kultur, do wspomagania i nauczania innych. I odpowiednio je nazywają, bez dorabiania pseudo ideologii i źródła pochodzenia. Nie obiecują cudów w weekend, a raczej zapoczątkowują proces wewnętrznych przemian i poszukiwań, zachęcając do pracy, która czasem efekty przynosi po latach. Bo wszak Buddą nie zostaje się w weekend.
Agnieszka "Szepcząca" Cupak

czwartek, 27 marca 2014

Magia dla (nie) wtajemniczonych


Internet pełen jest magii, nie tylko tej wynikającej z czaru korzystania z sieci. Nie brakuje stron, portali, for i blogów o tematyce ezoterycznej, gdzie magia i czary są na porządku dziennym.  Można tam znaleźć tysiące zaklęć, uroków, opisów rytuałów na różne życiowe sprawy od znalezienia miłości do dokuczenia nielubianemu szefowi. Wszystkie oczywiście opatrzone uwagami w stylu: Bezpieczne bo białomagiczne. Czasem notatka jednak wskazuje, że to sposób niepełny i tylko dla wtajemniczonych bo sięga już do magii wysokiej, wyjątkowej lub tej prawdziwej. Nie brakuje więc osób, które wiedzą i są magiczne (w większości te osoby same uczyły się z powszechnie dostępnych książek i stron w internecie na ten temat) i ogłaszają się z usługami przeprowadzenia rytuałów, rzucenia zaklęcia itp. Niestety nie brakuje i tych, co  zachęcając do skorzystania z usług magicznych oferują rzucanie klątw i uroków. A chętnych nie brakuje, bo sama od lat wciąż otrzymuję maile i telefony z prośbą o urok lub klątwę. Wiadomo, najczęściej ma to dotyczyć zaklinania miłości. Te młode (95% tych próśb to młodzież gimnazjalna,  licealna i trochę studentów) osoby są gotowe ponieść każdą cenę i żadne konsekwencje takiego nie są w stanie ich odwieźć od pomysłu zdobycia wymarzonego chłopaka czy dziewczyny. I nie pomaga tłumaczenie, wyjaśnianie na czym taki urok polega, co się może stać. Oni mają swój jeden koronny kontr argument : bo ja go(ją) kocham, a skoro kocham to jest to dobre.
Otóż dobre nie jest dobre, bo działanie magiczne - skuteczne - powoduje zniewolenie tej osoby, naruszenie jej wolnej woli, zmanipulowanie jej. I potem zamiast wymarzonego chłopaka mamy bezwolną kukiełkę, która z każdym dniem nienawidzi partnera coraz bardziej, ale nie odejdzie, bo jest magią związany. Klasyczny toksyczny związek, do tego czasem zostający na kilka wcieleń. Ciężko  się  od niego uwolnić, a gdy się uda... Cóż konsekwencją takich zabaw w magiczne wiązanie drugiej osoby najczęściej jest samotność na wiele lat, jeśli nie na całe życie.

Druga grupa chętnie sięgających po usługi magiczne to osoby, które chcąc pomścić swoje krzywdy zlecają rzucenie klątwy na kogoś, bo np. wymarzony chłopak (dziewczyna) zakochał się w kimś innym i trzeba koniecznie odegrać się na rywalu lub tym, kto odrzucił uczucie.
Jeszcze chętniej po klątwy sięgają osoby, które po przestudiowaniu i wypisaniu sobie z internetu zapasu zaklęć, rytuałów, inwokacji i sposobów na magię zaczynają określać siebie mianem wiedź, magów czy czarownic i w poczuciu wyższości, nieograniczonych mocy i sił, a przede wszystkim wysokiego ego, zaczynają zabawy w magię. Tak, właśnie zabawy, bo osoby naprawdę wiedzące czym jest magia, znające jej zależności, siłę i działanie, korzystają z niej naprawdę ostrożnie, rozważnie i tylko gdy inaczej się nie da. W myśl maksymy Terego Pratchetta, że o wielkości maga (czarownicy) świadczy to jak często magii nie używa. Niestety próżno tłumaczyć to osobom, które za pomocą magii, chcą rozwiązywać wszystko, nawet to, czego rozwiązywać nie trzeba i śmieją si ę w nos tym, co naprawdę wiedzą. Do czasu. Bo zabawy magią nigdy się dobrze nie kończą. Czy się ją rusza samodzielnie, czy zleca w swoim imieniu komuś innemu. Bo konsekwencje rzucania klątw, uroków i zaklęć ponosi zamawiający. Magowie, wiedźmy i szamani (ci nie wychowani i szkoleni na portalach ezoterycznych), wiedzą, jak się zabezpieczyć, ukierunkować energię magii i w końcu nie wyrażają własnej woli. To zamawiający wyraża wolę, chęć i intencję, więc to on poniesie konsekwencje swoich decyzji i wyborów.
Ale osoby, które uważają siebie za magiczne bo znają zaklęcia z internetu i w cudzym imieniu klątwę rzucą, też swoje zapłacą. Inni, cóż znają ryzyko, wiedzą jak to działa i podejmują świadome i odpowiedzialne wybory. Bo za magię, jak za większość rzeczy też swoją cenę zapłacić trzeba.
W tym miejscu warto powiedzieć, że z magią jest jak z talentem artystycznym. Rysować może się nauczyć każdy, ale artystą z naturalnym uzdolnieniem nie każdy się rodzi. To samo dotyczy magii. Nie każdy zdoła rzucić naprawdę skuteczne i działające zaklęcie, nawet, jeśli odprawi perfekcyjny rytuał, zgodnie z instrukcją.
Jednak w przeciwieństwie do sztuk plastycznych, używanie magii, nawet przez osoby nie magiczne, może nieść za sobą poważne konsekwencje. Bo jak rysunek, nawet malowany niewprawną ręką dziecka zamazuje kartkę, tak magia porusza po tamtej stronie pewne nici. Magowie, szamani, czarownicy i wiedźmy wiedzą jak to działa i za które nici chwycić, a które omijać. Widzą i wiedzą, a do tego najczęściej mają silnych pomocników po tamtej stronie. Jednak ktoś, kto bawi się magią, bo znalazł w necie zaklęcie i próbuje czy ono zadziała, jest niczym mucha na pajęczej sieci. Magią raczej niewiele zdziała, ale co przyciągnie to jego. A przyciąga zwykle istoty chętnie korzystające z jego sił witalnych, energii, a także te, które lubią nam ludziom szkodzić i dokuczać. Nawet jeśli taka osoba okaże się mieć zdolności magiczne, to bez podstaw rzetelnej wiedzy, praktyk i medytacji jest jak dziecko błądzące we mgle nad przepaścią. I nie ma tu usprawiedliwienia, że się nie wiedziało.
Warto się, więc zastanowić zanim po magię sięgniemy. Nie na darmo w dawnych czasach magii uczono się w zakonach, bractwach lub u starych czarownic i wiedźm. Zanim się wykonało swoje pierwsze zaklęcie lata mijały na poznawaniu zasad, teorii, obserwacji, medytacji. I szkoda, że dziś niewiele osób poznaje i uczy się czegoś więcej niż treści z popularnych, choć nie tak wiarygodnych książek czy stron. Dziś wystarczy wpisać hasło w Google.
No, ale cóż, po tamtej stronie nikt nie zapyta czy wiedziałam czy nie i co potrafię. Albo to pokażę, albo będę marionetką w rękach sił przynależnych do magicznego świata.
Pozdrawiam

Agnieszka "Szepcząca" Cupak

piątek, 27 grudnia 2013

Odnaleźć się w Matrixie



"- Czym jest Matrix?
- Matrix jest światem, który postawiono ci przed oczami, by przesłonić prawdę.
- Prawdę o czym?
- Że jesteś niewolnikiem. Jak wszyscy inni urodziłeś się w kajdanach. W więzieniu, którego nie możesz poczuć ani dotknąć. W więzieniu umysłów." [Morfeusz i Neo z filmu "Matrix"]
Te słowa, ten film poruszył wiele... Umysłów. Ruchy New age, ezoteryczne, gnostyczne  szybko podchwyciły słowo Matrix i dziś określają nim ścieżki inne niż swoje. Ogół ludzi to niewolnicy Matrixu, nieświadomi, śpiący, lub  zwyczajnie ci, co nie wiedzą. Osoby mające świadomości  istnienia Matrixu to przebudzeni, oświeceni, czy świadomi.  Nazwy jak nazwy, dzielące ludzi na tych co wiedzą i tych co nie wiedzą, często na lepszych i gorszych.  Powstają nowe koncepcje boga lub bogów, nowe nazwy, nowe doktryny, nowe prawdy (często jako jedynie słuszne). Powstają nowe Matrixy.

Tak to właśnie wygląda patrząc z boku. Niby wszyscy mówią podobnie, ale jedni negują drugich, drudzy pierwszych i trzecich, a iluzja jakiej ulegają, jest niczym innym, jak kolejnym Matrixem.
Bo w sumie w czym lepsza jest prawda którejś z gnostycznych dróg od animistycznej koncepcji świata czy chrześcijańskiej wizji miłości? Dlaczego taoistyczna droga jest prawdziwsza od nurtów zen? W czym kosmologia drzewa życia ma być bliższa faktom niż kosmologia oparta na budowie atomu?
A może jest tak, że nasze małe, wewnętrzne Matrixy są równie prawdziwe i jednocześnie równie błędne jak wszystkie inne? Może lepiej posłuchać swego serca niż głosicieli światła na portalach społecznościowych? Wszak świat wydaje się od zarania dziejów, w całej swej krasie podlegać pewnym dualizmom. Mamy więc świat męski i żeński, mamy życie i śmierć, mięsożercy zjadają roślinożerców, rośliny walczą o promienie słońca, światło walczy z cieniem, po nocy jest dzień, po porze suchej deszczowa, itd. Dlaczego zatem w imię nowej mody mamy siebie i świat odzierać z balastu wewnętrznego cienia w imię niezrozumiałej przez większość miłości i światłości? W imię czegoś, co staje się pastelowo tęczowymi obrazkami w social mediach, a co nie koniecznie jest wyborem własnym. Czy to nie kolejny Matrix, tyle, że dla odmiany prześwietlony i posypany cukrem pudrem?
W co, więc wierzyć? Pewnie zapyta nie jeden. Wierzmy w co chcemy, co jest zgodne z naszym sumieniem, sercem, potrzebą. Bez dzielenia świata na obudzonych i śpiących, bo nie wiemy, czy obudzeni nie mają tylko innego rodzaju snów.
Skupiajmy się na tym, by żyć i działać w zgodzie ze sobą i swoim sumieniem. A jak nazwiemy bogów, własne wierzenia, kosmologie, nie będzie miało większego znaczenia. Wszak to też tylko stan naszego umysłu.
Ważne jest by w tych iluzjach, wierzeniach umieć odnaleźć siebie. Siebie prawdziwego. Nie osobę, która działa i funkcjonuje zgodnie z koncepcją innych. Rodziców, przełożonych, partnerów, polityków, mistrzów  duchowych czy guru. Jeśli powiemy, że Bóg jest w nas, to poczujmy tam jego obecność, a nie powtarzajmy slogany z cudzych obrazków udostępnianych w sieci. Dokonujmy świadomych wyborów i bierzmy za nie odpowiedzialność, a jednocześnie pozwalajmy hołdować odmiennym przekonaniom innych ludzi. Bez tego świat stanie się nudnym, mdłym miejscem.
Pozdrawiam
Szepcząca

środa, 10 listopada 2010

Ja przepisywana

Analizuję i czytam. Czytam i analizuję. Artykuły, ksiązki, siebie.
Siebie czytam najwięcej. I już się nie boję tej lektury.
Weszłam do Labiryntu. Kilka razy w nim utknęłam, ale idę dalej. Prę do przodu jak burzowa chmura. Nawet się nie gubię, choć zdarza się zaglądać na błędne drogi. Wracam i idę, a idąc czytam.
Wyczytałam w sobie wiele. I nie zawsze to, co zapisane na swoistych kartkach mego życia i doświadczenia spodobało mi się. Nawet dość dużo mi się nie spodobało. To nie gatunek liryczno satyryczny, który mi odpowiada. A skoro nie odpowiada mi autorstwo innych, postanowiłam sama siebie pisać. Zaczynam od zaznaczenia tych rozdziałów, które mi się najmniej podobają i wymazuje je. Na pustych kartkach zapisuję swoje własne tworzenie.
Jesteśmy lekturami napisanymi przez innych. Większość naszych działań i czynów wynika z ocen innych. Robie to czy tamto by sąsiedzi czy rodzina nie gadali, albo dlatego, że tak wypada, ze strachu co ludzie pomyślą, co powiedzą, w pogoni za modą, za czyimś stylem, za czyjąś ideą, w poświeceniu się dla partnera, dla dzieci, dla rodziców.
W tym wszystkim nie ma nas. Spychamy siebie do roli maszyny spełniającej życzenia innych. Czasem coś w tych łączach zgrzyta i robimy mały bunt. Najczęściej przybiera on formę: A właśnie, że zrobię inaczej. Tyle, że to inaczej rzadko, kiedy idzie w parze z potrzebą naszej własnej lektury, z pragnieniem duszy i z naszą własną Istotą Bycia. Częściej przybiera postać kolejnej lektury nie naszego autorstwa, bo robimy tylko odwrotności wzorców ustalonych przez innych. Czyli takie zdjęcie w negatywie, ale dalej nie jesteśmy to my. Co gorsza, ta atrapa wolności wywołuje w nas większy lęk, bo w głębi duszy wciąż czujemy, ze taka zbuntowana postawa to też nie my prawdziwi i całość zaczyna wyglądać jak samotna samba do dźwięków spokojnego walca. Owszem, jesteśmy w centrum uwagi, ale zamiast nas to radować, zaczyna peszyć. I w końcu zawstydzeni lub wściekli schodzimy z parkietu i wpasowujemy się do ksiązki czyjegoś autorstwa. Najłatwiej zaobserwować to u dorastających ludzi, którzy po fazie zbuntowanych nastolatków (niektórzy ten stan przeciągają na radosny okres studiowania) wracają do rzeczywistości, jako poukładani w każdym calu dorośli obywatele, żyjący tak jak oczekują tego autorzy książki naszego życia. Czasem tylko nocami lub w drodze do pracy poczują tęsknotę za dziką wolnością, pomarzą by być ptakiem i z westchnieniem: „Ehhh, życie, tu się nie da polecieć w chmury”, trwają dalej w czyjejś lekturze, a przynajmniej wydaje im się, że jest czyjaś. Tak łatwiej zrzucić odpowiedzialność z siebie..
Co gorsza, kiedy nadarza się okazja by wyrwać niechciane kartki z tej książki i napisać swoją własną, zapierają się nogami i rękami z okrzykiem, że i tak się nie da, ze to bez sensu, że życie nie jest łatwe wiec, po co, itd., itp.
A życie jest tylko takie, jakim się je napisze. Bo w gruncie rzeczy każda książka to swoista autobiografia. I tak naprawdę to my ją piszemy, tyle, że w oparciu nie o swoje doświadczenia, potrzeby, tęsknoty. Nie piszemy jej o nas, a o kimś, kogo tworzymy na obraz i podobieństwo innych, byle się nie wychylać, byle nie być ocenionym, byle nie dostać etykietki „TEN ZŁY TA ZŁA”, bo ludzie widza zło w tym, co inne.
Trwamy, więc w strachu, który pozornie zdaje się bezpieczną przystanią, bo już znaną, i nawet za obietnice skarbów nie wypłyniemy na głębokie wody.
Ja tak nie chce. Wyrywam, więc kartki zapisane nie moją myślą i wolą. Odbijam od brzegu i ruszam w nieznane, zapisując siebie od nowa. W tej podróży to ja jestem sternikiem i kronikarzem. I jest mi z tym cholernie dobrze. Bo okazuje się, ze można być ptakiem i wzlecieć w chmury. To moja własna wolność, w której staję na dziobie mej łodzi i rozrzucając nie moje zapiski krzyczę: „Dzika Taka Jestem”.

czwartek, 21 października 2010

Paranormalne BHP

Do napisania tego artykułu zainspirował mnie tekst zamieszczony w jednym z numerów „Czwartego Wymiaru”, dotyczący niebezpieczeństw i zagrożeń czyhających na drodze rozwoju zdolności paranormalnych. Niestety dość powszechne jest przekonanie, że ezoteryka, ta szeroko rozumiana jest drogą bezpieczną i miłą. O ile ścieżki magii mogą nieść ze sobą jakieś zagrożenia, o tyle w szeroko rozumianym rozwoju duchowym nie dostrzega się ich. Tymczasem one są i nie należy ich bagatelizować. Zwłaszcza, kiedy rozwija się pewne, tak zwane paranormalne zdolności. Mam tu na myśli głownie jasnowidzenie, wróżbiarstwo, czy szeroko rozumiane postrzeganie pozazmysłowe.
Zwłaszcza osoby, które maja za sobą pierwsze, udane próby w tej materii powinny mieć się troszkę na baczności. Bo przy udanym eksperymencie nie trudno o euforię, a i chęć doświadczania więcej i częściej jest kusząca. Tymczasem łatwo tu się zatracić i doznać pewnego rodzaju rozchwiania emocjonalnego czy nawet psychicznego. Co więc zrobić?
Przede wszystkim dobrze się uziemić. Mam tu na myśli nie tylko uziemianie się konieczne podczas medytacji czy ćwiczeń mentalnych, ale i uziemianie się na resztę dnia.
Kiedyś pewien znajomy szaman powiedział mi, że jeśli się na codzień obcuje z tym innym wymiarem, to dobrze jest mieć jakąś kotwicę przyziemności. Np. najbardziej na świecie zwyczajną pracę, lub równie zwyczajne hobby, czy też przyjaźnie spoza ezoterycznego kręgu. I patrząc na swoje doświadczenia oraz moich przyjaciół ezoteryków, przyznaję rację temu szamanowi.

Świat Ezoteryki jest kuszący jak sama magia. Bywa jednak zwodniczy, a i zatracić się w nim nie jest trudno. Dlatego warto pamiętać, by rozwijając w sobie zdolności paranormalne zachować pewien dystans i margines. Mój tata nazywał to wentylem bezpieczeństwa. Jak to zrobić? Bardzo prosto. Na początek dobrze wyrobić w sobie nawyk, by ćwiczenia rozwijające nasze zdolności paranormalne przeprowadzać tylko w określonych ramach czasowych. Poza tym resztę dnia spędzić myśląc i czując racjonalnie, bez prób percepcji pozazmysłowej różnych sytuacji.
Pamiętać, by w stanach wzburzeń emocjonalnych, wątpliwości czy po prostu gorszego dnia, nie wychodzić poza stan fizyczny. W takich chwilach lepiej zrezygnować z ćwiczeń postrzegania pozazmysłowego, a zamiast tego oddać się wyciszającej medytacji, przywracającej w nas spokój i harmonię.
Kolejna sprawa to odczuwanie energetyczne. Tu szczególną uwagę zwracam osobom zajmującym się energetyką, np. bioenergoterapią, Reiki, uzdrawianiem pranicznym, czy inną metodą energoterapii. Ważne jest by nauczyć się czasem wyłączać wrażliwość energetyczną, a przede wszystkim odcinać się i zabezpieczać przed energiami innych. Zwłaszcza w pracy z Klientami jest to ważne, bo czasem w ich energetyce sporo jest brudów, które chętnie przyklejają się do innych.
Kolejna sprawa, i to bardzo trudna, to nauczenie się oddzielania kontrolowanego stanu przyjmującego mentalne przekazy od zwyczajnego stanu umysłu. Niestety, zwłaszcza na początku drogi, zdarza się, że tak bardzo chcemy coś dostrzec, usłyszeć, zobaczyć, że zapominamy, iż często pewne zjawiska są naturalne i zwyczajne. Cień firanki na ścianie najczęściej jest tylko cieniem firanki na ścianie, a nie pojawieniem się duchowej istoty. Dlatego właśnie, napisałam wyżej by pewne ćwiczenia przeprowadzać w określonych porach czy w wyznaczonych ramach czasowych.
Następna dość istotna rzecz, to margines błędu. Należy zawsze go sobie zostawić i nie wykłócać się na siłę, że coś jest białe, a nie czarne. Świat pozazmysłowy rządzi się innymi prawami i trzeba o tym pamiętać. Czasem dwie osoby tę samą rzecz postrzegają w nim zupełnie inaczej. I jest to wbrew pozorom logiczne. Bo większość z tego, co odbieramy, słyszymy, czy widzimy po tej drugiej stronie lustra, i tak przefiltrowujemy przez nasz umysł, nasze postrzeganie świata, wpojone wzorce. Weźmy dla przykładu anioły. Już sama nazwa „anioł” wywołuje w nas skojarzenie, że jest to świetlista istota, z wyrastającą z pleców parą białych skrzydeł. Najczęściej, więc, te istoty postrzegamy przybrane w formę, jaką znamy od wieków z kościelnych obrazów czy ikonografii. Co jednak nie znaczy, że ktoś inny nie może zobaczyć ich np. w jeansach i T-Shircie. Wszystko zależy od naszych wzorców.
Najważniejsze w tym paranormalnym świecie to nie dać się zwariować i zachować umiar i rozsądek. Jeżeli tego nie brak, na pewno uda nam się doświadczyć wielu ciekawych zjawisk, niedostępnych osobom jeszcze nie obudzonym.
Na koniec pozwolę sobie przypomnieć o kilku ważnych rzeczach, niezbędnych podczas ćwiczeń i praktyk mentalnych.
1.Przystępując do ćwiczeń czy praktyk (także terapii) mentalnych wycisz się i doprowadź do równowagi emocjonalnej. Nawet krótka medytacja jest tu wskazana.
2.Oczyść wcześniej pomieszczenie, tak by praktyka i ćwiczenia były bezpieczne.
3.Pierwsze kroki na „paranormalnej” drodze staraj się stawiać z kimś doświadczonym. Nie dochodź do pewnych rzeczy metodą prób i błędów. Lepiej zapytaj, kogoś z doświadczeniem. Pamiętaj, że kiedy uczeń jest gotowy i nauczyciel się znajdzie.
4. Zachowaj rozsądek i ostrożność. Odrobina sceptycyzmu jest bardzo wskazana.
5.Nie przystępuj do ćwiczeń czy praktyk po sutym, ciężkim posiłku. Planując ćwiczenia mentalne zjedz wcześniej lekko strawny posiłek, najlepiej wegetariański. Pamiętaj, że ciężkostrawne dania utrudniają percepcję pozazmysłową.
6.Bądź elastyczny, nie upieraj się, że coś jest lub nie ma. Czasem po prostu przyjmij to, co widzisz i słyszysz, zachowując jednocześnie rozwagę i ostrożność.
7.Nie zniechęcaj się niepowodzeniami. Pamiętaj, że trening czyni mistrza.

Na koniec życzę sukcesów w tej ezoterycznej ścieżce.
Pozdrawiam