piątek, 2 maja 2014

O dwóch siostrach, którym los różne drogi wyznaczył.



[Ta baśń dedykowana jest Adze Leli, za inspirację i za wszystko inne. Dziękuję ]
W czasach, kiedy lasów i puszcz było więcej niż miast, a ludzie pamiętali o zależnościach między swoim życiem, a życiem świata, w którym istnieli, pewnemu szamanowi urodziły się dwie córki bliźniczki. Dano im na imię Mela i Lela. Duchy zapowiedziały mu, że obie zostaną zapamiętane.
- W tych kołyskach masz przed sobą  Czarną Królową, która da początek najpotężniejszym władcom świata, ale jej synowie zapomną o korzeniach z jakich wyrośli oraz Wielką Wiedzącą, której ród nawet pod jarzmem ogni, mieczy i krwi zachowa pamięć swych korzeni. – Odezwał się głosem szeptu najpierwszy z płotu Duchów Szamana, potężny Kruk.
- Jedną z nich poprowadzi Jeleń, drugą Niedźwiedź. – Dodał Duch Lasu i pochyliwszy się nad śpiącymi dziewczynkami pobłogosławił im.
Dziewczynki rosły zdrowo, były ciekawe świata i zadawały bardzo dużo pytań. Ich ojciec uczył je wszystkiego co sam umie, przekazywał wiedzę, którą dały mu Duchy i tę, która pozwalała przetrwać w puszczy i zrozumieć głos lasu.
Matka zaś uczyła dziewcząt gospodarności, sekretów ziół i kobiecego głosu z wnętrza duszy.
Ani się rodzice obejrzeli, a z dziewczynek wyrosły piękne młode kobiety, gotowe wkroczyć w świat dorosłych.
Ojciec obserwował uważnie Lelę i Melę, ale nie umiał powiedzieć, której pisana droga władzy, a której mądrości. Jednak w czas wiosennego przesilenia Duchy powiedziały, że nadszedł czas by starsza z sióstr wyruszyła samotnie do puszczy poszukać swego przeznaczenia. Siostry, do tej pory nierozłączne długo się żegnały, jakby wiedziały, że ich drogi na zawsze się rozchodzą. Także rodzice pożegnali córkę i pobłogosławili. O świcie Mela ruszyła w głąb lasu.
Nie było jeszcze południa, gdy zatrzymała się nad strumieniem by odpocząć. Ujrzał ją tam przystojny i silny młodzieniec. Uroda Meli oczarowała go i zapragnął zatrzymać ją dla siebie. Mela zaś gdy spojrzała w oczy rosłego młodzieńca, zapomniała po co poszła w głąb lasu. Rozlał się w niej żar i zapragnęła by właśnie on go gasił i rozpalał. Porzuciła, wiec dalszą drogę i poszła za poznanym w lesie wojownikiem, który na tarczy miał wyrzeźbionego niedźwiedzia.
W czasie gdy Mela przeżywała swoje gody jako młoda żona, Lela szykowała się do swojej podróży. I z pierwszym dniem lata ona także weszła do puszczy.
Szła długo, uważnie patrząc pod stopy i słuchając głosu lasu. Nie poddawała się zmęczeniu i starała się panować nad lękiem, choć nigdy wcześniej nie szła przez puszczę sama. Zwykle towarzyszył jej ojciec , a zawsze siostra.
Dodawała sobie jednak otuchy radując się śpiewem ptaków i letnimi promieniami słońca, które przebijały się przez korony drzew.
Było już późne popołudnie, gdy dotarła na małą polankę. Biegły od niej aż cztery ścieżki, każda w inną stronę świata.
Lela zastanawiała się właśnie, którą z nich powinna iść, gdy ujrzała między drzewami wielkiego Jelenia. W promieniach  słońca jego sierść zdawała się mienić na złoto.
Dziewczyna nie zastanawiała się dłużej i pobiegła za zwierzęciem.
Biegła długo, nie zważając na smagające ją gałązki drzew, szarpiące za sukienkę krzewy.
O zachodzie słońca dobiegła do miejsca, gdzie spadająca woda rodziła cztery źródła.
Jeleń zniknął gdzieś w kniejach za to przy źródłach spotkała młodzieńca, o oczach pełnych ciepła i mądrości. Wyglądał niemal zupełnie tak, jak chłopcy z jej osady, ale poczuła od niego bijące moce magii.
- Czekałem na ciebie od dawna. – Powiedział przywołując ją gestem.
Podeszła do niego wiedziona wewnętrznym instynktem.
- Czy jesteś gotowa spojrzeć w rodzącą wodę?
- Chyba tak… Tak. – Odparła nieco przestraszona.
Młodzieniec o oczach zielonych jak liście jesionu, zaprowadził ją na skały u stóp wodospadu.
- Patrz, Lela, patrz i poznaj prawdę.
Lela spojrzała na skłębioną wodę, drobne krople wody chwytały w siebie promienie zachodzącego słońca, tworząc kolorowe smugi światła. Zastygła bez ruchu, klęcząc i pochylając się niebezpiecznie nad krawędzią skał patrzyła w wodę.
Z początku nie widziała nic poza kłębiącymi się falami spadającej wody, po chwili jednak zaczęła w tym rozpoznawać pewne kształty.
Stopniowo nabierały one ostrości i Lela mogła już rozpoznać drzewo. Było ono znajome, a jednak inne. Wiele bowiem widziała już jesionów w lasach i przy domach w osadzie, ale żadne nie było tak wielkie jak to, które teraz widziała. Zdawało się być jednym i wieloma światami jednocześnie. W jego koronach ujrzała budowle potężne, jak świątynie lub zamki, jednak nikt takich jeszcze w świecie nie widział i nie budował. Na tarasach i dziedzicach tych zamków przechadzali się sami bogowie, oraz najpotężniejsze z Duchów, o skrzydłach jaśniejszych od słońca. Nad koroną szybowały olbrzymie orły, czasem przysiadając na najwyższych gałęziach by odpocząć. A gdy lepiej się przyjrzała na spodzie jesionowych liści zdawało się, że skrzą się Gwiazdy i Księżyce. Z zakamarków kory na pniu spadały życiodajne wodospady, wyrastały bujne puszcze i rodziły się tam miasta i osady pełne ludzi.
Przy korzeniach nad jeziorem, ujrzała Lela trzy prządki przy kołowrotkach. Usłyszała ich szept przeznaczony dla jej uszu:
- Wybrałaś swe Przeznaczenie, teraz Stań się by dopełnić Obowiązku.
Lela zadrżała i spojrzała w dół. Teraz ujrzała korzenie jesionu. Sięgały, jak jej się zdawało aż do samych trzewi wszechświata. Wiły się między nimi olbrzymie węże i smoki, a duchy przodków odpoczywały po pracowitym życiu.
Niżej jeszcze ujrzała ogniste krainy gdzie niesprawiedliwych spotykała kara.
Lela długo jeszcze podziwiała najpiękniejsze z drzew, jakie widziała. Zdumiewały ją zamki Duchów związanych z ziemią i korzeniami drzewa, oraz te przynależne bogom i duchom nieba. Szybkość wiewiórek biegających po pniu zadziwiała ją.
- Zobaczyłaś świat, a teraz zacznij Stawać się. – Usłyszała głos swego zielonookiego przewodnika. Wtedy stanęła przed pniem jesionu, a ten otworzył się i ukazał jej ognistą ścieżkę. Lela zawahała się, ale zaraz zebrała w sobie moc przodków i przeszła przez ogień. Następna ścieżka prowadziła po lodzie, ale mimo iż dziewczyna była bosa, nie odczuła chłodu. Potem przeszła przez światło, które ją radowało, a potem przez mrok, który był czarniejszy niż zimowe noce. Na koniec stanęła przed zwierciadłem w jesionowej ramie i spojrzała na siebie. Ujrzała w nim siebie wypełnioną ogniem i lodem, światłem i mrokiem. I przyjęła to wszystko w siebie z pokorą i mocą ziemi, z której wyrosła. A wtedy lustro rozprysło się na miliony odłamków szkła. Wtedy ujrzała złotego Jelenia i pobiegła za nim aż do dwóch źródeł.
- Możesz napić się tylko z jednego powiedział przewodnik.
Lela przyjrzała się obu źródłom. Jedno szumiało życiem wiecznym, drugie mądrością.
- Życie wieczne zatrzymuje w miejscu. Wiedza pozwala iść naprzód. – Powiedziała i zaczerpnęła wody ze Źródła Wiedzy do jesionowego kubka. Pila powoli. A gdy skończyła odwróciła się do młodzieńca o zielonych oczach.
- Jesteś Pierwotnym Jesionem. Posłannikiem Bogów między ludzi. – Powiedziała z uśmiechem. Z jej twarzy bił spokój przynależny istotom pozbawionym wieku.
- Tak Lelu, jestem nim, najpierwszym z jesionowych duchów. Moim domem jest jesion świat, który widziałaś w wodzie, a Bogowie posyłają mnie i tych, którzy z nasienia mego wyrośli by Wam ludziom ich wolę objawiać.
- Teraz to wiem. – Dziewczyna ukłoniła się z szacunkiem przed Duchem pierwszego jesionu.
- Dam ci część mojej mocy, dzięki czemu będziesz wiedziała jak uśmierzać ból w kościach, jak goić rany zadane przez jad węża, jak duchy zmarłych z dala od żywych utrzymać i jak kłótliwych godzić. Dam ci też nasiona, którymi obdarujesz swoich synów i córki.
Lela spędziła w tym tajemnym miejscu jeszcze wiele dni i nocy. Uczyła się od Pierwszego Jesionu oraz od innych Duchów. Poznała też czym jest miłość, czym ból, życie i śmierć, gniew i żal, radość i rozkosz. Nauczyła się też, jak je ze sobą splatać w słowa zapisane tajemnymi znakami.
Dopiero gdy Duch Jesionu uznał, że jest gotowa, wróciła do domu ojca.
Stało się też tak, że to co zobaczyły Duchy przy kołysce sióstr zaczynało się dopełniać.
Mąż Meli, okazał się być synem księcia, który po nim przejął władzę, a z czasem skupił wokół siebie wszystkie plemiona, mówiące tym samym co on językiem. Pod koniec życia założył na skronie swoje i żony koronę.
Mela dała mu kilku zdrowych i dorodnych synów. Najstarszy po ojcu przejął władzę i królestwo, pozostali rozjechali się po świecie i dali początek największym królewskim rodom na świecie. Jednak za sprawą matki, która zaprosiła na swój dwór kapłanów obcych bogów, odrzucili starą wiarę i złożyli śluby wierności nowym bogom. Przestali szanować ziemię i jej dzieci, zapominając o swoich korzeniach.
Melę zapamiętano jako Czarną Królową, gdyż po przyjęciu nowej wiary przywdziała także czerń, na znak pokory względem nowych bóstw.
Duchy nie  myliły się też względem drugiej z sióstr. Lela po powrocie z lasu stała się potężniejszą szamanką niż jej ojciec, ludzie nazywali ją Wielką Wiedzącą. Jej synowie i córki odziedziczyły po niej mądrość, a Duch Jesionu patronował wszystkim z jej rodu, chronił i uczył jak żyć w zgodzie ze  sobą i ziemią, z której korzeni wyrośli.
Gdy zaś obcych bogów narzucili im synowie Czarnej Królowej, przechowywali wiedzą w tajemnicy, nigdy nie zapominając o prawdzie ukrytej w jesionowym świecie.
I w czasach gdy ludzie zagubili wiarę i wiedzę, to właśnie oni przywrócili pierwotny ład i harmonię Jesionu, Drzewa Światów.



niedziela, 27 kwietnia 2014

Baśń o łuczniku, co umiał Śmierć zatrzymać.




W dawnych czasach, na dalekiej północy, gdzie strome góry ostrymi skałami odgradzały ląd od morza, a lasy nawet zimą pozostawały zielone, żył pewien młody łucznik imieniem Yrvem. Był on najlepszym myśliwym z drużyny swego jarla, Ulvego Potężnego. Jego strzały nigdy nie chybiały celu, a w zawodach łuczniczych nie miał sobie równych. Yrvem mimo popularności i szacunku, jakim się w grodzie jarla Ulvego cieszył, był samotny. Żadna z dziewcząt nie roznieciła w nim ognia, mimo, iż osiągnął on już dawno wiek męski. Nie lubił też gwaru biesiad i jeśli nie musiał być na nich z obowiązku, wolał ze swym łukiem po okolicznych lasach i na pobliskich fiordach czas spędzać. Tamm go ciągnęło, tam uczył się świata, słuchał Duchów i tam serce jakąś tęsknotą go gnało.
Zdarzyło się tak, że podczas jednej z takich samotnych wędrówek Yrven dotarł nad odległy strumień, wypływający spod  samej góry. Ujrzał tam dziewczynę wyjątkowej urody. Ona także go ujrzała, ale było już za późno by się mogła schować. Toteż oboje stali nad strumieniem bez ruchy, wpatrując się w siebie.
Nagle jednak powiał chłodny wiatr. Dziewczyna drgnęła i powiedziała cicho:
- Odejdź stąd Yrvenie, zanim mój ojciec odbierze ci oddech.
Młodzieniec zdziwił się, że dziewczyna zna jego imię ale wiedziony jakimś instynktem skinął jej i obiecawszy, że wróci, wycofał się w głąb lasu.

Od tego dnia łucznik często przychodził nad strumień. Tajemnicza dziewczyna czekała tam na niego. Nie minęły trzy Księżyce, a młodzi poddali się czarowi miłości. Voranna, bo tak miała na imię, wzbudziła w Yrvenie ogień, za którym tęsknił. Jednak nie mogła z nim do grodu wrócić i o sobie niewiele mówiła, choć młodzieniec domyślał się kim była.
Poszedł nawet w tej sprawie po radę do mieszkającej blisko osady Seidkone[1]. Pokazał jej pierścień, który dostał od ukochanej.
Stara szamanka wzięła do ręki klejnot aż dreszcz ją do samego serca przeszył. Dla pewności rzuciła jeszcze runy, na gałązkach wyryte, w ogień i w wodę spojrzała i odrzekła:
- Pani twego serca nie z tego świata pochodzi, przynależy do kraju Duchów. Ale ścieżki jej zimne i twarde, nie zielone i radosne, jak ścieżki życia. Ogień w tobie rozpala, ale jej ojciec i bracia gaszą go w innych. Ona jednak jest owocem uczucia, w które rozum wierzyć nie pozwala, a które się zdarzyło. Tylko ten, kto spojrzy w oblicze jej ojca bez lęku, godzien będzie jej ręki. Bacz jednak na cenę, jaką przyjdzie ci zapłacić. Wieki nie muszą okazać się darem, a przekleństwem.
- Moja miłość do niej i ogień jaki rozpala wart jest każdej ofiary.
- Jeśli weźmiesz ją do swego domu, przestaniesz być tylko łucznikiem, staniesz się też posłańcem.
- Niech i tak będzie, jeśli dzięki temu razem z Voranną ogień bezpieczny nasz dom ogrzewać będzie.
I tak Yrven udał się na poszukiwanie ojca Voranny by spojrzeć na niego bez lęku i o rękę córki błagać.
Rok przemierzał świat, tracił już nadzieję. Był  w drodze do domu, do ukochanej, gdy okręt, którym podróżował wpadł w szpony sztormu. A straszny był gniew duchów morza. Szarpały okrętem niczym łupiną orzecha, rzucając go coraz bardziej w stronę ostrych skał.
Ludzie w panice modły wznosili. Tylko jeden Yrven spokojnie czekał. I w chwili gdy potężna fala już miała rzucić statek na skalisty fiord, czas się zatrzymał. Wszystko zamarło bez ruchu, otuliło się białą mgłą.
- Nie obawiasz się mnie, ale czuję twój szacunek. – Odezwał się niski i dudniący głos i z mgły wyłonił się wysoki mężczyzna w czarnej szacie.
- Tak, władco Duchów Śmierci. Nie lękam się ciebie, bo jesteś przeznaczeniem wszystkiego, tak mnie, jak i góry wysokiej. Szanuję cię, tak jak szanuję Życie. Lecz ani ono ani moja chwila ostatnia nie będą pełne, jeśli nie doświadczę miłości. Tę zaś daje mi córka Twoja Voranna, owoc miłości Życia i Śmierci.
- Tak, jej matka jest esencją samego życia, ale Voranna i moją moc w sobie nosi. Jakie czeka ją życie pośród tych, którzy boją się śmierci, a jednak i życia szanować nie potrafią?
- Życie wypełnione miłością, panie.
Śmierć przyjrzał się łucznikowi, dojrzał w nim pasję, siłę i szczere uczucie.
- Abyś mógł żyć z Voranną jak mąż i żona w świecie ludzi, będziesz musiał oddać swoją śmierć na tysiące lat. W darze ślubnym dam ci moc zatrzymywania mnie, przez jedno twoje ludzkie życie. Ale korzystaj z tego daru mądrze i rozważnie. Voranna będzie też mogła mnie wezwać na twoją prośbę, wtedy mnie nie zatrzymasz.
- Dziękuję, panie.
Z mgły wyłoniła się też jaśniejąca blaskiem kobieta.
- A ja błogosławię ci darem odczyniania zła. Twój łuk i twoja siła przepędzą to co mroczne. Moja córka będzie cię wspierać.
- Dziękuję, pani.
Śmierć i Życie odeszli a statek zamiast roztrzaskać się o skały opadł łagodnie w stronę zatoki.
Yrven pojął za żonę Vorannę i wziął ją do swego domu, gdzie zawsze palił się ciepły i przyjazny ogień.
Wypełniał jednak posłannictwo – dar od teścia. Zdarzało się, że zawracał króla Duchów Śmierci sprzed progów czyichś domów. Zatrzymał go tez przed łożem swej chorej matki. Jednak rok później ujrzał jaki popełnił błąd. Matka Yrvena wciąż żyła, lecz nie przestała cierpieć w chorobie. Az w końcu sama zaczęła syna błagać  o śmierć.
Yrven długo w nocy płakał tuląc twarz w kolanach Voranny. Rankiem poprosił żonę o wezwanie ojca.
- Nie byłem rozważny. – Przyznał przed Śmiercią. – Chciałem zatrzymać przy sobie matkę, choć czas jej nadszedł już dawno temu. Nie pozwoliłem jej żyć w moim sercu i pamięci, w obawie o własny ból. Ten jednak się z czasem wypali, a miejsce mojej matki jest już w Kraju Przodków.
Śmierć skinął ze zrozumieniem i zgasił ogień oraz cierpienie matki Yrvena.
On sam od tego czasu bardzo rozsądnie korzystał z darów. A pomagała mu w tych wyborach ukochana żona, która okazała się być też bardzo mądrą. Nic się przed jej wzrokiem i mądrością nie ukryło.
Wspólnie z mężem chronili domowe ogniska nie tylko pod swoim dachem. Nie raz stawali się tarczą dla mrocznych sił, które z głębi lasów chciały się wydostać, a czasem wzywali Śmierć, gdy czyjś czas nadchodził.
A gdy jedno ludzkie życie Yrvena zbliżało się do końca, oddał on swoją śmierć ojcu Voranny. Ona sama postanowiła oddać też swoją, gdyż jej miłość do męża była tak wielka. Król Duchów Śmierci się na to zgodził. I gdy małżonkowie wtulili się w siebie zamienił ich w pierwszy Cis, co tysiące lat żyć może, a moc jego Śmierć i Życie łączy w sobie. I siłę te Yrven i Voranna dali swoim potomkom, cisom wiecznie zielonym.
Rankiem w miejscu gdzie był wcześniej dom łucznika, mieszkańcy grodu ujrzeli drzewo zielone. Rośnie ono do dziś, choć Słońce tysiące razy już zasypiało i się budziło.
Ludzie zaś z cisowego drewna łuki robią, amulety ochronne tworzą i sadzą go na drodze do Kraju Przodków,  by zły los odwracać, od demonów chronić. Ostrożnie jednak z nim się obchodzą, pamiętając, że drzewo to wciąż może z darów Króla Duchów Śmierci korzystać.


[1]Seidkone - szamanka

...................................................
Ilustracją jest karta runiczna runy Eihwas - Cis. Z talii Voenix

 

piątek, 25 kwietnia 2014

Baśń o jodłach, które się dzieliły imieniem.



Ta historia zdarzyła się dawno temu, a możne tylko matki opowiadały ją dzieciom w mroźne zimowe noce, tego dziś nikt już nie wie. Wiadomo jednak, że działo się to w pewnym górskim kraju, gdzie ludzie i drzewa tworzyli braterskie więzi. Zwłaszcza pełne gracji, majestatyczne jodły, zawiązywały swoje losy z mieszkańcami gór.
W jednej z małych osad, jakich wiele usianych było na górskich zboczach, bogowie w jednym czasie pobłogosławili potomstwem dwie rodziny. Zgodnie z obowiązującym zwyczajem, przy pierwszym pełnym Księżycu, po narodzinach dzieci, ich ojcowie wraz z miejscowym szamanem wyszli do lasu odszukać małe drzewko i związać z nim nowo narodzonych.
Nie uszli daleko od osady gdy ujrzeli na polanie dwie małe jodełki. Samosiejki wyrosły bardzo blisko siebie, zdawały się być silne i zdrowe, a to wróżyło pomyślność dzieciom. Toteż szczęśliwi ojcowie naznaczyli te właśnie drzewa imionami swoich dzieci. Tym samym złączyli ich los z losem drzewa, a duchy jodełek uczynili opiekunami swoich latorośli.


Szaman intonował pieśni mocy, zatańczył z duchami lasu, a gdy otworzył oczy powiedział.
- Znam już imiona drzew, które związaliście ze swoimi dziećmi. Imiona te nadacie swoim dzieciom. Od tej chwili chłopca wołać będziecie Gunari, a dziewczynkę Drina. Duchy tych jodeł prowadzić ich będą, a gdy czas nadejdzie przejdą do Kraju Przodków przez Jodłową Bramę.
Lata płynęły, Gunari i Drina rośli zdrowi, a małe jodełki powoli wzrastały w duże, majestatyczne jodły.
Ich ojcowie ani się obejrzeli, a ich pociechy weszły w wiek dojrzałości. Gunari coraz częściej spoglądał na Drinę z nowym błyskiem w oku, a ona, choć znała go od dziecka, nagle oblewała się rumieńcem.
Nie było też dla nikogo zaskoczeniem, gdy po letnim przesileniu Gunari poszedł z darami do ojca Driny. Do późnej nocy przepijali przyniesione w darze miód i wino, a rankiem ogłosili w osadzie, że z pierwszym Księżycem po żniwach Gunari weźmie Drinę do swego domu.
Młodzi jeszcze tego samego dnia pobiegli z tą nowiną do swoich jodeł. W ich cieniu Gunari wyznawał uczucia Drinie, kradnąc jej pocałunki, ona zaś zapewniała go o swej wzajemności. I biorąc na świadków jodły ślubowali sobie dozgonną miłość aż po grób, wierność i wzajemną pomoc. Prosili też swoje opiekuńcze duchy by strzegły ich ślubowania przed złymi urokami i siłami mroku.
Los jednak często krętymi ścieżkami chadza. Nim jeszcze zaczęto żniwa, górską krainę najechali ludzie z nizin. Niewiele o górach wiedzieli, prócz tego, że pod nimi bogactw jest wiele. Klejnoty, które rodzą się z ziemi głęboko w łonie gór, a które rodzą się wiosną i spływają górskimi potokami, cenione były w całym świecie. Drzewa proste i smukłe, metale drogocenne, zwierzęta w piękne futra odziane, też wielu mogły skusić. I skusiły władcę z nizin, który po przodkach odziedziczył ziemie już jałowe. Bo gdy ludzie przestają słuchać Duchów Ziemi, na której żyją i z mądrości przodków czerpać, wtedy Ziemia niszczeje. A na nizinach zapomniano mowy Matki Ziemi, lasy wycięto, pola i łąki wyjałowiono, zwierzęta wybito. Ludziom głód w oczy zaczął zaglądać, lecz zamiast znów się otworzyć na mądrość Duchów zwrócili oczy ku innym krainom, żyznym i bogatym.
Tak właśnie władcy nizin stopniowo podbijali sąsiednie krainy aż zawędrowali pod góry. I chciwość ich serca na dobre pochłonęła.
Teraz na czele wielkiej armii stał władca nie młody, choć już nie stary, owładnięty ideą stworzenia królestwa potężnego pod swoimi rządami, z którego zyski będzie czerpał.
Ale ludzie gór przez surowość klimatu ukształtowani byli i nie myśleli oddawać na zniszczenie swej ziemi najeźdźcy. Toteż wszyscy mężowie zdolni udźwignąć w dłoni miecz lub topór, widły lub kosy ruszyli pod wodzą swego króla bronić tego co kochają.
Między nimi był też Gunari, zbrojny w tarczę z dębowego drewna i topór, który jeszcze jego dziad kowal zrobił.
Długo się z Driną i jodłami żegnał, długo w ramionach narzeczoną trzymał i pocałunkami hojnie obdarowywał. Ona zaś łzy na wodze trzymała, ale tuliła ukochanego równie mocno, i błogosławiła mu by do domu szczęśliwie wrócił. Na koniec dała mu amulet z jodłowego drzewa by od zła go chronił i udarła dwa kawałki swej sukni. Jeden Gunariemu na nadgarstku przewiązała by pamiętał o co walczyć idzie, drugi na jodle, jego imienniczce by ta go w boju chroniła i wieści z pola bitwy przynosiła.
O świcie Gunari wyjechał. Drina zaś każdego dnia do jodeł biegła i myśli pocieszające do ukochanego słała.
Mijał miesiąc za miesiącem, czas żniw minął i nadszedł czas innego żniwiarza, który Ziemię usypia i mroczne duchy na świat wypuszcza. Drina nie zważając na zimno i pierwsze śniegi wciąż do jodeł chodziła. Dotykała czule kory i igły pieściła, ukradkiem całując gałązki gunariowego drzewa.
Wieści ze świata późno tu dochodziły, ale gdy zbliżał się czas zimowego przesilenia, mężczyźni powoli wracali do domu. Obronili swe ziemie, a władca nizin zginął w walce u podnóża gór. Teraz część ludzi do rodzin wracała, część jeszcze w lasach niedobitki wrogów ścigała. W jednych domach weselono się witając mężów i synów, w innych smutek gościł, gdyż nie każdy z wojny wrócił. Wielu też wróciło z ranami, które nigdy zagoić się nie miały, lub tylko po to by umrzeć blisko swoich jodeł imienniczek.
Pewnej nocy, a było to w czasie Wilczej Pełni, Drinę dręczyły złe sny. Widziała jak Gunari wyczerpany wojną do domu, do niej wracał, przez las wędrując najkrótszą drogą. I nagle z za skały zbłąkana strzała wroga wystrzeliła i trafiła młodego wojownika. Zerwała się dziewczyna snem przestraszona i zarzuciwszy tylko płaszcz futrzany wprost do jodeł pobiegła. A gdy już na polanie była strach wielki ją zdjął, gdyż jodła Gunariego pień głęboko skaleczony miała i żywiczną posoką ociekała. Wokół też było coraz więcej pożółkłych igieł, które jak nigdy wcześniej sypały się z drzewa.
Drina jednak nie darmo była córką Gór. Zaraz urwała kawał swej koszuli i ranę drzewa obwiązała. A szeptała przy tym magiczne zaklęcia, które tylko kobiety znają, a które od samej Matki Ziemi poznały.
Toteż prośby i zaklęcia Driny zaraz usłyszały dzieci z ziemi zrodzone. Wilki i Jelenie bratersko w las pognały Gunariego szukać, a jodły szeptały po górach zaklęcia ochronne by mu w cierpieniu ulżyć. Drina zaś ducha swej jodły prosiła by narzeczonego odszukał. Ona sama balsamy na zranioną jodłę kładła, opatrunki zmieniała i pielęgnowała, jakby to sam Gunrai tam był.
Młodzieniec rzeczywiście w drodze do domu ranę poważną otrzymał. Noc nieprzytomny w śniegu przeleżał, ale dzięki zaklęciom Driny, ogrzewał go jeleń i porożem swym bronił. Rankiem Gunari zbudził się, czuł kojący zapach żywicznych balsamów, takie jak robiły kobiety z jego osady. Po strzale ślad nie został, rana też dość szybko się goiła. Miał już siłę by ogień rozpalić i się ogrzać. Wilk upolował dla niego leśnego królika, toteż Gunari zdołał się też posilić. Słyszał też szepty jodeł, które zaklęcia Driny niosły. Uśmiechnął się więc do drzew, podziękował zwierzętom i obiecał ofiary Duchom, gdy do domu wróci.
Ciężka to była droga, pośród śniegów i mrozu, z raną po strzale. Lecz Gunari miał światło nadziei w sercu i wiarę w miłość Driny i siłę jodły, z którą go ojciec związał. Toteż po kilku tygodniach wędrówki, wspierany przez wilki i jelenie, dotarł w pobliże osady. Sił mu starczyło na tyle by dojść do jodeł. Tam go też wyczerpanego znalazła Drina.
Pod jej czułą opieką Gunari szybko do zdrowia wrócił. Tak jak obiecał złożył Duchom ofiary przy jodłach, a w czas letniego przesilenia wziął Drinę za żonę. U ojca i dziadka, którzy szczęściem też z wojny wrócili, kowalskiego rzemiosła się zaczął uczyć, więc w ich domu Nidy chleba i ciepła nie zabrakło. A rok po tym, jak wszystkich ludzi z nizin przepędzono z górskich lasów, Drina i Gunari zostali szczęśliwymi rodzicami. Ich pierworodny syn od silnej jodły otrzymał imię Ion i jak jego rodzice z drzewami gór swój los związał.
Drina i Gunari czas wolny od pracy najchętniej w cieniu swoich jodeł spędzali. Tam też poczęły się wszystkie ich dzieci. Tam też oboje w jednym czasie zasnęli, gdy ich czas nadszedł i przez jodłową bramę przeszli do Kraju Przodków.
Do dziś wędrując przez góry można natknąć się na dwie rozłożyste jodły strzegące wspólnej mogiły. Jedno z drzew ma bliznę na swej korze.

Moje oczy nie widziały

Chyba w "Kartotece" Tadeusz Różewicz napisał zdanie: "jej oczy nie widziały". te słowa wbiły mnie w miejsce, zatrzymały. Sztuki nie pamiętam, te słowa tak. Uświadomiły rolę i doświadczenie przodków w moim życiu. Dziadkowie to rocznik 20. Babcia wyniosła z powstania moją matkę, dziadka zabrali z kościoła. Nie wrócił z obozu.
Moje oczy nie widziały, ale pamięć przodków żyje we mnie.
Wielcy Szamani też żyją we mnie, w słowach, w wierszach i baśniach.
Oby moje oczy i oczy dziecka nie zobaczyły. Radio podało, czołgi stoją kilometr od granicy sąsiadów. Dzieli nas step, nie tak znów szeroki.

Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.[Tadeusz Różewicz "Ocalony - fragment wiersza"]

wtorek, 22 kwietnia 2014

Oczyszczenie [cykl "Ja Szamanka"]


Tańcząc na ruinach uczuć
buduję nową siebie.

Ja Szamanka wzrastam.
Od wczoraj w nieskończoność.

Składam kości w oparcie
dla miękkich tkanek.
Wdmuchuję w nie oddech życia.

Ja Szamanka tworzę
nowe oblicze Księżyca.
Jestem lustro Wasze.
Odbicie siebie.

Wieczność żyje we mnie.

Już nic nie muszę.
Słowa stają się zbędne.
....................................

Autor obrazu: Dorina Costras

13 Księżyców [z cyklu „Ja Szamanka”]

13 Księżyców dedykuję wszystkim Ważnym Kobietom w moim życiu, tym, które były, są i będą przez chwilę wspólnie ze mną wędrować. Pozwólcie, że wymienię 13 z nich.
Aga Sobel, Johanka Joanna Filas, Iza Kaczmarczyk, Izabela Uliarczyk, Agnieszka Lela Babulewicz, Karolina Wandal Art-Marchewska, Lena Lemańska, Anna Zabielska, Anna Wierzba, Anna Mazurekk, Maria Ela Lewańska, Anita Qmecka, Agata Karpowicz.



I.
Z początkiem cyklu
rodzą się postanowienia.
Pakiet nigdy
nie dotrzymanych słów.

Ja Szamanka – nie tworzę planów.
Pozwalam doświadczeniom zaistnieć.

W czas Wilczej Pełni rodzi się
poezja Starego Księżyca.


II.
Głód jest tęsknotą.
Tęsknota jest głodem.
Nasycam się zapachem mrozu.

Ja Szamanka wbijam zęby
w zamrożony owoc. Zimny sok
skleja usta w milczenie.

Obserwuję Śnieżną Pełnię
Głodnego Księżyca.


III.
Spadający sopel lodu
zabija mrozy.
Budzę się z odrętwienia.

Ja Szamanka przeciągam się
na styku czasów.
Czasu Śmierci w Czas Życia.

Na niebo wschodzi
Pełnia Kruków Księżyca Burz.


IV.
Wartki strumień niesie
ziarno. Uwalnia z lodu kwiaty.

Ja Szamanka odurzam
zapachem hiacyntów.
Przywołują Siewną Pełnię.

Jest czas
Księżyca Wzrostów.


V.
Fioletowy zapach bzów
zniewala umysł.
Rodzi się szaleństwo namiętności.

Ja szamanka obserwuję
taniec życia, w tafli
Mlecznej Pełni.


Zasypiam w Księżycu Kwiatów.


VI.
Zapytuję syna o zapach miodu.
„Jest słodki” – odpowiada dziecko.

Ja Szamanka rozlewam
Miodową Pełnię.

Wschodzi Księżyc Upraw
ale nad miastem nie widać gwiazd.


VII.
Księżyc Gromów wyrywa
ze snu nocy letniej.

Ja Szamanka wchodzę w rolę Tytanii.
Na deskach teatru lasów
usypiam Oberonów aromatem lip.


VIII.
Psi Księżyc szczekaniem
obudził Burzę. Dęby
zadrżały rażone elektrycznym dreszczem.


Ja Szamanka oślepiam
Pełnią Błyskawic.


IX.
Nad sadem dojrzał
Owocowy Księżyc.
Brzemienne jabłonie i śliwy
oczekują rozwiązania.

Ja Szamanka wznoszę się
ponad łąki. Z naręczem strumieni
rodzę Pełnię Plonów.


X.
Otulam się chłodną
mgłą oddechu.
Gładząc futro martwego
wilka umieram.

Ja Szamanka przycinam dni
stąpając po Księżycu Więdnących Traw.

Jeleń skrywa się przed
Pełnią Myśliwych.


XI.
Zatrzymuję się między
Życiem a Śmiercią.

Ja Szamanka unoszę
Zasłonę Wszechświatów.

Wpuszczam Duchy w wymiary
materii. W Księżycu Szronu
zapalam znicz pamięci.


XII.
Zasypiam oświetlona
Dębową Pełnią.
Biały puch zimowej pierzyny
schładza krew. Zwalnia
bieg jej strumienia.

Na poduszce
z Księżyca Długich Nocy,
Ja Szamanka śnię o gwiazdach.


XIII.
Roztaczam nad światem
blask Błękitnej Pełni.

Ja Szamanka w rzadkiej modlitwie
błogosławię słowem.

Duchy sprzyjają cierpliwym.

..............................
autor Obrazu: Susan Seddon - Boulet