![]() |
| "Zniewolenie" Natasza Sobczak |
środa, 8 października 2014
Puścić na wiatr - czyli o odchoodzeniu i przywiązaniu słów kilka
sobota, 22 czerwca 2013
Początek lata
Letnie przesilenie to dla wielu tradycji czas ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości. Właśnie tym elementom okazujemy szacunek świętując Kupalnocki, Noce Świętojańskie, Midsumarsbloty, Litha czy jak inaczej zechcemy nazwać te święta. W ten płodny czas bogowie błogosławią poczętym wówczas dzieciom, świat celebruje życie. Czasem jednak dla niektórych jest to czas umierania, bo wszystko ma swój czas i swój koniec. Stoję nad łożem umierającej kobiety, trzymam za rękę, liczę oddechy, pytając czy nadejdzie kolejny. Jestem z jej krwi, jej ciała, jej wiedzy, smutków i radości. We mnie żyją i pozostają jej wspomnienia. Stara kobieta, ciepłem nazwana - babcia - powoli odchodzi do świata przodków.
W lesie śmieje się Życie, skacząc przez święty ogień, na jego skraju, odchodzi Stara Mądrość. Koło życia i śmierci toczy się w symbolicznym tańcu, jak mijające pory roku. Uczę się życia i śmierci, to moje własne ars viviendi i ars moriendi w jednym kole.
Staję się niczym La Loba. Pozwalam odejść pozwalam przyjść, w myśl słów P. Estes:
"Ta która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci. pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć."
niedziela, 26 maja 2013
Po prostu dziś nie złość się - o złości w naszym życiu i sposobach poradzenia sobie z nią
W najbliższym czasie postaram się napisać także o pozostałych czterech regułach Reiki.
http://reikowisko.org/p/po-prostu-dzis-nie-zlosc-sie/646
sobota, 6 kwietnia 2013
Śpiesz się powoli, czyli o nauce i praktyce ReiKi
środa, 2 lutego 2011
Choroba, a jej podłoże emocjonalne i psychiczne
niedziela, 14 listopada 2010
Jak skutecznie afirmować
Czym są afirmacje mówić chyba nie trzeba. Wiele osób stosuje je dla polepszenia swego życia. Czy będą to afirmacje na przypływ pieniędzy, znalezienie miłości czy choćby na odchudzanie, trzeba je stosować umiejętnie. Inaczej nie przyniosą efektu, lub przyniosą nie taki jak trzeba.
Pewna moja znajoma opowiadała, jako anegdotę, że jedna jej klientka afirmowała każdego dnia na poprawę życia materialnego, pisząc i powtarzając zdanie: „Chcę mieć Komfort”. Po kilku tygodniach mąż kupił jej wykładzinę z firmy o tej samej nazwie.
To anegdota i nie wiem na ile jest prawdziwa, jednak obrazuje istotę niewłaściwie stosowanych afirmacji. Poza tym często sama afirmacja nie wystarczy, dla polepszenia sobie warunków życia.
Anna Antras w poradach na swojej stronie internetowej, ma ciekawy tekst:” Jak pisać i stosować afirmacje”. Autorka pisze tam tak: „Gdy wprowadzamy do podświadomości bardzo wiele energii pozytywnych wzorców, nie będzie to równoznaczne z oczyszczeniem tych negatywnych. Wręcz przeciwnie, zacznie w nas narastać balonik sprzecznych informacji. W końcu balonik pęknie i dojdzie do pomieszanie emocjonalnego.” Dlatego tak ważne jest by umiejętnie stosować afirmacje.
Zacząć należy od tego, co chcemy poprawić, polepszyć, zmienić w sobie i w swoim życiu. Jednak nie wszystko na raz. Afirmujemy jedną, dwie rzeczy, właśnie po to, by nie było tych sprzecznych, choćby nawet pozytywnych, informacji. Kolejna rzecz to emocje, które pojawiają się w trakcie afirmowania. Dobrze je sobie zapisać lub zapamiętać i dokładnie przeanalizować. One są właśnie kluczem do rozwiązania naszego problemu. Są też wskazówką dla dalszego afirmowania, bo może się okazać, ze nasza pierwotna afirmacja nie była właściwa. I wreszcie pozwalają do końca oczyścić stare i negatywne wzorce, co jest bardzo ważnym czynnikiem, dla skutecznej afirmacji. Dlatego afirmując zwracaj uwagę na emocje i myśli, które się w Tobie pojawiają. Nie wystarczy powtarzać afirmacji jak mantry. Trzeba dobrze ją przeanalizować i być jej w pełni świadomym.
W przepracowywaniu negatywnych wzorców, które wpływają na stan naszego życia czy zdrowia pomocne mogą okazać się pytania pomocnicze. Zapisz sobie je i poszukaj w sobie odpowiedzi, uświadom sobie, gdzie tkwi przyczyna problemu, jednocześnie afirmując na zmianę tych wzorców. Dla przykładu weźmy bogactwo.
Tu pozwolę sobie znowu skorzystać z mądrości Pani Anny Antras, odsyłając do jej wypowiedzi:
„Skorzystajmy teraz z możliwości, jaką daje nam test skojarzeń, aby odnaleźć, choć część z tego, co może wpływać na to, że nie osiągamy w bogactwie tego, co byśmy chcieli.
- Bogactwem jest dla mnie to, ......
- O zarabianiu zawsze słyszałam, że....
- Rodzice nauczyli mnie o zarabianiu tego, że....
- Obserwując swoje otoczenie, nauczyłam się, że....
- Dorastałam w środowisku, w którym o bogactwie mówiło się, że....
- W moim rodzinnym domu zawsze brakowało mi....
- Sytuacja ekonomiczna i gospodarcza kraju, w którym się wychowałam nauczyła mnie....
- W życiu najczęściej mi brakowało.....
- W moim domu, najczęściej brakowało mi w dzieciństwie.....
- Dzieciństwo pamiętam, jako...
- Kiedy coś chciałam w dzieciństwie dostać, najpierw musiałam....
- Teraz, zarabianie przychodzi mi z....
- Obecnie zarabiam, robiąc to, co....
- Moja praca przynosi mi jedynie.....
- Z ogromnymi pieniędzmi czułabym się bezpieczna wtedy, gdy......
- Gdybym miała ogromną gotówkę, wydałabym ją na....
- Największe marzenie, które bym spełniła za pieniądze, to....
- Chciałabym zarabiać tyle, by....
- Dużymi pieniędzmi podzieliłabym się z....
- Chciałabym wynagrodzić doświadczenie biedy....
- Najmocniej doświadczyłam biedy (niedostatku).....
- Niedostatkiem jest dla mnie świadomość braku.....”
Tyle Anna Antras, która sugeruje też, że odpowiedzi na powyższe pytania, których może być znacznie więcej, winny dotyczyć tylko sfery bogactwa. Podobne zestawy pytań warto przygotować sobie do większości afirmowanych problemów. Miłość, praca, zdrowie, radość, uroda… Każdy problem, jaki mamy w danej sferze wynika z jakiś zakodowanych w nas wzorców, matryc, które afirmacja ma zmienić.
Kolejną ważną rzeczą w afirmacjach jest sposób ich zapisywania. Tu najlepiej pisać afirmacje w pierwszej osobie. Z mojego osobistego doświadczenia, a tym się tu chcę podzielić, zauważyłam, że najlepiej sprawdzają się afirmacje stwierdzające fakt. Czyli: Ja…(tu imię) Jestem… i tu dajemy to, co afirmujemy: zdrowa, mądra, bogata itp.”
Wiem, że wiele osób poleca pisanie afirmacji w trzech osobach: Ja, Ty, On, jednak ja osobiście stosuję tylko pierwszą osobę, bo lepiej ona do mnie przemawia. I, przynajmniej w moim wypadku sprawdza się.
Zwracam też uwagę na to, by w tworzeniu afirmacji unikać pewnych sformułowań. Pewne słowa, np: chcę, chciałbym, chciałabym prowadzą do utrzymania się stanu chcenia. Dlatego lepiej jest przekształcić w sobie wzorzec na myślenie, że mam czy zasługuję, a nie chcę. Bardzo dobrze obrazuje to cytat z ksiązki „Rozmowy z Bogiem” N.D. Walscha: Nie otrzymasz tego, o co prosisz i nie możesz mieć tego, czego pragniesz. A to, dlatego, że twoja prośba jest stwierdzeniem braku. Mówiąc, że czegoś chcesz, przyczyniasz się do zaistnienia w twojej rzeczywistości dokładnie tego doświadczenia – chcenia.
Modlitwa prawidłowa jest, więc nie modlitwą błagalną, lecz dziękczynną.
Gdy dziękujesz Bogu zawczasu za to, czego z własnego wyboru pragniesz zaznać w swym doświadczeniu, przyznajesz, że w istocie ono już jest. Dziękczynienie kryje w sobie ogromną moc; stanowi potwierdzenie, że zanim zdążyłeś spytać, otrzymałeś (…) odpowiedź.”
Cytat ten, co prawda dotyczy modlitwy, ale ta sama zasada dotyczy afirmowania. Dlatego dziękuj lub stwierdzaj fakt posiadania, istnienia, bycia, a nie chcenia, by on zaistniał.
Na koniec dodam jeszcze, że pisząc w afirmacjach słowa „Ja Jestem” Czy jeszcze silniej działające „Jam Jest” zawsze pisz je od wielkiej litery. Wbrew pozorom, to bardzo ważne, gdyż postrzegając napisaną afirmację wizualnie, podświadomość zwraca uwagę także i na to, jak zapisujesz to swoiste „Ja”. Pisząc je dużą literą pokazujesz podświadomości, że to „Ja” jest kimś wyjątkowym i zasługuje na najlepsze.
Myśl tak o sobie na co dzień, nie tylko przy pisaniu afirmacji, a zobaczysz jakie zmiany to przyniesie. Zmiany na lepsze. Oczywiście bez popadania w przesadny egoizm, ale z pełnym poszanowania stosunkiem do samego siebie.
środa, 10 listopada 2010
Ja przepisywana
Siebie czytam najwięcej. I już się nie boję tej lektury.
Weszłam do Labiryntu. Kilka razy w nim utknęłam, ale idę dalej. Prę do przodu jak burzowa chmura. Nawet się nie gubię, choć zdarza się zaglądać na błędne drogi. Wracam i idę, a idąc czytam.
Wyczytałam w sobie wiele. I nie zawsze to, co zapisane na swoistych kartkach mego życia i doświadczenia spodobało mi się. Nawet dość dużo mi się nie spodobało. To nie gatunek liryczno satyryczny, który mi odpowiada. A skoro nie odpowiada mi autorstwo innych, postanowiłam sama siebie pisać. Zaczynam od zaznaczenia tych rozdziałów, które mi się najmniej podobają i wymazuje je. Na pustych kartkach zapisuję swoje własne tworzenie.
Jesteśmy lekturami napisanymi przez innych. Większość naszych działań i czynów wynika z ocen innych. Robie to czy tamto by sąsiedzi czy rodzina nie gadali, albo dlatego, że tak wypada, ze strachu co ludzie pomyślą, co powiedzą, w pogoni za modą, za czyimś stylem, za czyjąś ideą, w poświeceniu się dla partnera, dla dzieci, dla rodziców.
W tym wszystkim nie ma nas. Spychamy siebie do roli maszyny spełniającej życzenia innych. Czasem coś w tych łączach zgrzyta i robimy mały bunt. Najczęściej przybiera on formę: A właśnie, że zrobię inaczej. Tyle, że to inaczej rzadko, kiedy idzie w parze z potrzebą naszej własnej lektury, z pragnieniem duszy i z naszą własną Istotą Bycia. Częściej przybiera postać kolejnej lektury nie naszego autorstwa, bo robimy tylko odwrotności wzorców ustalonych przez innych. Czyli takie zdjęcie w negatywie, ale dalej nie jesteśmy to my. Co gorsza, ta atrapa wolności wywołuje w nas większy lęk, bo w głębi duszy wciąż czujemy, ze taka zbuntowana postawa to też nie my prawdziwi i całość zaczyna wyglądać jak samotna samba do dźwięków spokojnego walca. Owszem, jesteśmy w centrum uwagi, ale zamiast nas to radować, zaczyna peszyć. I w końcu zawstydzeni lub wściekli schodzimy z parkietu i wpasowujemy się do ksiązki czyjegoś autorstwa. Najłatwiej zaobserwować to u dorastających ludzi, którzy po fazie zbuntowanych nastolatków (niektórzy ten stan przeciągają na radosny okres studiowania) wracają do rzeczywistości, jako poukładani w każdym calu dorośli obywatele, żyjący tak jak oczekują tego autorzy książki naszego życia. Czasem tylko nocami lub w drodze do pracy poczują tęsknotę za dziką wolnością, pomarzą by być ptakiem i z westchnieniem: „Ehhh, życie, tu się nie da polecieć w chmury”, trwają dalej w czyjejś lekturze, a przynajmniej wydaje im się, że jest czyjaś. Tak łatwiej zrzucić odpowiedzialność z siebie..
Co gorsza, kiedy nadarza się okazja by wyrwać niechciane kartki z tej książki i napisać swoją własną, zapierają się nogami i rękami z okrzykiem, że i tak się nie da, ze to bez sensu, że życie nie jest łatwe wiec, po co, itd., itp.
A życie jest tylko takie, jakim się je napisze. Bo w gruncie rzeczy każda książka to swoista autobiografia. I tak naprawdę to my ją piszemy, tyle, że w oparciu nie o swoje doświadczenia, potrzeby, tęsknoty. Nie piszemy jej o nas, a o kimś, kogo tworzymy na obraz i podobieństwo innych, byle się nie wychylać, byle nie być ocenionym, byle nie dostać etykietki „TEN ZŁY TA ZŁA”, bo ludzie widza zło w tym, co inne.
Trwamy, więc w strachu, który pozornie zdaje się bezpieczną przystanią, bo już znaną, i nawet za obietnice skarbów nie wypłyniemy na głębokie wody.
Ja tak nie chce. Wyrywam, więc kartki zapisane nie moją myślą i wolą. Odbijam od brzegu i ruszam w nieznane, zapisując siebie od nowa. W tej podróży to ja jestem sternikiem i kronikarzem. I jest mi z tym cholernie dobrze. Bo okazuje się, ze można być ptakiem i wzlecieć w chmury. To moja własna wolność, w której staję na dziobie mej łodzi i rozrzucając nie moje zapiski krzyczę: „Dzika Taka Jestem”.
Odkrywca czy Twórca
„Życie to nie proces odkrywania, lecz tworzenia, i w tym tkwi najgłębszy jego sekret. Ty nie odkrywasz siebie, lecz siebie tworzysz na nowo. Trzeba więc, abyś dążył nie do ustalenia, Kim Jesteś, lecz Kim Pragniesz Być.
Aby sobie przypomnieć, na nowo, stworzyć, swą Prawdziwą Istotę.” D.N. Walsch „Rozmowy z Bogiem”
Powyższy cytat zaznaczyłam jaskrawym markerem i przeczytałam kilka razy. Było to bowiem zaprzeczeniem tego, co mnie uczono.
Bo czyż w końcu każdego dnia nie odkrywamy w życiu i w świecie czegoś nowego? Owszem odkrywamy, ale w większości poprzestajemy jedynie na tym odkryciu. I nie robimy z niego użytku. To tak, jakby odkryć światło i zamknąć je w pudelku, a samemu dalej narzekać na panujące wokół ciemności.
Wielu z nas wkracza na drogę tzw. Rozwoju Duchowego. Czyta ciekawe ksiązki o tym jak medytować, jak postrzegać świat, jak odnaleźć się w świecie, na co zwrócić uwagę. Odkrywa też ten subtelny, pozazmysłowy świat. Z czasem odkrywa też siebie i to Kim Jest. I często kończy się to jedynie wzrostem Ego, które żeruje na fakcie, że Odkrywca wie więcej od przeciętnego Kowalskiego, nawet jeśli ten Kowalski jest Jednością z Odkrywcą. Owszem jest jednością, bo tego uczą „nowoerowe” ksiązki, ale Odkrywca wie, że to ta gorsza połowa Jedności.
Wczoraj ja też byłam Odkrywcą. Ale dobre anioły włożyły w moje spragnione odkrywania ręce książkę i zawarte w niej słowa przytoczone na początku tego tekstu. Słowa, które mnie zatrzymały.
Uzmysłowiły mi, że odkrywanie to nie cel, a środek do tworzenia. Nie chodzi o odkrycie Kim się Jest, a następnie postrzeganie siebie odkrytego jako kogoś wartościowszego od innych, tylko dlatego, że wie, że odkrył. Odkrywać trzeba źródło takich a nie innych postaw, odkrywać trzeba nasze wewnętrzne matryce i je zmieniać. Kreować. Stawać się Twórcami samych siebie.
Koniec z szukaniem (odkrywaniem) winnych takiego, a nie innego stanu rzeczy w nas. Pora przyjąć na siebie odpowiedzialność za siebie i to jacy jesteśmy. Bo tylko pełna odpowiedzialność da nam 100% wolności. Wolność zaś pozwoli stworzyć siebie od nowa. Pomoże poznać Kim Chcę Być i stac się Tym Kim Chcę Być.
Przychodzą do mnie czasem osoby z różnymi problemami. W trakcie rozmów często obserwuję spychanie winy za dany stan rzeczy na innych. Od rodziców zacząwszy, poprzez przyjaciół, los a nawet na Bogu kończąc. Bywa, że zadaję wówczas pytanie, czy nie pozwoliłeś (aś) na to by tak się stało? Najczęstsza odpowiedzią jest, że nie miało się na to wpływu.
A jednak mamy wpływ na wiele, boimy się jednak odpowiedzialności i samodzielności. Ten strach zaś nie pozwala nam kreować siebie takimi jacy Byśmy Być chcieli.
Jednak umyka nam w tym jedna bardzo istotna rzecz, a mianowicie fakt, że trwając w takim a nie innym stanie rzeczy, nie zmieniając nic w swoim życiu, mimo wszystko jesteśmy Twórcami. Ponieważ brak zmian to kreowanie wciąż od nowa siebie takim jakimi nie koniecznie chcemy być.
Odkrycie takich a nie innych matryc w sobie, ale brak reakcji i chęci zmian to tworzenie powtarzających się schematów. Jak ustawienie kserokopiarki na nieskończoną ilość kopii, które tworzymy.
Biorę głęboki oddech i staję się wolna. Zaczynam zmieniać swoje matryce i tworzyć siebie od nowa. Odkryłam Kim w Istocie Jestem i Kim Chce Być. Czy uda mi się moje dzieło doprowadzić do końca nie wiem, ale nie stanę w miejscu zakładając, że nie warto, bo efekt może być mierny. Niech będzie i mierny, ważne by jakiś w ogóle był.
wtorek, 9 listopada 2010
Wędką po głowie
Siedzę, więc i łowię. I to łowienie tak mi się spodobało, że i innych do niego zachęcałam (i wciąż zachęcam). Otworzyłam nawet wędkodajnię, a i ryb trochę dorzucałam. Tylko jakoś wciąż nikogo na tym łowisku nie widać, a i inne pustkami świecą.
Pytam, co się stało, czemu nie łowisz? Najczęściej słyszę, że odwagi brakuje, albo, że łowisko nie takie, przynęta pewnie nie najlepsza a i pogoda na łowienie też zła. No cóż, można i tak. Zamykam, więc wędkodajnię i ruszam przed siebie. Mam w zadku, co inni zrobią ze swoimi wędkami. I mam tam też to wszystko, co świat sobie myśli i ocenia. Zbyt długo żyłam podług wizji innych, teraz przyszła pora na własną wizję. Zadzieram głowę do góry i przyglądam się szybowcom na niebie, zawieszonym nad moim światem. I już nie tęsknię za wolnością, jaką daje taki swobodny lot w przestworzach. Bo wolna jestem, od kiedy zrozumiałam czemu dostałam wędką po głowie i odważyłam się żyć. Nie ma, więc tęsknoty, jest tylko odwaga i radość.
Wędkujemy z przyjaciółką we dwie, ona już z inną wędką, bo wózek porzuciła na rzecz chodzenia. Tak się skubana z tą swoją wędką zawzięła, że tylko przykład brać.
Zaczynamy przypominać mistrzynie, bo łapiemy się na tym, że „życiowe pechy” i tak zwane nieszczęścia, traktujemy jak najcenniejsze dary. Bo to nasz własny surwival, który tylko wzmacnia.
Już się nie przejmuję ocenami innych, bo to ich problem, nie mój. Nie czekam już na wędkarzy, nawet tych, którzy dostali wędkę ode mnie, bo i po co? Zechcą pójść na łowisko, to pójdą. Poproszą o przynętę, dostaną, ale odwagi to ja im nie sprezentuję, bo nie mam takiej mocy. Zresztą, jak komuś wygodniej tylko patrzeć tęsknie w niebo za szybowcem lub sokołem, to jego wola, zresztą w pełni wolna.
Ja już wybrałam drogę i nie zamierzam z niej zbaczać, tylko dlatego, że z głębi siebie czasem wyłowię szczerzącego się rekina. Wyhodowałam takiego to i mam, co łapać. A jak złapię to wypatroszę i dalej idę, śpiewając pod nosem o swej dzikości. I szczerze się uśmiecham do tych skrzydlatych na górze, za tę wędkę, co mi nią po głowie dali.
A jak ktoś spyta, to powiem, że nie ma, co czekać na inną wędkę, inny czas i inną przynętę, od tych, co już się je ma, bo te są idealne na naszą miarę. Ale nie oglądam się już by zobaczyć, czy ktoś z tych rad skorzysta i pójdzie na łowisko. Jestem na to zbyt dzika.
poniedziałek, 8 listopada 2010
W objęciach Demona Lęku
Większość z nas uważa się za osoby odważne. Tak naprawdę mało, który człowiek nie ma w sobie lęków i strachów. Nie mam tu na myśli wszelkiego rodzaju fobii, a jedynie zwykłe, codzienne leki, które z czasem z niczego przekształcają się w okrutnego olbrzyma, chcącego nas pożreć. Tymczasem droga lęku jest drogą prowadzącą w stronę mroku, także tego, jaki każdy z nas skrywa w sobie. Krocząc tą drogą ujawniamy w sobie wiele negatywnych emocji, takich jak agresja, frustracja, pesymizm. Zamykamy się na otaczający świat i najważniejszą rzecz, jaka w nim istnieje, na Miłość.
Strach został wpisany w nas u zarania dziejów i jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania w świecie. To on czyni nas ostrożnymi, i sprawia, że przetrwaliśmy, jako gatunek. Ten wpisany w nas strach jednak nie jest tym samym, co lęk. Niestety często mechanizm, który miał nas chronić przed zagrożeniami świata natury, rozrósł się w nas do rozmiarów lęku. Ten zaś już nie czyni nas ostrożnymi. Zamiast tego każe nam sięgać po tabletki na uspokojenie, funduje nam nieprzespane noce, utratę wiary, energii, zamknięcie się na miłość, brak zaufania, depresje, samotność, agresję…
Martwimy się na zapas, zamiast żyć chwila obecną w Tu i Teraz. Zamykamy się przed partnerami i przyjaciółmi, uznając, ze lepiej tak, niż potem się rozczarować. I często potem wzdychamy ciężko, że nasze przewidywania się sprawdziły. Czujemy się porzuceni, osamotnieni, bezradni i bezbronni. Ale nie dostrzegamy tego, że otrzymaliśmy to, w co wierzyliśmy.
Zamkniecie do wewnątrz sprawia, że to, co na zewnątrz odsuwa się od nas.
Mam przyjaciela. Najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Kogoś, kto po prostu Jest. Kogoś, z kim dzielę i radość i łzy, kto stoi obok, kiedy trzeba, kto rozumie i wybacza, cieszy się moja radością i smuci moim smutkiem. Takich ludzi spotyka się raz na milion. Ja nazywam ich aniołami. Jeden z takich aniołów wkroczył pewnego dnia w moje życie. Jednak lęk sprawia, że wciąż się zamykam na te jego anielskość. Patrząc z boku wygląda to jak wysuwanie nosa z mysiej dziury. Poniucham czy przyjaciel nie jest kotem i choć serce mówi, że nim nie jest, na wszelki wypadek cofam się na bezpieczny teren mojego wnętrza. Co gorsza przestaję wierzyć, ze taki ktoś jest obok, bo przecież taka beznadziejna mysz jak ja, nie zasługuje na anioła. Mimo to on trwa obok mnie i wyciąga rękę. A lęk, który w sobie wyhodowałam sprawia, że wciąż ją odrzucam. I pielęgnuje nowy lęk, przed tym, że pewnego dnia ta przyjacielska dłoń nie wyjdzie do mnie. Uzna, że już nie warto, bo i tak zostanie odrzucona. Tworzy się błędne koło stresów, lęków, opadania na dno zalegającego w nas błota, z którego coraz trudniej się wydostać.
Prawdopodobnie większość osób w wielu życiowych sytuacjach zachowuje się i myśli podobnie. Obawiamy się wyrzucenia z pracy, odrzucenia przez partnera, przyjaciela, rodzinę. Obawiamy się chorób, wypadków, samotności, bezsilności. Jednocześnie marzymy, aby ktoś wziął nas w ramiona, wyciągnął w naszą stronę dłoń, pochwalił za dobrze wykonaną pracę, oddalił od nas lęki.
Jednak nikt tego za nas nie zrobi. Ani matka, ani partner, przyjaciel ani nawet anioł.
Więc trwamy sobie na dnie błotnistej studni naszej duszy, oglądając świat z jej perspektywy. A krajobraz, jaki z niej widać utwierdza nas w naszych lękach. Dostrzegamy, bowiem tylko to, co może się nie udać. W naszych słownikach częściej goszczą słowa: nie mogę, nie da się, nie umiem, nie zasługuję, nie potrafię, nie mam czasu. Widzimy ciemne strony, odrzucamy w obawie przed odrzuceniem, obwiniamy się o wiele, o jeszcze więcej obwiniamy świat, a nawet Boga. Zamiast szukać nowych dróg, siadamy na rozdrożu i szlochamy, bezradni, niezdolni podjąć decyzji, w którą stronę chcemy iść. Bo na każdej z możliwych dróg może czaić się upiór lub nawet demon naszych największych lęków.
Znów odrzuciłam dłoń przyjaciela, a mój lęk sprawił, że nawet zatrzasnęłam mu drzwi przed samym nosem. Tylko w tej mysiej norze na rozdrożu jest mi źle. Samotnie, pusto i jakoś tak szaro. Gdzie nie spojrzę są tylko bezradoności, ślepe uliczki, ciemne zaułki nie dających się rozwiązać problemów i ponure perspektywy na przyszłość.
Mogę tu zostać i płakać w poduszkę. Mogę do tych widoków dodać i ten, że anioł więcej nie zapuka do mnie. Mogę. Nie musze. Bo niczego w życiu nie muszę. Mam wybór. Wystarczy wstać i wyjść, ruszyć do przodu. Nie ważne, w którą stronę, byle dalej od tego rozdroża. Stanie w miejscu niczego nie zmieni, a kto wie, co kryje się za zakrętem? Być może mój anioł, który wciąż wyciąga dłoń, a może demon leku, którego przyjdzie mi pokonać? Nie wiem, ale idąc przynajmniej dokądś dojdę. Z tarczą lub na tarczy, ale dojdę.
Po drodze zajdę jeszcze do mego przyjaciela. Powiem mu „cześć” i spytam, czy potowarzyszy mi w tej drodze jeszcze raz. A jeśli odmówi z lęku, że znowu go odtrącę, spróbuję się stać dla niego aniołem, jakim on jest dla mnie. Pewnego dnia wyciągnę go z mysiej dziury. Znajdę też nowe rozwiązania i możliwości, bo w Tu i Teraz jest ich wiele. Stąpam jeszcze ostrożnie i skrajem drogi, ale już nie stoję w miejscu. A demonami przyszłości zajmę się, kiedy je spotkam. Jeśli w ogóle spotkam.
Pozdrawiam
P.S.
Pukam do Ciebie i proszę byś mi otworzył. Kolejny raz. A pod próg wsuwam kartkę z napisem: „Dziękuję Ci, że Jesteś. Ja też Jestem. I Będę.”

