Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój duchowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój duchowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2014

Puścić na wiatr - czyli o odchoodzeniu i przywiązaniu słów kilka



"Zniewolenie" Natasza Sobczak

Artyści krakowskiej „Piwnicy pod Baranami” śpiewali kiedyś:

przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
(…) Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
Aż skończy aż ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
Rączki nasze klapy nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać

Życie tak już jest ułożone, że podlega ciągłym zmianom, a my razem z nim. Zmiany jednak często wiążą się z koniecznością rozstań. Nie tylko z ludźmi, ale też naszymi pupilami, miejscami, rzeczami.

poniedziałek, 12 maja 2014

Czakralne absurdy



[Ten tekst jest nieco sarkastyczny, nie mniej nie ma na celu obrażanie kogokolwiek, a jedynie jest efektem pewnych obserwacji i doświadczeń własnych i jest w pełni subiektywny]
Od dłuższego czasu w świecie tak zwanej duchowości i ezoteryki każdy przynależny do tego światka pracuje z czakrami. A praca ta najczęściej polega na otwieraniu tychże, tudzież analizowaniu blokad, zamknięć i otwarć w powyższych. I w sumie nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że nie wszystko czakrami da się wyjaśnić, a nieumiejętna praca z nimi może doprowadzić do kłopotów.
Zacznijmy może od sprawdzenia co kryje się pod tym tajemniczym pojęciem czakry.
Czakry to najogólniej mówiąc, wirujące punkty energetyczne w ciele człowieka. Swoją nazwę wzięły z sanskrytu i oznaczają koło lub okrąg. I podobno każda istota żywa (także nasza planeta) ma 7 takich głównych czakr i wiele mniejszych punktów i kanałów energetycznych (meridian). Czy na pewno? I tu pojawia się pierwszy stopień schodów do czakralnego widzenia świata. Bo jak się okazuje, te siedem głównych czakr to system hinduski, oraz związany z buddyzmem tantrycznym., Stąd dopiero został zapożyczony np. do metody uzdrawiania Reiki, a także do licznych systemów New age i ezoteryki. I tu właśnie rozpoczęła się ich kariera i… rozwój. Bo na bazie elementów filozofii i religii oraz wierzeń, które dotarły do nas ze wschodu i… z tradycji rodzimowierczych, powstały liczne szkoły ezoteryczno duchowe, systemy duchowe, metody uzdrawiania i bogowie wiedzą co jeszcze. Siedem czakr nie wystarczało już, więc stopniowo zwiększała się ich liczba. Najpierw nieśmiało pojawiła się ósma czakra znacznie wyzej nad nami, następnie w metodzie uzdrawiania pranicznego było ich już 11, a w końcu pojawiły się już teorie o istnieniu nieskończonej liczby czakr nad i pod nami ustawionymi w swoisty słup łączący nas… Z czymś. Nie trudno dostrzec w tym element szamańskiej axis mundi, ale o tym raczej systemy milczą lub napomykają między wierszami.
Axis mundi w szamanizmie to nic innego jak oś świata, rodzaj promienia łączącego nas z trzema światami, dolnym, środkowym i górnym. I tu ciekawostka, szamanizm tradycyjny nie korzysta z pojęcia czakr a własnie axis mundi. Toteż wszelkie szamańskie otwieranie czakr i ich oczyszczanie to zwyczajny chwyt marketingowy dla ludzi zachodu, spragnionych odbudowania dawno przeciętych, by nie rzec podciętych, korzeni z naturą.
Kolejnym absurdem jest wprowadzenie czakr do systemu Reiki. Dlaczego tak uważam? Otóż, system Reiki to metoda wywodząca się z Japonii a tam pojęcie czakr nie istniało. Mamy za to punkty energetyczne Hara i jest ich trzy.
Oczywiście korzystanie z pojęcia czakr w różnych systemach uzdrawiania nie jest niczym złym i często bardzo wygodnym, nie mniej warto przy okazji wyjaśnić, że np. w Reiki mieliśmy Hara, ale możemy też korzystać z czakr.
Na pewno będziemy wówczas bliżej prawdy.
Kolejny absurd to otwieranie trzeciego oka. I tu już mogą pojawić się kłopoty. Wielu, zwłaszcza młodych ludzi, bardzo chce zaglądać za zasłonę światów, a kolejnym pojęciem wschodu, dobrze już u nas zadomowionym jest właśnie trzecie oko. Otwarcie go umożliwia podobno widzenie światów subtelnych, aur, duchów, aniołów, prawd i ogólnie czyni jasnowidzących nawet oświeconymi. Internet pełen jest też przepisów na metody otwierania tegoż oka. Często jednak zapomina się, że idąc czakralnym tropem, trzecie oko to nic innego jak szósta czakra, zwana przez Hindusów Adjana i ukazywana rysunkiem lotosu o 96 płatkach. A jako jedna z siedmiu (ponieważ to najpopularniejszy system, więc już się tymi siedmioma posługiwać będę) połączona jest z pozostałymi. I co z tego ktoś spyta? Ano to, że gdy skupimy się na jednym miejscu energii w nas, to niezależnie czy nazwiemy to axis mundi, Hara czy czakrą, nadmiernie pobudzone może doprowadzić do zachwiania równowagi w nas. Jeśli ktoś chce pracować z czakrami to z każdą, po kolei i po równo, a nie tylko z jedną, bo ktoś chce zaglądać tam gdzie inni nie widzą. Bo aby tam zaglądać nie wystarczy widzieć (a można i bez otwierania trzeciego oka), trzeba być na to gotowym i być w równowadze.
Kolejnym, według mnie absurdalnym, pojęciem związanym z czakrami jest ich otwieranie. Zważywszy na to, czym podobno czakry są, nie da się ich zamknąć, a więc nie da się ich też otworzyć. Zresztą czym? Otwieraczem? Kluczem? Wytrychem?
Zakładając, że czakry faktycznie istnieją, są przede wszystkim punktami wymiany energii między nami a światem zewnętrznym. Mogą być  owszem, zaśmiecone niskimi energiami, wynikającymi np. z niskich emocji, ale nie są zamknięte. Wciąż wirują, wciąż wymieniają energię z otoczeniem. I jeśli już ktoś tu im szkodzi to my sami. Tak, więc to nie brudna czakra podstawy wywołuje lęki, agresje, uzależnienia, ale to nasze leki, agresje i uzależnienia zabrudzają ją energetycznie.
I nie trzeba ich w żaden sposób czyścić czy otwierać, bo zdrowe i świadome podejście do życia, a w trudniejszych przypadkach, dobra praca terapeutyczna lub coachingowa, skutecznie usunie z nas blokady i złogi energetyczne oraz wyrówna pracę naszych energetycznych punktów, niezależnie od tego jak je widzimy, czujemy czy nazwiemy.
Na koniec kolejny, moim zdaniem absurd, czyli  doenergetyzowanie czakr kryształami w odpowiednich kolorach.  Przyjęła się bowiem, ze każda czakra ma inny kolor energii więc kamień w danym odcieniu może wspomóc rozwinięcie, pobudzenie czy otworzenie właśnie, danej czakry. W sklepach można nawet kupić specjalne zestawy z siedmioma kamieniami w różnych kolorach. Tyle, że kamienie są różne i naprawdę działają rozmaicie, więc nieznajomość tego, co niesie ze sobą energia kamieni czasem może zaszkodzić. Pomijam już fakt, że samo układanie kamieni na czakrach niczego nie zmieni, jeśli nie dzie za tym praca własna, ze starymi wzorcami, słabościami, lękami.
Zatem nie dajmy się zwariować. Nasze czakry (lub inne punkty/osie energii) to coś naturalnego, a nie elementy do otwierania, okładania kamieniami, choćby i szlachetnymi. Dbając o zdrowie fizyczne, o równowagę emocjonalną w nas, życie w zgodzie ze sobą i bycie świadomym siebie i świata, jest wystarczające do zachowania higieny w czakrach.
 .......................................
Grafika znaleziona w sieci, niestety nie znam autora.

niedziela, 30 marca 2014

Weekendowy Buddha, czyli oświecenie w wersji instant.



Od kilku lat można zaobserwować wzrost zainteresowania wszelkimi ezoterycznymi ścieżkami rozwojowymi, często zwanymi duchowymi.
Jeszcze kilka i kilkanaście lat temu, polskie środowisko ezoteryczne skupiało się głównie wokół alternatywnych metod leczenia, takich jak bioenergoterapia, Reiki; oraz zjawisk paranormalnych, jak telekineza i spirytyzm. Rozwój duchowy opierał się głównie na szkołach gnostycznych, teozoficznych oraz powoli wkraczających na nasz teren nurtów filozofii wschodniej. Coraz popularniejsza stawała się medytacja, pojawiły się pojęcia takie jak czakry, reinkarnacja, nirwana, czy w końcu oświecenie.


W drugiej połowie lat 90 XX zaczęło pojawiać się coraz więcej książek z gatunku szeroko rozumianej ezoteryki i rozwoju duchowego. Zaczęły tez do nas przenikać pojęcia z zachodniego świata, gdzie w tym czasie mocno już był ugruntowany nurt New Age
Roman Bugaj napisał kiedyś świetną, dziś przez wielu zapomnianą, książkę „Eksterioryzacja”. Teraz zjawisko tam opisane znane jest jako OOBE i praktycznie każdy ezoteryk jest specjalistą w tej dziedzinie. Podobnie rzecz się ma z systemami wróżebnymi, niezliczoną ilością różnorakich kart, gdzie wciąż pojawiają się nowe – wywodzące się ze „starożytnych” tradycji – systemy. Poprzez karty anielskie, aż do kart zwierząt mocy, elfów, wróżek, runitd, itp. Najczęściej niewiele mają one wspólnego z pierwotnym znaczeniem i symboliką, jak to ma np miejsce w przypadku run, lub mocno naciąganą jest geneza ich powstania, jak np w przypadku kart zwierząt mocy, czy elfów.
Najwięcej chyba jednak tych swoistych miksów i udziwnień jest w tak zwanym rozwoju duchowym.
„Rozwój” duchowy?
To co kiedyś było indywidualną ścieżka, często połączoną z konkretnym systemem wierzeń i rytuałów mistycznych, teraz prześciga się w konstruowaniu coraz to nowszych systemów i nazw im nadawanych. Elementy wygodne i łatwe do przekazania pożycza się z Buddyzmu, Hinduizmu, Huny, Gnozy i wielu innych nurtów fizlozoficzno religijnych, tworząc hybrydy ścieżek duchowych. Ich twórcy, często propagujący te drogi jako jedyne słuszne i prawdziwe, wykazują się też sporą kreatywnością w nazywaniu siebie i organizowanych przez siebie kursów i warsztatów.
Kiedyś mieliśmy nauczycieli lub przewodników duchowych, w skrajnych wypadkach guru, dziś mamy duchowych trenerów, a nawet inżynierów duchowych, sama zaś gałąź inżynierii duchowej ma całkiem sporą grupę zwolenników. Słownik języka polskiego podaje definicję inżynierii jako: projektowanie i konstruowanie obiektów oraz urządzeń technicznych. Widać technika idzie w parze z duchowością, a szkoły inżynierii duchowej zapewne projektują i konstruują nowe nurty rozwojowe.
Jeśli nie szkoła inżynierii duchowej, to może dla odmiany klinika duchowości? Otóż tego typu szkół, gabinetów klinicznych też jest całkiem sporo. Jednak wątpliwym jest, aby był to szpital, który poza tym, że zapewnia pacjentom opiekę lekarską to jeszcze prowadzi badania naukowe i szkolenia. Może te ostatnie tak, aczkolwiek nie koniecznie są to studia podyplomowe dla lekarzy. Takich „perełek” jest więcej, bo wszak nazwa gabinet, czy nawet centrum naturoterapii nie jest teraz trendy.

Podobnie jest z już sprawdzonymi i skutecznymi metodami, które też w zbyt dużym uproszczeniu nie są modne, toteż należy je stuningować i sprzedać jako marka znacznie lepsza, skuteczniejsza i dodająca skrzydeł lepiej jak popularny napój energetyczny. Zresztą to podrasowanie metody, dotyczy w dużej mierze właśnie metod związanych z energetyką. Rekordy bije tu chyba metoda Reiki, której odmian pojawiło się i pojawia wciąż tyle, co ciepłą jesienią grzybów po deszczu. Prościej chyba wymienić jakiego Reiki jeszcze nie ma, niż jakie Reiki już jest, bo poza tymi najbardziej znanymi, jak Gold Reiki, Karuna Reiki czy Kundalini Reiki, znalazłam nawet Reiki smocze (Dragon Reiki), egipskie (Thot Reiki i Izyda Reiki), Reiki z Atlantydy, Anielskie, Runiczne, Szamańskie, Elfie, Arkadyjskie i kilkadziesiąt innych.
Nauczyciele Reiki często prześcigają się w pomysłowości tworzenia nowych symboli, a napis Mistrzna dyplomie jest zbyt ujmujący, więc za dodatkową opłatą można sobie zafundować Wielkiego Mistrza. Przypuszczam, ze nazwa jest adekwatna do rozmiarów ego posiadacza dyplomu. Czy jednak jest to lepsze i skuteczniejsze Reiki, niż to tradycyjne, zostawione nam przez Mikao Usui? Nie. To jedynie połączenie dwóch lub więcej metod (nota bene nie zawsze dobre i bezpieczne) a często z dodatkami z kilku nurtów filozoficzno religijnych. Żaden tuning ulepszający metodę, a jedynie chwyt marketingowy dla lepszej sprzedaży.
Kolejną ofiarą rozwoju duchowego stał się szamanizm, wypaczony do granic absurdu. Pisałam o tym nie jednokrotnie, więc nie będę powtarzała. Wspomnę jedynie, że w dzisiejszym ezo świecie duchowości szamanem jest niemal każdy, a szamańskie jest prawie wszystko, od ścieżek rozwoju duchowego, poprzez karty, terapie naturalne, warsztaty (w tym art terapie, survival, NLP czy zajęcia z psychoterapii), na egzorcyzmach kończąc. Wróżki, wiedźmy czy uzdrowiciele teraz są szamanami, bo lepiej to brzmi i modnie.

Koniec jest już bliski

Na szczęście dla szamanizmu mamy już rok 2012, a im bliżej grudnia tym więcej uwagi poświęca się Majom, a mniej szamanom. Za to boom na 2012 widać nawet w reklamach TV z ziemniakiem w roli głównej. Wróćmy jednak do duchowości, choćby tej z 2012. Tu na czołówkę wysuwają się dwa kierunki. Kierunek końca i zagłady, bo wszak Majowie koniec ten przepowiedzieli w jednym z kilku swoich kalendarzy (o tym fakcie jednak fani Majów zapominają wspomnieć lub, o zgrozo, nie mają o tym pojęcia) oraz drugi: transformacji w 2012. O ile zwolennicy pierwszej koncepcji spodziewają się końca ostatecznego, tudzież końca częsci i początku świetlisto oświeconego pozostałych, o tyle transformacja z 2012 przygotowuje swych wyznawców do całkowitego przeobrażenia wewnętrznego.
Tu pomocni są zarówno kosmici, jak i panteony istot duchowych oraz wszelkiej maści mistrzowie duchowi (rzecz jasna oświeceni i od dawna nie żyjący, pardon przebywający w innym wymiarze duchowym). Transformacja w 2012 niesie ze sobą wiatry zmian, głównie sprowadzające się do nadawania staremu nowych nazw,lub przeinaczania mało jeszcze znanych pojęć naukowych. W związku z tym od jakiegoś czasu aktywna jest energia kwantowa, która według zwolenników nowej duchowości jest związana z czystym światłem sił najwyższych.
Uaktywniają się wszelkiej kolorystycznej maści matryce i siły, które sprawiają, że wyznawca zaczyna kochać wszystkich podług słów autorów licznych tematycznych książek, zyskuje nieziemskie moce, za pomocą których może dostrajać, oczyszczać, przeczyszczać i nawracać każdego, oczywiście za odpowiednią opłatą. Zyskuje też wgląd w wszelkie wyższe i wysokie świadomości, często jedynie słuszne i prawdziwe, a że jego anielskie skrzydłanie są powszechnie widoczne dla przeciętnych zjadaczy chleba, toteż kreuje swój wizerunek jasnymi szatami i brokatowo mieniącymi się obrazkami z formatów gif, na portalach społecznościowych, stronach internetowych i licznych forach tematycznych. Tak by każdy widział światło oświecenia, jakie z niego emanuje.
A ponieważ zmiany w świadomości duchowej nie lubią żadnych cieni, toteż należy się ich pozbyć, najlepiej w klinikach lub kręgach duchowych, na weekendowych warsztatach. Ich niewątpliwą zaletą są wzajemne wymiany boskiej energii pozytywnej które jednej ze stron zapewniają dochody finansowe drugiej pozbycie się emocjonalnych problemów w kilka dni. O ileż to oszczędniejsze niż wielomiesięczne sesje z psychoterapeutą, który krok po kroku szukał przyczyn życiowych rozterek, uświadamiając pacjentowi źródło jego frustracji i bolączek.
Teraz wystarczy pojechać na duchowe tour de haj by zaliczyć, a jakże, szamańskie wizje po wywarach z roślin mocy (przy okazji większość wraca do kraju z szamańskim przedrostkiem przed swym nowym duchowym imieniem), albo weekendowy kurs wybaczania, projektowania tudzież afirmowania. Po takim weekendzie każdy uczestnik błyszczy niczym mika w słońcu, rozsiewa wokół światła miłości i z infantylną lekkością motyla naucza jak zostać oświeconym i przypomina wszystkim wokoło ileż to jeszcze mają w sobie cienia i pracy by się oświecić, zakładając, że im karma na to pozwoli. Bo wszak długi poprzednich żyć lawinowo rosną, zamiast maleć, a oświeceni są w tej lepszej sytuacji, że przerobili już wszystkie swoje 666 lub 999 wcieleń i wiedzą, że wirusową biegunkę wywołuje zepsute mięso zjedzone kilka wieków wcześniej, a przyszłość nie nastąpi, póki się przeszłości szczegółowo nie zlustruje. Szczęściem dla większości Kowalskich i Nowaków oświeceni w weekend pouczają się wzajemnie, głównie na forach tematycznych i portalach społecznościowych.
Czy zatem zrezygnować z duchowych poszukiwań?
Nie. Zawsze warto przyjrzeć się sobie z lekkim dystansem, znaleźć metodę i ścieżkę właściwą dla siebie. Nie dać się zwieść iluzji sztucznego światła, bo można przegapić to prawdziwe i naturalne.
Kursy i warsztaty są dla ludzi. Nowe metody opierające się na starych wzorcach i tradycjach potrafią wskazać ciekawe możliwości i rozwiązania dzisiejszych problemów. także tych codziennych wynikających z pogoni za pracą, karierą, związkiem. Warto z nich korzystać, z zachowaniem odrobiny chociaż dystansu, nie przyjmować wszystkiego za prawdę oczywistą tylko dlatego, że ktoś wydrukował ją w książce. Zamiast naśladowania, doświadczać i czuć, bo to najlepsi nauczyciele duchowi.
Z kursów i warsztatów korzystać by zdobywać te doświadczenia, a nie by dorzucić kolejny dyplom do kolekcji. Słuchać intuicji i jeśli coś na kursie nie pasuje do naszego widzenia świata, nie ma co tego przyjmować za pewnik. Czasem najlepszą nauką i doświadczeniem jest poznanie czegoś i odrzucenie jako sprzeczne z naszym wnętrzem, a nie wikłanie się w iluzje nowych prawd, tylko dlatego, że mamy certyfikat ukończenia.
Wybierając kursy czy warsztaty tematyczne warto poczytać coś o metodzie, zapytać prowadzącego o program i źródła z jakich korzysta. Wiele z tych szkoleń prowadzonych jest przez wykwalifikowanych psychologów, psychoterapeutów i nauczycieli, którzy mają na tyle szerokie horyzonty, bogate doświadczenia, by umieć wykorzystać mądrości i techniki różnych kultur, do wspomagania i nauczania innych. I odpowiednio je nazywają, bez dorabiania pseudo ideologii i źródła pochodzenia. Nie obiecują cudów w weekend, a raczej zapoczątkowują proces wewnętrznych przemian i poszukiwań, zachęcając do pracy, która czasem efekty przynosi po latach. Bo wszak Buddą nie zostaje się w weekend.
Agnieszka "Szepcząca" Cupak

piątek, 27 grudnia 2013

Odnaleźć się w Matrixie



"- Czym jest Matrix?
- Matrix jest światem, który postawiono ci przed oczami, by przesłonić prawdę.
- Prawdę o czym?
- Że jesteś niewolnikiem. Jak wszyscy inni urodziłeś się w kajdanach. W więzieniu, którego nie możesz poczuć ani dotknąć. W więzieniu umysłów." [Morfeusz i Neo z filmu "Matrix"]
Te słowa, ten film poruszył wiele... Umysłów. Ruchy New age, ezoteryczne, gnostyczne  szybko podchwyciły słowo Matrix i dziś określają nim ścieżki inne niż swoje. Ogół ludzi to niewolnicy Matrixu, nieświadomi, śpiący, lub  zwyczajnie ci, co nie wiedzą. Osoby mające świadomości  istnienia Matrixu to przebudzeni, oświeceni, czy świadomi.  Nazwy jak nazwy, dzielące ludzi na tych co wiedzą i tych co nie wiedzą, często na lepszych i gorszych.  Powstają nowe koncepcje boga lub bogów, nowe nazwy, nowe doktryny, nowe prawdy (często jako jedynie słuszne). Powstają nowe Matrixy.

Tak to właśnie wygląda patrząc z boku. Niby wszyscy mówią podobnie, ale jedni negują drugich, drudzy pierwszych i trzecich, a iluzja jakiej ulegają, jest niczym innym, jak kolejnym Matrixem.
Bo w sumie w czym lepsza jest prawda którejś z gnostycznych dróg od animistycznej koncepcji świata czy chrześcijańskiej wizji miłości? Dlaczego taoistyczna droga jest prawdziwsza od nurtów zen? W czym kosmologia drzewa życia ma być bliższa faktom niż kosmologia oparta na budowie atomu?
A może jest tak, że nasze małe, wewnętrzne Matrixy są równie prawdziwe i jednocześnie równie błędne jak wszystkie inne? Może lepiej posłuchać swego serca niż głosicieli światła na portalach społecznościowych? Wszak świat wydaje się od zarania dziejów, w całej swej krasie podlegać pewnym dualizmom. Mamy więc świat męski i żeński, mamy życie i śmierć, mięsożercy zjadają roślinożerców, rośliny walczą o promienie słońca, światło walczy z cieniem, po nocy jest dzień, po porze suchej deszczowa, itd. Dlaczego zatem w imię nowej mody mamy siebie i świat odzierać z balastu wewnętrznego cienia w imię niezrozumiałej przez większość miłości i światłości? W imię czegoś, co staje się pastelowo tęczowymi obrazkami w social mediach, a co nie koniecznie jest wyborem własnym. Czy to nie kolejny Matrix, tyle, że dla odmiany prześwietlony i posypany cukrem pudrem?
W co, więc wierzyć? Pewnie zapyta nie jeden. Wierzmy w co chcemy, co jest zgodne z naszym sumieniem, sercem, potrzebą. Bez dzielenia świata na obudzonych i śpiących, bo nie wiemy, czy obudzeni nie mają tylko innego rodzaju snów.
Skupiajmy się na tym, by żyć i działać w zgodzie ze sobą i swoim sumieniem. A jak nazwiemy bogów, własne wierzenia, kosmologie, nie będzie miało większego znaczenia. Wszak to też tylko stan naszego umysłu.
Ważne jest by w tych iluzjach, wierzeniach umieć odnaleźć siebie. Siebie prawdziwego. Nie osobę, która działa i funkcjonuje zgodnie z koncepcją innych. Rodziców, przełożonych, partnerów, polityków, mistrzów  duchowych czy guru. Jeśli powiemy, że Bóg jest w nas, to poczujmy tam jego obecność, a nie powtarzajmy slogany z cudzych obrazków udostępnianych w sieci. Dokonujmy świadomych wyborów i bierzmy za nie odpowiedzialność, a jednocześnie pozwalajmy hołdować odmiennym przekonaniom innych ludzi. Bez tego świat stanie się nudnym, mdłym miejscem.
Pozdrawiam
Szepcząca

niedziela, 3 listopada 2013

A gdyby dać temu spokój?



„Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś zupełnie innym, kimś kogo nie znał. (…)
Nie lubił ani ubierać się, ani rozbierać, bo wtedy miał wrażenie, ze dni mijają i nic godnego uwagi się nie dzieje. A przecież wciąż coś organizował i urządzał, ciągle czymś dyrygował, od rana d wieczora! Wszędzie dookoła wszyscy wiedli niedbałe, bezcelowe życie, gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie było coś do ustawiania we właściwy sposób i Paszczak wychodził z siebie, żeby uprzytomnić innym, jak powinni żyć. (…) Nagle przyszło mu n
a myśl, że wszystko co robi, nie jest niczym innym, jak tylko przenoszeniem rzeczy z jednego miejsca na drugie, albo mówieniem, gdzie one powinny stać, i przez krótką chwilę olśnienia zastanawiał się, co by się stało, gdyby dał temu spokój.” [„Dolina Muminków w listopadzie” Tove Jansson]

Paszczak to jedna z postaci cyklu książek dla dzieci o Muminkach. Niby bajka, a jednak czytając te słowa, wielu z nas zapewne odkryje w  sobie coś z Paszczaków. Mniej lub bardziej, ale lubimy mieć kontrolę nad wszystkim, a co gorsze często uważamy, że nasz własny model świata, jest jedynie słusznym i idealnie sprawdzi się u wszystkich innych.
Gonimy za pieniędzmi, karierą, gadżetami. Nie cieszymy się tym, co mamy, odrzucamy jako złe, wartości innych, pędzimy, biegniemy, ustawiamy, rządzimy. Wymagamy od innych, nie dostrzegamy błędów w sobie. Tak naprawdę Paszczak w nas dusi się i zniechęca coraz bardziej, aż w końcu „zalicza” dół i sięga po przepisane przez specjalistów leki z gatunku anty. Dostajemy antykoncepcję by cieszyć się seksem, a jednocześnie bierzemy antydepresanty, by nie czuć się nieszczęśliwym. Stopniowo zwiększamy takie anty wokół siebie.
I wcale nie czujemy się szczęśliwi. Az przychodzi moment, kiedy Paszczak w nas zastanawia się co by się stało, gdyby dać temu spokój.
Okazuje się jednak, że do tego, by dać sobie z tym spokój potrzeba nie lada odwagi. Bo przecież tu wokół mamy już zbudowany swój bezpieczny świat pod kontrolą, a na zewnątrz są marzenia ale i wiele niewiadomych. Groźnych niewiadomych, które wcale nie muszą nas zaprowadzić na szczyt krainy spokoju i świata, gdzie nie ma Paszczaków, za to jesteśmy my prawdziwi.
Czy zaryzykujemy i niczym Włóczykij ruszymy przed siebie ku nowej przygodzie. Czy też będziemy tylko o niej marzyć i pozwalać by przydarzały nam się tylko takie same rzeczy?
Wybór należy do nas.