![]() |
| "Zniewolenie" Natasza Sobczak |
środa, 8 października 2014
Puścić na wiatr - czyli o odchoodzeniu i przywiązaniu słów kilka
poniedziałek, 12 maja 2014
Czakralne absurdy
Od dłuższego czasu w świecie tak zwanej duchowości i ezoteryki każdy przynależny do tego światka pracuje z czakrami. A praca ta najczęściej polega na otwieraniu tychże, tudzież analizowaniu blokad, zamknięć i otwarć w powyższych. I w sumie nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że nie wszystko czakrami da się wyjaśnić, a nieumiejętna praca z nimi może doprowadzić do kłopotów.Zacznijmy może od sprawdzenia co kryje się pod tym tajemniczym pojęciem czakry.
I nie trzeba ich w żaden sposób czyścić czy otwierać, bo zdrowe i świadome podejście do życia, a w trudniejszych przypadkach, dobra praca terapeutyczna lub coachingowa, skutecznie usunie z nas blokady i złogi energetyczne oraz wyrówna pracę naszych energetycznych punktów, niezależnie od tego jak je widzimy, czujemy czy nazwiemy.
poniedziałek, 6 maja 2013
O czym szumi Drzewo
Kazimierz Przerwa - Tetmajer
John Struart Mill powiedział kiedyś: „Natura ludzka nie jest maszyną postawioną do wykonywania wyznaczonej pracy, lecz Drzewem, które rośnie i rozwija się zgodnie z dążeniem sił wewnętrznych, które czynią ją żywą istotą”. Niestety coraz częściej jesteśmy spychani do roli robotów wykonujących zadania, którym nie zostaje już czasu i miejsca na siebie. W pracy wymaga się od nas konkretnych działań, wyników, zachowań; w domu na pierwszy plan zwykle wysuwają się obowiązki, które trzebazrobić, jak sprzątanie, gotowanie, naprawianie, itd. W życiu towarzyskim kierujemy się tym co wolno, nie wolno, co wypada i co ludzie powiedzą, albo gonimy za czymś, nie koniecznie w zgodzie ze sobą, ale za to w zgodzie z grupą. Co gorsza jesteśmy też oceniani i postrzegani przez świat zewnętrzny na podstawie skuteczności i efektywności narzuconych zadań. I w podobny sposób często sami oceniamy, siebie, partnerów, znajomych, pracowników czy szefów. Stawiamy sobie cele, oczekiwania i niczym dobrze zaprogramowane roboty wykonujemy plan. Bez definiowania dualnego jak niski, wysoki, duży czy mały. Po prostu patrz i czuj.
Bez oceny i osądu. Dotknij uczuciami tego, co widzisz. Przyjrzyj się temu, tak jak przyglądają się Drzewa.
czwartek, 14 lipca 2011
Nadmorska Impresja
Jeden z nich stoi tuż przy wydmie. Wiatr szarpie jego włosami i skrzydłami, powiewającymi niczym peleryna. Czerń ubioru odcina się kontrastem od jasnego piasku.
Twarz cicha i dumna, dumą i godnością kogoś spełnionego i znającego swoją wartość. Oczy odbijają czerń Kosmosu, początek Wszechświata. Wpatrzone w horyzont.
Anioł, Morze i Sztorm. Wryte w serce i pamięć na zawsze.Słone łzy wzruszenia mieszają się z solą morskiej wody.
Poczucie Jedności i miłość. Spełnienie.
Miłość. Miłość po prostu.
Ogarnia każdą komórkę ciała i każdy atom duszy..
Pieśń. Wydarta z najgłębszego wnętrza. Trwa.
(Rowy, 2 lipca 2011)
Nadmorska Impresja
Sztorm. Ogłuszający krzyk fal. Taniec wody z wiatrem. Pusta plaża, nie licząc mew i aniołów.
Jeden z nich stoi tuż przy wydmie. Wiatr szarpie jego włosami i skrzydłami, powiewającymi niczym peleryna. Czerń ubioru odcina się kontrastem od jasnego piasku.
Twarz cicha i dumna, dumą i godnością kogoś spełnionego i znającego swoją wartość. Oczy odbijają czerń Kosmosu, początek Wszechświata. Wpatrzone w horyzont.
Anioł, Morze i Sztorm. Wryte w serce i pamięć na zawsze.
Słone łzy wzruszenia mieszają się z solą morskiej wody.
Poczucie Jedności i miłość. Spełnienie.
Miłość. Miłość po prostu.
Ogarnia każdą komórkę ciała i każdy atom duszy..
Pieśń. Wydarta z najgłębszego wnętrza. Trwa.
(Rowy, 2 lipca 2011)
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Leśne oczyszczanie deszczem
Mimo to po południu wyruszyliśmy na spacer do lasu. Zapach czeremchy niemal otumaniał wonią, pod nogami snuły się białe i żółte zawilce, a jasnota chowała się między pokrzywami.
Ptaki dawały koncert z każdej strony.
Zieleń ociekała soczystością, kojąc oczy. Uwielbiam zieleń tuz przed burzą. A Thor zapowiadał już grzmotami swoje nadejście.
Ja i syn szliśmy jednak wgłąb lasu, wyrywając z czasu jeszcze 40 minut, zanim spadł deszcz.

Ludzie biegnąc kulili się pod płachtami plastikowych siatek, parasolami. Każdy szybko wsiadał do auta.
A my rozłożyliśmy szeroko ręce i głośnym śmiechem poddaliśmy się temu rytuałowi oczyszczania. Grube krople deszczu spadałay na twarze zadarte wysoko w górę, spływały z włosów. Płuca nabierały wilgotnego powietrza, czując przypływ nowych sił.
Negatywne emocje i marazmy, spływały do ziemi wraz z tym wiosennym deszczem.
A z wnętrza serc głośnym śmiechem wybuchało z nas Światło Wszechświata.
Na koniec, już pod domem zaliczyliśmy rundę honorową po kałużach. Mam i jej syn. Na pustym blokowisku, zasnutym ulewnym deszczem skakaliśmy po wszystkich zagłębieniach, ochlapując się wodą i śmiejąc.
Takie puste podwórka w deszczu też maja swój urok.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Szepty Gór Sowich

Wynagrodziły tę śmierć krajobrazami. Chłonęło je serce i każda komórka ciała.
Las buków niczym duchy zaszumiał dając zgodę na wejście w głąb.
Zaczęła się wspinaczka.
Lubię ciszę Gór Sowich i jej dzikie szlaki. Wyznaczone ręka ludzką dają złudne wrażenie wędrowania bezdrożem. O poranku pustym, pozbawionym ludzkich głosów.
Za to słyszy się głos lasu. Świerkowych ostrych jak igły, bukowych, cichych i sosnowych żywicznych. Uśmiechy brzóz rozświetlających bielą zielenie rodzących się traw.
Te ostatnie wybijają się powoli z martwych żółci zeszłorocznego wcielenia. Patrząc na mozolne wysuwanie zielonych pędów, łatwo uwierzyć w reinkarnację.
Płaty śniegu są konaniem zimy. Rozpływają się w dłoni. Dają jeszcze odrobiny chłodu.
Mnogość ptasich głosów tworzy leśny chór.
Duchy objawiają się w pniach i wykrotach.
Tuz przy szczycie znowu rodzi się śmierć. Na uroczysku walczą o życie młode świerki. Być może kilku się uda, one przełamią urok śmierci, a wtedy ptaki zaśpiewają i w tym miejscu.
Na szczycie zapłonął ogień. Syczał długo walcząc z wilgocią drewna. Ale zwyciężył spopielając pnie.
Na tym stosie spalone runy. W ostatnią drogę odprowadził je dźwięk bębna.
Schodzenie było jak zostawianie za sobą życia i śmierci. Domu...
Przełęcz Jugowska,
niedziela, 27 lutego 2011
Medytacja Kury Domowej
Obraz medytującej osoby, siedzącej w pozycji lotosu lub po turecku, o spokojnym obliczu, przymkniętych powiekach, na stałe zagościł już w naszej świadomości. I to na tyle mocno, że wiele osób uważa, że do medytacji potrzebna jest cisza, spokój, stosowna muzyka czy pozycja medytacyjna.Owszem, miło jest, kiedy mamy te wszystkie dodatki. Jednak ich brak nie wyklucza możliwości zagłębienia się w siebie.
Nie sztuką jest medytować w ciszy, spokoju, niedziałaniu. Buddyjski mnich pogrążony w sobie, może się zanurzać we własnej duszy i w duszy wszechświata, bez ryzyka, że wyrwie go z tych głębin dziecko, telefon, obowiązki domowe. Taki mnich może sobie trwać w lotosie i medytować. A my? W wirze i natłoku codzienności, jaką mamy szanse na zagłębienie się w sobie?
Mamy i to sporą.
Medytacje rządzą się pewnymi regułami i zasadami, ale kto powiedział, że konieczny jest do tego buddyjski klasztor czy samotnia? Kto zabroni medytowania podczas mycia naczyń, prasowania, czy szorowania podłogi?
My kobiety sporo czasu poświęcamy praca domowym. Dlaczego nie połączyć obowiązków z chwilą dla siebie? Pewne prace domowe wykonujemy machinalnie, automatycznie. Ten czas można spożytkować także na medytację. Szorując podłogę skup się na sobie i swoich uczuciach. Co czujesz odkurzając? Czy te domowe obowiązki sprawiają Ci przyjemność? A może przeciwnie, irytują Cię i robisz to, bo musisz? A jeśli tak, to czy naprawdę musisz? Co się stanie, jeśli raz nie odkurzysz? Nie umyjesz naczyń? Nie wypierzesz? Mąż będzie niezadowolony? Skąd masz taka pewność? Ponieważ raz jeden był? A czy tamtego dnia nie było innych czynników, które mogły spowodować jego niezadowolenie?
A czy myjąc naczynia, piorąc, zanurzając ręce w misce z wodą, przy myciu podłogi, zastanawiałaś się nad istotą wody? Jak jest, czym jest, jakby było nią być? Analizowałaś, choć raz naturę kropli wody? A dlaczego by nie?
Podczas codziennych obowiązków, zajęć, często zdarzają nam się chwilę, w których nie wymaga się od nas koncentracji i uwagi. Jadąc do pracy tramwajem czy autobusem, wykonując domowe zajęcia, leżąc wieczorem w łóżku, możesz swobodnie pozwolić płynąć swoim myślom. I tak to robisz, choć nieświadomie.
Każdego dnia nasz mózg bombardowany jest milionami informacji, z których tylko około 2000 dociera do naszej pełnej świadomości. Reszta staje się ledwie dostrzegalnym tłem, paprochem w kącie za wersalką. Nasze myśli, płynące strumieniem cały dzień także w większości są niedostrzegalne.
Czy kiedykolwiek wcześniej zastanawiałaś się, o czym myślisz myjąc naczynia? Gdzie jesteś Ty i Twoja dusza podczas szorowania toalety?
Rejestrujesz zapach środków czyszczących, Twój mózg analizuje to i oświadcza, ze jest to miły zapach, lub drażniący. Twoje dłonie analizują przez skórę temperaturę wody, fakturę materiału, z jakim się stykasz. Ale ile razy robiłaś to w pełni świadomie, zastanawiając się nad tym. Ile razy tak naprawdę byłaś w pełni świadoma tego, o czym myślisz, co robisz, co czujesz, w danym momencie. W momencie wykonywania prostych czynności domowych, w drodze do pracy, myjąc się, zasypiając?
Będąc kobietą, czy to młodą, jeszcze uczącą się, czy to mająca już swoją rodzinę, swoje niezależne życie i wynikające z tego obowiązki, nie musisz rezygnować z rozwoju duchowego, czy medytacji.
Nie musisz mieć pieniędzy i usprawiedliwiać się brakiem czasu na odbycie podróży w głąb siebie. Masz go na to aż nadto. Wystarczy tylko chcieć. Mieć odwagę spojrzeć w duszę.
Pamiętaj, to co jest ma wpływ na to, co będzie. Tylko od Ciebie zależy, jak wygląda i będzie wyglądać Twoje życie. Jesteś z niego zadowolona? Fantastycznie. Pobaw się więc, w filozofa i przeanalizuj naturę kropli wody, lub spienionych baniek płynu do naczyń.
A może jednak coś w Twoim życiu nie jest takim, jakbyś chciała, aby było? Medytacja pozwoli Ci odnaleźć przyczynę usterki i da odpowiedź jak ją naprawić. A czasem pomoże odnaleźć w sobie odwagę by podjąć decyzję wprowadzającą zmiany.
Tak czy inaczej medytować warto. Bo trzeba zrobić coś dla siebie. Bez tego wszak nie zrobi się nic dla innych.
A i już nie możesz usprawiedliwiać się brakiem czasu czy pieniędzy. Rozwijać wnętrze, budzić duszę i medytować naprawdę można wszędzie. Trzeba tylko chcieć.
Pozdrawiam
Agnieszka "Szepcząca" Cupak
czwartek, 23 grudnia 2010
Rozważania
Wczuwam się w trwanie.
Pustynia ma urok życia i śmierci. Jest odbiciem dualizmu wszechświata, choć z pozoru wydaje się jałowa i martwa.
Pustynia to moje Tao, które odnalazłam na styku piasku i nieba nade mną.
Życie i śmierć są tu namacalne i dotykalne. Pulsujące istnieniem organizmy pod powierzchnią piasku i bielejące w nim kości tych, których czas się skończył.
Pozorny brak wody zrasza o świcie kroplami rosy ziarenka bezmiaru czasu. Palące słońce rozgrzewa krew za dnia by noc miała, co schładzać.
I jest tu cisza.
Cisza, która krzyczy tysiącami ulotnych dźwięków.
Lubię leżeć na granicznej linii życia i śmierci, na powierzchni piasku. Na linii mego Tao.
Tu wiem, że Tao jest milczeniem i jest mową. I nie ma w tym metali srebra i złota. Jest jedność.
Mówi się, że słowa nie są dobre, bo wprowadzają w błąd, nie opisują tego, co zrozumieć może tylko serce.
Tu na pustyni zaczyna się rozumieć ograniczoność słów. Bo Pustyni nie da się wyrazić słowem.
A jednak to właśnie słowo było pierwsze…
sobota, 18 grudnia 2010
Wędrowanie
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Pustynna cisza
Witold Gąbrowicz napisał kiedyś: „Pustka. Pustynia. Nic. Ja sam tutaj jestem. Ja sam.”
Ja bym sparafrazowała to tak: „Pustka. Pustynia. Nic. Ja i Bóg tutaj, sam na sam”.
Na pustyni jest cisza. Cisza nie zakłócana niczym.
Leżę na piasku. Moja dłoń niczym klepsydra przesypuje ziarenka. Saharyjskie, drobne. W dotyku Pustynia jest aksamitna. Miękka i cicha jak szept aniołów. Nie istnieje czas, istnieje Trwanie.
Leżę, spoglądam w niebo, moje ciało wibruje życiem.
Cisza jest namacalna, materialna w dowolnej formie, jaką jej nadamy.
Odczuwam Bycie.
Jestem.
Trwam.
Życie wokół mnie tętni, niczym wartka krew w żyłach. Wyczuwam je każdą komórką mego ciała. Wszystkich moich ciał. Mojej duszy.
Pustynia żyje. Tuż pod powierzchnią piasku faluje w milionach istnień.
Jestem Jednością z nimi.
Pustynia.
Ja i Bóg. Jedność.
Wstaję i idę w światło. Nie zostawiam już śladów stóp na piasku. Jest dzień czterdziesty pierwszy….
poniedziałek, 8 listopada 2010
W objęciach Demona Lęku
Większość z nas uważa się za osoby odważne. Tak naprawdę mało, który człowiek nie ma w sobie lęków i strachów. Nie mam tu na myśli wszelkiego rodzaju fobii, a jedynie zwykłe, codzienne leki, które z czasem z niczego przekształcają się w okrutnego olbrzyma, chcącego nas pożreć. Tymczasem droga lęku jest drogą prowadzącą w stronę mroku, także tego, jaki każdy z nas skrywa w sobie. Krocząc tą drogą ujawniamy w sobie wiele negatywnych emocji, takich jak agresja, frustracja, pesymizm. Zamykamy się na otaczający świat i najważniejszą rzecz, jaka w nim istnieje, na Miłość.
Strach został wpisany w nas u zarania dziejów i jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania w świecie. To on czyni nas ostrożnymi, i sprawia, że przetrwaliśmy, jako gatunek. Ten wpisany w nas strach jednak nie jest tym samym, co lęk. Niestety często mechanizm, który miał nas chronić przed zagrożeniami świata natury, rozrósł się w nas do rozmiarów lęku. Ten zaś już nie czyni nas ostrożnymi. Zamiast tego każe nam sięgać po tabletki na uspokojenie, funduje nam nieprzespane noce, utratę wiary, energii, zamknięcie się na miłość, brak zaufania, depresje, samotność, agresję…
Martwimy się na zapas, zamiast żyć chwila obecną w Tu i Teraz. Zamykamy się przed partnerami i przyjaciółmi, uznając, ze lepiej tak, niż potem się rozczarować. I często potem wzdychamy ciężko, że nasze przewidywania się sprawdziły. Czujemy się porzuceni, osamotnieni, bezradni i bezbronni. Ale nie dostrzegamy tego, że otrzymaliśmy to, w co wierzyliśmy.
Zamkniecie do wewnątrz sprawia, że to, co na zewnątrz odsuwa się od nas.
Mam przyjaciela. Najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Kogoś, kto po prostu Jest. Kogoś, z kim dzielę i radość i łzy, kto stoi obok, kiedy trzeba, kto rozumie i wybacza, cieszy się moja radością i smuci moim smutkiem. Takich ludzi spotyka się raz na milion. Ja nazywam ich aniołami. Jeden z takich aniołów wkroczył pewnego dnia w moje życie. Jednak lęk sprawia, że wciąż się zamykam na te jego anielskość. Patrząc z boku wygląda to jak wysuwanie nosa z mysiej dziury. Poniucham czy przyjaciel nie jest kotem i choć serce mówi, że nim nie jest, na wszelki wypadek cofam się na bezpieczny teren mojego wnętrza. Co gorsza przestaję wierzyć, ze taki ktoś jest obok, bo przecież taka beznadziejna mysz jak ja, nie zasługuje na anioła. Mimo to on trwa obok mnie i wyciąga rękę. A lęk, który w sobie wyhodowałam sprawia, że wciąż ją odrzucam. I pielęgnuje nowy lęk, przed tym, że pewnego dnia ta przyjacielska dłoń nie wyjdzie do mnie. Uzna, że już nie warto, bo i tak zostanie odrzucona. Tworzy się błędne koło stresów, lęków, opadania na dno zalegającego w nas błota, z którego coraz trudniej się wydostać.
Prawdopodobnie większość osób w wielu życiowych sytuacjach zachowuje się i myśli podobnie. Obawiamy się wyrzucenia z pracy, odrzucenia przez partnera, przyjaciela, rodzinę. Obawiamy się chorób, wypadków, samotności, bezsilności. Jednocześnie marzymy, aby ktoś wziął nas w ramiona, wyciągnął w naszą stronę dłoń, pochwalił za dobrze wykonaną pracę, oddalił od nas lęki.
Jednak nikt tego za nas nie zrobi. Ani matka, ani partner, przyjaciel ani nawet anioł.
Więc trwamy sobie na dnie błotnistej studni naszej duszy, oglądając świat z jej perspektywy. A krajobraz, jaki z niej widać utwierdza nas w naszych lękach. Dostrzegamy, bowiem tylko to, co może się nie udać. W naszych słownikach częściej goszczą słowa: nie mogę, nie da się, nie umiem, nie zasługuję, nie potrafię, nie mam czasu. Widzimy ciemne strony, odrzucamy w obawie przed odrzuceniem, obwiniamy się o wiele, o jeszcze więcej obwiniamy świat, a nawet Boga. Zamiast szukać nowych dróg, siadamy na rozdrożu i szlochamy, bezradni, niezdolni podjąć decyzji, w którą stronę chcemy iść. Bo na każdej z możliwych dróg może czaić się upiór lub nawet demon naszych największych lęków.
Znów odrzuciłam dłoń przyjaciela, a mój lęk sprawił, że nawet zatrzasnęłam mu drzwi przed samym nosem. Tylko w tej mysiej norze na rozdrożu jest mi źle. Samotnie, pusto i jakoś tak szaro. Gdzie nie spojrzę są tylko bezradoności, ślepe uliczki, ciemne zaułki nie dających się rozwiązać problemów i ponure perspektywy na przyszłość.
Mogę tu zostać i płakać w poduszkę. Mogę do tych widoków dodać i ten, że anioł więcej nie zapuka do mnie. Mogę. Nie musze. Bo niczego w życiu nie muszę. Mam wybór. Wystarczy wstać i wyjść, ruszyć do przodu. Nie ważne, w którą stronę, byle dalej od tego rozdroża. Stanie w miejscu niczego nie zmieni, a kto wie, co kryje się za zakrętem? Być może mój anioł, który wciąż wyciąga dłoń, a może demon leku, którego przyjdzie mi pokonać? Nie wiem, ale idąc przynajmniej dokądś dojdę. Z tarczą lub na tarczy, ale dojdę.
Po drodze zajdę jeszcze do mego przyjaciela. Powiem mu „cześć” i spytam, czy potowarzyszy mi w tej drodze jeszcze raz. A jeśli odmówi z lęku, że znowu go odtrącę, spróbuję się stać dla niego aniołem, jakim on jest dla mnie. Pewnego dnia wyciągnę go z mysiej dziury. Znajdę też nowe rozwiązania i możliwości, bo w Tu i Teraz jest ich wiele. Stąpam jeszcze ostrożnie i skrajem drogi, ale już nie stoję w miejscu. A demonami przyszłości zajmę się, kiedy je spotkam. Jeśli w ogóle spotkam.
Pozdrawiam
P.S.
Pukam do Ciebie i proszę byś mi otworzył. Kolejny raz. A pod próg wsuwam kartkę z napisem: „Dziękuję Ci, że Jesteś. Ja też Jestem. I Będę.”
To ja tworzę cień
W życiu zawsze warto coś zmieniać na lepsze. Trwanie w miejscu nie prowadzi do niczego i blokuje rozwój. Czy wybierzesz naukę, ezoteryke, rozwój duchowy, czy też całkowicie oddasz się swojej pasji, nie zatrzymuj się w miejscu. Poszerzaj swoją wiedzę, doskonal ciało, umysł, ducha lub wszystkie te rzeczy na raz.
Zrób cos dla siebie. Nie z konieczności czy z obowiązku. Nie z egoizmu, ale dlatego, że jesteś tego wart(a). Medytuj i szukaj harmonii w sobie i otaczającym Cię życiu. I wykorzystaj to do polepszenia swego życia.
Zacznij od zmiany postrzegania siebie. Zanurz się w siebie, zobacz to, co w sobie kochasz i to, czego w sobie najbardziej nie znosisz. Odpowiedz na pytanie, dlaczego to lub tamto wzbudza w Tobie niechęć. Czy to tak naprawdę Twoja niechęć, to wynik odbicia matrycy, jaką wtłaczano w Ciebie przez lata? Czy wszystko w sobie akceptujesz, czy nie akceptujesz niczego? A może rodzice, albo partner mieli wobec Ciebie oczekiwania, których nie spełniasz? I to nie dlatego, że jesteś osobą nieudolną, gorszą czy złą, ale dlatego, że masz inną drogę i inne doświadczenia do przerobienia. Tylko, czy te oczekiwania innych nie odbiły w Tobie rodzaju matrycy negatywnego postrzegania siebie? Albo poczucia winy?
Osobowość każdego z nas składa się z gromadzonych doświadczeń, wychowania, nauki. Wielki wpływ mieli na nas rodzice, którzy modele wychowawcze przejęli najczęściej ze swoich domów lub wprowadzali takie, jakie powszechnie uznaje się za słuszne. Czy one słuszne są, to już inna sprawa, a psychologia może na ten temat wiele powiedzieć.
Problemów, z jakimi każdy z nas się boryka, które w sobie czasem dusi, jest wiele. Nie sposób tu wymienić każdego. Jedna osoba będzie miała zbyt niskie poczucie własnej wartości, inna zbyt wysokie mniemanie o sobie. Ktoś inny ukryje się za kompleksami dotyczącymi urody, ktoś inny schowa się za chorobą. Jeden będzie wiecznie potwierdzał niesprawiedliwość świata swoim „A nie mówiłem”, inny próbuje przefrunąć przez życie na przesadnym luzie. Ktoś cierpi na samotność, inny na brak pieniędzy lub nie taką pracę. Ile osób tyle różnych problemów.
Jednak trwanie i utwierdzanie się w nich niczego nie zmieni, a jeśli tak to na gorsze. Bo lęki, stresy, brak zrozumienia ze strony otoczenia czy niskie poczucie własnej wartości, prowadzą w końcu do depresji, albo ujawniają się w postaci choroby. Zbytni luz nagle może okazać się zgubny i w rezultacie prowadzi do tego samego.
Dlatego warto przystanąć na moment. Zagłębić się w siebie, poszukać tam przyczyny swoich niepowodzeń, kompleksów, braków. Spojrzeć na siebie okiem innych osób. Bez przesadnej krytyki, za to uczciwie i z pełną odpowiedzialnością. Jeśli czujesz, że winę za twój stan, stres czy niepowodzenia ponoszą np rodzice, zastanów się, jak to zmienić? Pomyśl, ile razy pozwoliłeś(aś) na to by odbijano w Tobie taką, a nie inną matrycę? Przyjmij odpowiedzialność za swoje życie. W pełni.
Nie obwiniaj się jednak, ale to zmień. Czasu się nie cofnie, więc nie ma sensu obarczać się winą, płakać za utraconymi szansami. Powiedz sobie: „To Ja tworzę cień”. I znajdź w sobie wszystkie cienie, jakie zostały stworzone. Lęki, złości, agresje, kompleksy, itp. To są właśnie cienie stworzone przez Ciebie. A gdy już znajdziesz wszystkie rozświetl je swoim światłem, zmień w siłę, jaką daje doświadczenie, wyciągnij naukę. Przeszłości zmienić nie można, ale działania w teraźniejszości kształtują przyszłość.
Taka podróż w głąb siebie może być przykra, ale jest potrzebna. Kiedy zaś poznasz odpowiedzi na postawione pytania, poszukaj najlepszej metody by zmienić siebie, swoje życie i swój świat na lepszy. Mogą to być afirmacje, medytacje, znalezienie nowej pasji, czy cokolwiek innego, co Ci odpowiada. Najważniejsze by zmienić swoje postrzeganie siebie. Zrozumieć, ze każdy z nas jest wyjątkowy i wartościowy. Nie ma ludzi lepszych i gorszych, są inni. Ty także jesteś Jedyną W Swoim Rodzaju Istotą. Nie ważne jak wyglądasz, jakie masz wykształcenie, co umiesz, czym się interesujesz, ile zarabiasz. Byłeś, Jesteś i Będziesz Istotą Doskonałą, Dziełem Boga, kimkolwiek On Ci się wydaje. A jak wykorzystasz czas od narodzin do śmierci, zależy tylko od Ciebie. Zmieniaj w sobie i w życiu, to, co uznasz, że zmienić należy. Przestań Tworzyć cienie, a jeśli jakieś się przydarzą, rozświetlaj je. Nie obarczaj winą świata, ale odpowiedzialnie i samodzielnie idź do przodu. Nie szukaj usprawiedliwień, a rozwiązań i możliwych dróg. Przede wszystkim zaś szanuj siebie i innych. I nigdy nie zapominaj Kim Jesteś.








