sobota, 19 kwietnia 2014

Opowieść o kniaziównie i Duchu Gór



[Ta baśń jest nieco inna niż dotychczasowe. Opowiedział mi ją dobry przyjaciel. Najstarszy z buków w Górach Sowich, który zna wiele takich historii. Dedukuję tę opowieść moim dwóm przyjaciółkom. Jedna czaruje szamańskim śpiewem, druga zaklina magię w srebro. Aga Sobel i Johanka Filas, to dla was, za Waszą miłość do buków i przyjaźń dla mnie.]



Dawno temu za rzekami i morzami było miejsce pełne gór i lasów. Góry może nie były zbyt wysokie, za to piękne. Od wiosny do późnego lata mieniły się odcieniami zieleni, a jesienią pokrywały się kobiercami czerwieni, żółci i pomarańczy, zimą zaś skrywały się pod białą kołdrą śniegu. Z gór spływały wartkie i czyste strumienie, zioła pełne mocy obrastały zbocza gór, a w lasach pełno było zwierzyny.
Ludzie, którzy przybyli w to miejsce pokochali je od razu i postanowili zbudować tu swoje domy.
Z czasem ich osady rozrosły się, a nawet powstało kilka kasztelani. Kniazie założyli silne rody i zbudowali szlaki handlowe w inne rejony świata. Jednak cienie gór skrywały także swoje tajemnice. Kilku wojowników odkryło w górach twierdzę potężną. Mówiono, że jej panem jest potężny Czarnoksiężnik, który ni to duchem ni człowiekiem się wydaje. Mówiono też, że potężne rody kniaziów swoją siłę i władzę zdobyły z jego pomocą.

Teraz kniaziem Sowiego Grodu u stóp gór był Beor Mocny. Bogowie obdarzyli go siedmioma córkami ale nie dali mu męskiego następcy. Toteż Beor Mocny udał się w góry do tajemniczej twierdzy by prosić czarnoksiężnika o pomoc. Co zyskał nikt nie wiedział, ale 9 miesięcy po powrocie żona powiła mu syna.
Chłopiec dorastał w szczęściu i dostatku, rozpieszczany przez rodziców i siostry, ale im był starszy tym jego ojciec smutniejszy.
W dniu, gdy chłopiec skończył lat 7, a kniaź z rodziną i gośćmi ucztowali, do sali biesiadnej wszedł nie zaproszony gość.
- Witaj Beorze – Powitał gospodarza i nie czekając na odpowiedź dodał. – Przyszedłem po swoją zapłatę.
Kniaź zbladł, w izbie zapanowała cisza.
- Nie jestem gotów… - Beor gestem nakazał swoim wojom stanąć wokół rodziny.
- Chciałeś syna, w zamian obiecałeś oddać mi jedną z córek, jako zapłatę. Teraz odmawiasz dopełnienia umowy? – Na surowej twarzy maga przelotnie pojawił się cyniczny uśmiech.
- Nie mogę oddać ci żadnej z córek na własność. Ich przeznaczeniem jest wyjść za mąż za kniaziów i dać im…
- Ojcze… - Najmłodsza z dziewcząt, śliczna i mądra Mudar wyminęła wojów i wyszła przed ojca. – Jeśli taka była cena… Zapłacę ją.
- Nie! – Beor krzyknął ale w tej samej chwili izbę rozświetlił potężny błysk, a wicher uniósł w górę kurz i gobeliny. A gdy wszystko ucichło po magu i córce kniazia ślad nie został. Co się potem działo w Sowim Grodzie można się tylko domyślić, kronikarze jednak niewiele o tym piszą.
Ale Mudar nie zginęła. Czarnoksiężnik w magiczny sposób przeniósł dziewczynę do swojej twierdzy.
- Podoba mi się twoja uczciwość. – Powiedział do oszołomionej i wystraszonej dziewczyny. – Jestem Ysbryd Coedwig, a ty jak masz na imię?
- Mudar.
- Ładnie. Od teraz będziesz mieszkała tutaj. Kiedy cię wezwę przyjdziesz do mnie. Poza tym znajdź sobie jakieś zajęcie.
Po tych słowach odszedł.
Kniaziówna zamieszkała w twierdzy. Rzadko widziała gospodarza, a gdy ją wzywał do siebie by towarzyszyła mu przy wieczerzy, rozmawiali mało. Miał zwykle surowy wyraz twarzy, z której trudno było wyczytać emocje. Wydawał się nie być ani stary ani młody, mówił niewiele, za to czasem w oczach pojawiały mu się dziwne błyski.
Kiedy bywała sama spacerowała po górach i przyglądała się ogrodom Ysbryda i jemu samemu.
Powoli odkrywała coraz więcej.
Pewnego dnia, z początkiem jesieni, gdy lasy i góry pokryły się kolorowymi kobiercami, a słońce miło grzało, Mudar nieśmiało weszła do komnaty Ysbryda.
- Pokażesz mi dziki las? – Spytała cicho.
Ysbryd przyjrzał się jej uważnie. Przez lata przywykł do samotności ale w kniaziównie było coś uspokajającego i ulotnego, co go intrygowało. Wyczuwał w niej magię, jak w każdej siódmej córce. A do tego lubił jej towarzystwo.
- Dobrze, chodźmy.
Zabrał ją do miejsca, gdzie rosły dzikie krzewy leśnych jeżyn i jagód. Dziewczyna ze śmiechem zrywała je i przynosiła mu w fałdzie sukni.
- Wiem kim jesteś. – Powiedziała, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi.
- Doprawdy?
- Jesteś  Duchem Gór, chronisz je i pielęgnujesz. Gdy chcesz być widoczny, jesteś jak człowiek, ale czasem płyniesz przez las niczym szary obłok. Dajesz też ludziom to czego pragną, za wysoką cenę. I wielu jest gotowych zawrzeć każdy pakt byle zyskać władzę, bogactwo czy silny ród, jak mój ojciec.
- A ty byłabyś gotowa zapłacić życiem swoich bliskich za marzenia?
- Nie. Choć nie wahałabym się oddać za nie swojego życia. Jak i za życie tych, których kocham.
- Dlaczego? Mogę sprawić, że urodzisz silnych potomków, zyskasz władzę, mogę pokazać ci żyły złota w skalnych szczelinach.
- Wolę żyć w zgodzie z naturą i cieszyć się darami, które dostaję każdego dnia. Na co mi władza, bogactwo, czy nawet silny ród, jeśli naruszę tym czyjąś wolę, szczęście i wolność? Nie, Ysbrydzie, nic nie jest tego warte. Zostanie mi życie w iluzji, nie prawdziwe szczęście.
- Ty jednak ponosisz konsekwencję wyboru twego ojca.
- Nie zupełnie. Zgodziłam się zapłacić za niego cenę. Dlatego tu jestem. Takk jak inni, którzy mieli być ceną, a stali się drobnymi historiami w twoim życiu.  Nigdy nie naruszałeś ich woli. Teraz twoje ogrody pełne są tych, którym u kresu życia oszczędziłeś cierpień zamieniając ich w drzewa, krzewy i kwiaty.
- A ty Mudar, jakie miejsce chcesz zająć w moim ogrodzie? – Spytał spoglądając na nią z uznaniem.
- Spokojne – Uśmiechnęła się ciepło.
- Mam chyba lepszy pomysł. – Zaśmiał się. Pocałował kniaziównę i wykonał znak na jej czole.
Dziewczyna poczuła jak magia Ducha Gór łączy się z jej własną magią i wypełnia ją całą.
- Teraz będziesz taka jak ja.
Tak się też stało. Ysbryd pojął za żonę mądrą kniaziównę i dał jej magię, która uczyniła ją jemu podobną. Razem przemierzali górskie szlaki. On chronił i pielęgnował skalne ścieżki i lasy. Wiosną uwalniał strumienie spod lody, a jesienią usypiał drzewa i krzewy. Ona zaś wyplątywała zwierzynę z sideł kłusowników, a zimą wynajdywała dla saren soczyste gałązki i kępy traw. A gdy nadchodziły mroźne noce, spędzali je na długich rozmowach.
Ysbryd nie czul się już samotny, a choć surowość nigdy nie zniknęła z jego oblicza, to często na nim teraz gościł uśmiech i spokój, jaki dawała mu żona.
Postanowił też dać jej dar, od siebie w podzięce za jej mądrość i ukojenie, które mu dawała.
Stworzył więc drzewo o korze gładkiej jak jej skóra.
- W tym drzewie zaklęty jest twój urok, Mudar. – Powiedział prowadząc ją do ich ogrodu. – Moc  uzdrawiania. Da ludziom ukojenie, siły i oczyszczenie. W jego energii szukać będą płodności i witalności ludzie i zwierzęta. W jego konarach zamieszkają sowy, by głosić twoją mądrość, żono. Pod jego koronami ludzie będą budować domy, by czuć się bezpiecznie i spokojnie. To twój śpiew, moja droga Mudar.
- I twój, Ysbrydzie, Duchu Gór. To najpiękniejszy dar, jaki mi dałeś. Dar miłości, który nie przeminie.- Dziewczyna zaklaskała w dłonie, a wtedy liście drzewa nabrały cząstki jej duszy. Wyrosły też nowe pędy, które z dwóch pni tworzyły jedno drzewo. Tak właśnie na ziemi pojawiły się buki.
Od tego czasu bukowiny wyrastały wszędzie, gdzie okiem można było sięgnąć. Wiele z nich tworzyło pary z jednego korzenia wyrosłe, jakby chciały opowiedzieć historię Mudar i Ducha Gór.
Ludzie sadzili te drzewa w świętych gajach, oraz w pobliżu swoich domów, by złe czary i nieszczęścia odegnać. Z liści bukowych napary pito, by spokój w serce wlać i ciało uzdrowić.
Do dziś też ci, którzy mają serca otwarte i chciwość w nich nie gości, mogą czasem spotkać Ysbryda i Mudar, przechadzających się między bukami.

Agnieszka Cupak

.....................................
Autor obrazu: Brian McGovern

wtorek, 15 kwietnia 2014

XXX [cykl "Ja Szamanka"]

Ja Szamanka wywołuję wilki z lasu;
stawiają się na ten zew
Zwartym szeregiem.
Waderze wiernym.

Oddaję im moc panowania nad burzą.
O czasie nie ja ją wezwę dzikim wyciem.

Dzieciak z papierosem,
śmieje się pogardliwie w twarz świata.
„Takie czasy, mała” woła
rzucając kamieniem w Księżyc.
Jest ślepy na chichot
demona za plecami.

Duchy Śmierci chwytają nić życia.
Papieros zgaśnie w dłoni dzieciaka.
„Takie czasy, mały” zawoła demon
Rzucając czerń w Duszę.
Jest ślepy na chichot
anioła za plecami.

Czerwony Księżyc  wznosi się nad wodą.
Zapięty w cień Ziemi
Krew barwi kły polujących wilków.

Ja Szamanka otulam światłem
Szukających Źródła.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Baśń o dziewczynie z lasu i rzeźbiarzu.




[To jest specjalna dedykacja dla Meltris, za oczyszczenie i inspirację]

Historia ta zdarzyła się w zamierzchłych czasach, gdy ludzie i duchy żyli obok siebie, dzieląc ziemię i szacunek do niej między siebie.
Na skraju gęstej puszczy powoli rozrastała się osada, zwana przez mieszkańców Pasiecznem, gdyż wielu z nich miało swoje pasieki i barcie, a miody słodkie były ich płynnym złotem.
Ale nie tylko z produkcji miodów żyli mieszkańcy Pasieczna. Uprawiali poletka na skraju puszczy, polowali, wyrabiali garnki, a kowal nie tylko konie podkuwał ale i z metalu cuda czynił.
Żył też w osadzie rzeźbiarz Robin, który więcej czasu w puszczy spędzał niż w domu. Od najmłodszych lat między drzewami inspiracji szukał, słuchał duchów i za ich radą dłutem czarował. Dzięki nim też poznał dokładnie drewnianą strukturę, wiedział jak deski układać by trwałość i urodę uzyskać. Spod jego palców magiczne rzeźby, amulety ochronne i meble pięknie rzeźbione wychodziły. Barcie dla pszczół ozdabiał, w gankach liście i owoce rzeźbił, wyczarowując piękne zdobienia. Postacie bogów z drewna do Chramu strugał, a jak trzeba było to i roboty ciesielskie wykonywał. Ale najszczęśliwszy był gdy w puszczy znikał. Tam drewna na figury i amulety szukał, zawsze tego, które znalazł, nigdy sam żadnego nie ścinał.

Co tam robił, co śpiewał przy pracy, nikt nie wiedział, ale zawsze wracał z oczami pełnymi blasku.
Lata mijały, osada rosła, ale Robin mieszkał w chacie sam. Panny, które przychylnie na niego za młodu patrzyły, dawno już za mąż wyszły i matkami zostały, a Robin też jakoś o żeniaczce nie myślał.
Brat jego, Armin Kowal wciąż nad tym ubolewał.
- Lata ci płyną bracie, kto się o ciebie na starość zatroszczy? – Martwił się. Robin tylko się uśmiechał i w puszczy na dłużej znikał. Potem wracał z błyskiem w oku.
Brat jednak nie poddawał się łatwo i razem ze swoją żoną swatów na Robina co rusz nasyłali. A Robin na coraz dłużej do puszczy uciekał.
Zdarzyło się jednak tak, że pewnej wiosny Robin zaniemógł. Gorączka go zmogła, kaszel chwycił i nie mógł do puszczy ruszyć. Szwagierka zaraz zupy pożywnej nagotowała i pierzynę drugą przyniosła. Ale Robin czuł się coraz gorzej. W gorączce majaczył, powtarzając jedno słowo: „Meltris”, jakby czyjeś imię wołał. Armin najstarszego syna po znachora posłał do sąsiedniej wsi.
Późny był już wieczór gdy ktoś zaczął się stukać w drzwi chaty rzeźbiarza, jakby drewnianym kosturem. Armin wyszedł na ganek. Jednak zamiast znachora ujrzał dziewczynę młodą. Piękna była, jak żadna znana mu panna, w sukni zielonej, i białym naszyjniku z akacjowych kwiatów.
- Jestem Meltris. – Powiedziała i nie czekając zaproszenia weszła do chaty. Usiadła na łóżku obok chorego, dłoń mu na czoło położyła i cicho coś szeptać zaczęła, w nieznanych słowach. Robin od razu przestał w gorączce majaczyć, a nawet lekko się uśmiechnął i w sen uzdrawiający zapadł.
- Kim jesteś? Uzdrowicielką? – Spytała żona Armina, zdumiona tymi czarami.
- Uzdrowicielką? Tak… Tak, właśnie. Zostanę z nim teraz, idźcie i nie bójcie się. – Powiedziała Meltris. Armin i jego żona rankiem przyszli do Robina wraz ze znachorem, który dopiero dotarł do osady. Robin uśmiechnięty, choć jeszcze słaby, siedział na łóżku. Gorączka minęła, a kaszel lekko jeszcze tylko męczył. Meltris krzątała się po izbie, nieco niewprawnie, ale z uśmiechem.
- Chcieliście mnie swatać ale ja już mam panią mego serca. – Powiedział zdumionej rodzinie. – Meltris i ja od dawna żyjemy jak mąż i żona. W domu jej ojca w puszczy. Teraz jednak zgodziła się zostać ze mną tutaj i dom mój prowadzić.
I tak właśnie się stało, że Meltris zamieszkała w domu rzeźbiarza. Więcej jednak z nim po puszczy wędrowała, gdy on drewna i natchnienia dla swoich dłut szukał, niż w domu na męża czekała. Niektórzy ją dziką wojowniczką nazywali, bo nie raz myśliwi widzieli jak przez puszczę z łukiem pędziła. Pszczoły też do niej chętnie przylatywały i ani się obejrzano, jak przy domu rzeźbiarza barć pięknie zdobiona stanęła. Miodu tak słodkiego i zdrowego w żadnej pasiece nie miano.
Robin zaś pełen radości częściej w domu teraz niż w puszczy bywał.
Lata mijały, Meltris powiła syna i córkę. Dzieci rosły zdrowe i silne, podobnie jak matka i ojciec w puszczy lubiły bywać, a nie raz nawet znikały w niej na długie tygodnie. Rodzice mówili, że u dziadka, ojca Meltris uczą się wszystkiego o drzewach i puszczy.
Ludzie z osady przychodzili czasem do Meltris po rady różne i miód dla osłody. Bo przy niej nawet w starczych żyłach, krew zaczynała żywiej krążyć, energii ospałym przybywać. Ci, którym smutek i rozpacz w serce się wlały, odnajdywali przy niej radość.
Toteż nikt nie zwracał uwagi na to, że mimo upływu lat Meltris pozostawała młoda i piękna. Zauważyła to jedna szwagierka Robina i pewnej jesieni, zaprosiła Meltris na wspólne grzybobranie.
Gdy były już w puszczy, z dala od ludzkich uszu powiedziała.
- Wiem, że kochasz Robina tak samo mocno jak on ciebie, ale nie jesteś  człowiekiem. Zatem kim?
Meltris długo patrzyła w oczy kobiety, ale nie znalazła tam zawiści ani zdrady, a tylko troskę szczerą.
- Jestem Akacjową Driadą, córką Ducha Puszczy.
- I  mimo to zgodziłaś się przyjść między ludzi, zamieszkać w chacie mężczyzny i wieść życie śmiertelniczki?
- Pokochałam Robina, byłam mu już żoną gdy tylko wiek męski osiągnął. I za nim poszłabym wszędzie.
- Nawet w śmierć?
Maltris zamyśliła się i posmutniała. Widziała, jak zmieniał się jej ukochany, jak z wiekiem słabł. Widziała też jak odchodzili ludzie i drzewa, ale ci pierwsi byli tu krótkie chwile, które dla drzew zdawały się tylko westchnieniem. Nie myślała wcześniej o tym, że i Robin też zgaśnie tak szybko. A przecież jego głowa była już biała, twarz znaczyły siatki zmarszczek, a dłonie drżały już gdy trzymał dłuto. Zaszkliły się jej oczy, ale poczuła jeszcze większą miłość do niego.
- Tak… - Powiedziała cicho. – Gdy jego czas nadejdzie, pójdę za nim. I chronić będę by jego dusza nie wróciła błąkać się samotnie między światami. Snu jego wiecznego strzec będę.
Kowalowa uściskała dziewczynę serdecznie.
Kilka lat potem, Robin zgasł spokojnie u boku swej leśnej żony. Meltris dopełniła wszystkich ludzkich rytuałów, wraz z dziećmi i mieszkańcami osady. Po pogrzebie została nad mogiłą Robina. Nie dotarła jednak na stypę. Nie wróciła też do domu, ani nawet do osady.
Żałobnicy, którzy poszli jej szukać znaleźli jednak rozłożystą akację, wyrosłą nagle nad mogiłą Robina Rzeźbiarza. Odurzała aromatem kwiatów, kolcami zaś odstraszała intruzów, jakby ochronić chciała mogiłę, tego, którego ukochała.
Jakiś czas później z osady wyjechały także dzieci Meltris i Robina. Były już dorosłe i pojechały w świat szczęścia szukać. Ich losy splotły się z losami ludzi, którzy ukochali drzewa, dając początek wielkim rodom. Można ich poznać po herbach akacjowych i miłości do drzew.
Agnieszka „Wierzba” Cuapk

sobota, 12 kwietnia 2014

Baśń o młodym Granie i obrońcach grodu


W dawnych czasach, gdy góry były młode, a morza cofały swoje wody, na gładkie wzgórza przywędrowali ludzie. Złożyli ofiary miejscowym duchom i założyli na zboczach gór grody, osady i wioski. Pracowali ciężko, szanowali Duchy i Bogów, bawili się całym sercem i potrafili śmiać się szczerze.
Byli pokojowo nastawieni do świata, nie w głowie mieli wojny, podboje i grabieże. Zadowalali się tym, co wyszło z pracy ich rąk, nie czuli potrzeby posiadania czegoś więcej. Matka Natura, Duchy i Bogowie dawali im dość by mieli gdzie ukryć się przed burzą i nie czuć głodu.
Ojcowie uczyli synów myślistwa i łowiectwa, matki córkom zdradzały tajniki tkania i gotowania, szamani przekazywali słowa duchów, a kapłani składali ofiary bogom. I wszyscy wrastali w zasiedlone ziemie. Przybywało kurhanów i pieśni, które uczyły młodych jak żyć uczciwie i godnie. Przybywało też dzieci, które wnosiły nową energię do społeczności.


Jednak świat w miejscu nie stał. Wokół gór i pagórków powstawały nowe osady. Plemiona jednoczyły się w coraz większe kraje. Zwłaszcza jeden szybko wzrastał w potęgę i siłę. Był to kraj ludzi ze Wschodu, rosłych i silnych, którzy ponad pracę bardziej ukochali szczęk broni. Pod wodzą swego księcia, który kazał zwać się Karlem Silnym, najeżdżali coraz to inne osady i grody. Kto im się sprzeciwił ten kończył marnie.
Armia Karla Silnego posuwała się stopniowo w stronę gór siejąc strach i śmierć.
W końcu dotarła do wielkiego grodu, znajdującego się na samotnej górze. Dziwne to było miejsce, pełne magii i duchów. Zboczy gór nie porastały ani drzewa ani krzewy, jedynie trawy i kwiaty. Żyzne gleby mieszkańcy obsiali zbożem, z którego zbierano obfite plony. Teraz jednak gdy wroga armia zbliżała się do nich, łany zbóż i aromatyczne kwiaty nie były w stanie dać ochrony mieszkańcom.
Gdy gońcy przynieśli wieści, że ostatnia osada z przedgórza padła pod mieczami Karla Silnego, mężczyźni z grodu zebrali się na wiec. Wszyscy, którzy już warkocz chłopięcy w ogień oddali i do grona męskiego po rytuale weszli mieli prawo się wypowiedzieć. Debatowali więc długo jeszcze po zachodzie słońca, zastanawiając się co zrobić. Byli myśliwymi, rybakami i rolnikami, nie wojownikami. Ale żaden z nich nie chciał pozwolić by ich matki, siostry, żony i dzieci zginęły lub popadły w niewolę.
Najbardziej żarliwie nawoływał do obrony młody Gran . Wiosną dopiero do męskiego grona wstąpił, ale hartu ducha, odwagi i siły mu nie brakowało. Był dumą ojca i matki, a dla brata wzorem. Teraz na wiecu, gdy wielu ze starszyzny nawoływało do opuszczenia grodu i ucieczki, on kipiał energią i zachęcał do obrony.
- W tej ziemi od pokoleń leżą prochy naszych przodków! – Zawołał, gdy nadszedł czas jego głosu. – Duchy tej ziemi nas karmią i dają schronienie od wielu pokoleń. Nasi bogowie tu nas przywiedli, a ojcowie tutaj domy zbudowali. Tchórzostwem byłoby teraz tę ziemię porzucić! Choćby i zginąć nam przyszło, krew przelać, nie możemy uciekać! Pora nam za miecz chwycić i bronić tego co kochamy! Ziemi i ludzi, którzy sercu drodzy.
- Gran chłopcze, odważne to i szlachetne co mówisz. – Odezwał się najstarszy z mężczyzn. – Ale nie jesteśmy wojami. Nie umiemy walczyć. Jak więc nam bronić grodu w polu szczerym, gdy nawet drzewo ochrony nam nie da?
- Nasi szamani i kapłani duchom i bogom ofiary złożą za przychylność i pomoc w walce. Wierzę, że domy i ziemię obronimy. Nasz gród nie zginie, a bracia i siostry przetrwają wolni. Spytajmy szamanów, co Duchy radzą.
- Mądrze mówisz, Gran, choć krew masz jeszcze młodą. – Poparł syna ojciec. – Spytajmy szamanów. Ja zaś u boku syna stanę z łukiem i mieczem.
Głosy się podniosły, zwłaszcza młodzi do walki się zapalili.
O świcie posłano więc po szamanów.
Ci kości i runy rzucili, w wodę czystą spojrzeli i przychylność Duchów wywróżyli. Najstarszy z nich wyszedł na środek między innych i powiedział:
- Duchy nie chcą tych ziem oddać Karlowi Silnemu, bo on braterstwa z Matką Ziemią nie szanuje. Jednak walka z nim nie będzie łatwa. Gród przetrwa, ale ci co na zbocza góry z bronią wyjdą, do domu nie wrócą. Ich krew stanie się złotem tej ziemi. A teraz słuchajcie co Duchy nakazują by gród obronić.
Szaman zaintonował pieśń a potem wręczył każdemu, kto znalazł w sercu odwagę by za miecz chwycić, ziarno magiczne, które od Duchów dostał.
Następnego dnia już z daleka widać było groty na drzewce nabite i stal mieczy armii Karla Silnego. Posłańcy najeźdźców z daleka krzyczeli wezwania do poddania się. Jednak mężczyźni z grodu nie poddali swoich domów i choć wiedzieli, że do nich nie wrócą, ruszyli wrogiej armii na spotkanie.
Otarli łzy pożegnania, ucałowali żony, matki i córki, synom opiekę nad rodzinami powierzyli i w bój ruszyli.
Gran matkę ucałował, ona zaś w ramionach długo syna tuliła. Nie chciała puścić w bój. Brata młodszego, który jeszcze warkocz chłopięcy zaplatał, uściskał i amulet odwagi mu wręczył. W końcu jednak za ojcem i dziadkiem ruszył i u ich boku w pierwszym szeregu obrońców stanął.
Poczuł ukłucie strachu w sercu gdy na ogrom armii wroga spojrzał, zaraz jednak się otrząsnął. W myślach bogów i duchy o odwagę poprosił. Od razu z samej ziemi, w którą głęboko korzenie zapuścił, moc w niego wpłnęła.
Nie miał jednak wiele czasu, gdyż wróg już ruszył w ich stronę. Wojownicy Karla Silnego z głośnym krzykiem rzucili się na obrońców. Ci jednak stali niewzruszenie, czekając z obnażonymi mieczami i wycelowanymi łukami na odpowiedni moment. W zupełnej ciszy i skupieniu.
Ta cisza zdezorientowała nacierającą armię. Wojownicy zwolnili bieg pod górę i przestali tak krzyczeć. Ale mieczy nie schowali i wciąż się zbliżali do linii obrony.
Gran odwrócił się na moment i spojrzał na matkę i brata, stojących na blankach murów obronnych grodu, potem spojrzał w niebo. Uśmiechnął się do słońca i wsunął do ust magiczne ziarno, które dał im szaman.
Podobnie uczynili pozostali obrońcy. I w tej samej chwili tuż przed mieczami najeźdźców zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Tam gdzie jeszcze przed chwilą stali mieszkańcy grodu, teraz wyrastały drzewa. Silne i zwarte, o mocnych gałęziach najeżonych igłami. Nacierający mieczem ani kopią nie zdołali przedrzeć się przez gęsty las. Tam zaś gdzie zostawili rany w korze drzew, zaczynała się sączyć lepka żywica, zatrzymując tych, którym udało się przedrzeć za drzewa. Gdy tylko ich dotknęła zamieniali się w kępy suchych traw.
Pozostali widząc to, rzucali miecze i uciekali w popłochu. A drzew przybywało z każdą chwilą. Tworzyły już gesty las wokół grodu.
Karl Silny nie czekał dłużej. Przeraził się na widok tego co zobaczył. Nie chciał też ryzykować, że cała jego armia zamieni się w kępę traw.
W ten sposób mieszkańcy grodu, a między nimi młody Gran uchronili swoją ziemię i swoje rodziny. Sami jednak na zawsze pozostali zamienieni w las świerków, nazwanych tak od imienia młodego Grana.
Żywica drzew stała się dla mieszkańców grodu ich złotem, bo z niej, jak i z igliwia drzew robiono leki i maści, które kupcy sprzedawali w dalekich krajach. Świerki zaś dodawały ludziom odwagi i otuchy. Chroniły rodzime ziemie od złych duchów. I chronią do dziś, wszystkich, którzy potrafią usłyszeć w ich szeptach odważny głos Grana i reszty obrońców grodu.
Agnieszka "Wierzba" Cupak


.................................
Obraz autorstwa Dana Irving

środa, 9 kwietnia 2014

BAŚŃ O AMBER, KTÓRĄ KOCHAŁO SŁOŃCE


Było to dawno temu, za górami i lasami, nad skalistym brzegiem morza, kiedy lód i śnieg cofnęły się na daleką Północ. Z pierwszym ciepłym powiewem przybyli osadnicy z Południa. Spodobało im się to miejsce i postanowili zbudować tu osadę. Z czasem osada rozrosła się do wielkości miasteczka, wokół, którego wyrosły wioski. Ludzie byli tu pogodni. Pracowali ciężko ale z uśmiechem. Orali ziemię i siali zboża. Tkano delikatne tkaniny, zbierano owoce i zioła. Dni mijały spokojne i ciche. Za to w czasie świąt ucztowano hucznie i wesoło dzieląc się plonami z bogami, w tym z ulubionym - Bogiem Słońce. On zaś ogrzewał ich serca.
Stało się też tak, że podczas świąt Letniego Przesilenia Bóg Słońce ujrzał na leśnej polanie tańczącą dziewczynę. Miała na imię Amber i była córką miejscowego Żercy. Jej taniec zachwycił go wdziękiem i lekkością, zauroczyły modre oczy i włosy złote, jak jego promienie. Nocami wyczekiwał chwili gdy wyruszy na nieboskłon by móc na Amber popatrzyć.
Ona zaś czekała gdy pojawi się na niebie na złotej tarczy.
Rok nie minął od czasu gdy Bóg Słońce pierwszy raz ujrzał Amber, a już jej miłość ofiarował. Ona zaś przyjęła to z radością i jeszcze piękniej tańczyła dla niego.
Bóg Słońce tak był Amber oczarowany, że obdarzył ją przywilejami, jakimi jedynie bogowie i Duchy Ziemi się szczyli. Toteż Amber poznała tajemną mowę Matki Ziemi, Ojca Oceanu, rozumiała też szum Wiatru, myśli ptaków i zwierząt, szepty traw i drzew. I z darów tych korzystała, lekko przemierzając lasy, wyplątując króliki z wnyków i sideł, wskazując ptakom szlaki ich wędrówek i wyciągając wilkom ciernie z łap.
A ponieważ Bóg Słońce ukochał ją bardzo, zwolnił dla niej czas. Amber trwała piękna i młoda, choć wiek za wiekiem mijał. Ona jednak zachowała lekkość w tańcu i tylko modre oczy zdradzały mądrość płynącą z lat. Kochali ją ludzie i zwierzęta, duchy i drzewa.
Czas jednak dla świata w miejscu nie stał. Do rozrastającego się miasta przybywali kupcy z za mórz i gór. Przynosili wieści dziwne i opowieści niezwykłe. Niektóre ciekawe inne niepokojące.
Między nimi i takie, o ludziach, którzy zapomnieli o duchach świata i nie mieli kapłanów słyszących mowę Matki Ziemi. Bogowie ich okrutni i zimni byli, a serca w siebie zapatrzone.
Długo czekać nie trzeba było, jak ludzie ci do miasta przybywać zaczęli i niepokoje szerzyć.
Nie podobały im się biesiady świąteczne, rzeźby swoich bogów stawiali w świętych gajach i siłą kazali tubylcom cześć im oddawać.
Między nimi jeden był najzimniejszy, którego zwano Malumem Okrutnym. Był jednym z synów potężnego księcia ze Wschodu i dla niego nowe ziemie zdobywał. Teraz zajął miasto i gród prawowitego kniazia Bora Sprawiedliwego.
Bez zachowania tradycji ofiarnej Malum i jego ludzie polowali w lasach i łowili w rzekach. Za nic mieli prawa Matki Natury.
Podczas jednego z polowań Malum ujrzał tańczącą na polanie Amber. Zapragnął chciwie dla siebie dziewczyny o tak pięknym obliczu. Porwał więc ją na swego konia i uwiózł do grodu.
Ona jednak serce oddała Bogu Słońce i za nic nie chciała ulec okrutnemu najeźdźcy.
Malum jednak przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego w chciwości zapragnie. Toteż zagroził Amber, że jeśli nie zostanie jego żoną, zamknie ją w ciemnych lochach na zawsze, tak, iż nie ujrzy słońca po kres swoich dni.
Amber zapłakała, ale nie poddała się. Powiedziała Malumowi, że zostanie jego żoną, jeśli pozwoli jej w samotności spędzić dzień na modlitwach do swoich bogów. Malum niechętnie się zgodził lecz pozwolił udać się do dawnego Chramu. A ponieważ od ludzi się już dowiedział, dla jakiego Boga tańczyła, dał swój warunek. Zgodził się dać jej czas tylko od zachodu do wschodu Słońca. Zmartwiła się Amber, ale o swoje zawalczyć postanowiła mimo tego. I gdy tylko dotarła pod eskortą wojów do Chramu, wybiegła drugimi wrotami do lasu.
Wojownicy zauważyli jej zniknięcie i puścili się za nią w pogoń. Amber biegła przez noc, lekko i zwinnie, choć ostre kamyki kaleczyły stopy.
Nie zważała jednak na ból, tylko biegła przed siebie z nadzieją czekając świtu, gdy jej ukochany na niebo wyruszy i uratuje.
Ale pogoń była coraz bliżej, a wojownicy tak dziewczynę gonili, że zagonili ją na skraj stromej skarpy. Poniżej przepaści wzburzone morze uderzało o skały.
Amber upadła zmęczona i obolała na skraju przepaści. Widziała już nadjeżdżającego Maluma z zaciętym i złym wyrazem twarzy.
Zrozpaczona złapała kępkę traw i krzyknęła w języku Duchów i Bogów.
- Matko Ziemio, przyjmij mnie w siebie, tak bym wolną pozostała, a Słońce ukochane widzieć mogła.
I wtedy ziemia wokół zadrżała, uniosła się i strzeliła w górę słupami piasku. A gdy opadła w miejscu gdzie klęczała Amber, rosło drzewo piękne. Proste i smukłe, jak sama Amber.
Złość straszliwa Maluma chwyciła, gdy zrozumiał, że dziewczyna mu się wymknęła. Złapał za miecz i z furią się na drzewo rzucił. Wszyscy usłyszeli bolesny jęk gdy ostrze ścięło pierwsze gałęzie i uderzyło w pień. Wtedy jednak niebo rozświetliło się i Bóg Słońce wstąpił na niebo. Od razu zobaczył co się stało. I poczuł ból wielki, że serce mu krwawić zaczęło i krwawiło tak dzień cały aż do zachodu.
Malum zaśmiał się tylko i wyciągnął przed siebie tarczę z wizerunkiem swego okrutnego Boga. Ale Bóg Słońce był silniejszy, chwycił w słoneczne dłonie tarczę, a ta stopiła się jak lód. Metal zalał Maluma Okrutnego, a wtedy Bóg Słońce strącił najeźdźcę i jego wojów w otchłań oceanu.
Potem zbliżył się do drzewa zranionego i dotknął czule. Wtedy krew z ran zadanych mieczem z czerwonej zmieniła się w złotą i kapała do morza tworząc bursztyny, które od jej imienia amber nazywano.
Amber jednak nie mogła już się odmienić i na zawsze została zamieniona w drzewo. Ludzie nazwali je sosną. Z czasem wraz z Wiatrem nasiona jej po całej Ziemi poszybowały i kiełkowały tam gdzie upadały. A Słońce sprawiało, ze rosły silne przez wieki. I w piasku i w bagnach i na skalistych klifach.
Mieszkańcy różnych krain, choć bogów czcili innych, to jednak echo historii Amber w szumie iglastych gałęzi słyszeli. Czasem z herbatą w jej cieniu siadali, czasem przychodzili do niej po lek żywiczny, a czasem wystroić ją jak Zieloną Księżniczkę na święta.
Bóg Słońce zaś nigdy nie zapomniał swej ukochanej, a na znak bólu, jaki poczuł, gdy ją utracił już zawsze rozpoczyna i kończy swą podniebną wędrówkę czerwony, jak krwawiące z tęsknoty serce.

Agnieszka "Wierzba" Cupak



..................................................
Nie znam autora obrazu, ale jak ktoś zna to poproszę o nazwisko

sobota, 5 kwietnia 2014

Baśń o Orusie w czerwonych koralach



Dawno temu, kiedy Góry były jeszcze młode, żyła sobie pewna dziewczyna o imieniu Orusa. Była piękna, młoda i skora do zabawy. Ojcem jej był bogaty kupiec, który kochał córkę nad życie i rozpieszczał ją na każdym kroku. Z kupieckich wypraw przywodził jej najpiękniejsze stroje, drogie oleje do upiększania skóry i szlachetne kamienie dla ozdoby. Orusa cieszyła się tymi prezentami, ale szczególnie upodobała sobie czerwone korale, których całe sznury owijała wokół szyi. Oczy jej się i usta śmiały do chłopców gdy w tych koralach czerwonych tańczyła z innymi dziewczętami na pobliskich łąkach i górskich zboczach.

Matka ją wcześnie odumarła, a pod nieobecność ojca wychowywały Orusę ciotka i babcia.
Ciotka była zrzędliwa i wolała z babami po wsi plotkować niż opiekować się bratanicą. Babcia zaś więcej ludźmi się zajmowała, gdyż znachorką i uzdrowicielką  była, a przez wielu za wiedźmę uznana. Wnuczkę jednak kochała bardzo i podobnie jak ojciec pozwalała na wszystko.
Orusa dorastała więc w przekonaniu o swojej wyjątkowości. A, że była piękna i pełna temperamentu, bawiła się od rana do wieczora. Nie zważała na przestrogi ludzi, którzy radzili jej by się pracować nauczyła, zamiast tylko bawić się, stroić i w lustro spoglądać.
Gdy dojrzała do wieku, że chłopcy i dziewczęta razem w parach tańczą, wielu młodzieńców o jej uwagę zabiegało i do tańca prosiło. Bardzo jej się to podobało, bo lubiła być otoczona wianuszkiem przystojnych mężczyzn, których zazdrościły jej inne dziewczęta.
Czas płynął beztrosko i radośnie. Tańcom i zabawom nie było końca. Jednak żaden z tych, którzy tak figlarnie w jej modre oczy zaglądali, nie skłaniał się by o rękę Orusy poprosić. Do kapłana inne panny prowadzili i innym ślubowali przed obliczem bogów.
Orusie lat i sznurów korali czerwonych przybywało ale ona wciąż się stroiła i bawiła, nie zauważając, że jej adoratorzy dawno już żonami się opiekują, gospodarstwa pilnują.
Jednak pewnego dnia spoglądając w lustro ujrzała białe pasmo w swoich włosach.  Zdumiała się i wystraszyła. W tej chwili też zrozumiała, że czas w miejscu nie stoi. To czego nie widziała wcześniej zaślepiona swoją urodą strojną w korale teraz nagle dostrzegać zaczęła wyraźnie.
Wstała zdumiona i wyszła na ganek. Nie było już kawalerów przed drzwiami gotowych prawić jej piękne komplementy.
Orusa zrozumiała, że bawiąc się i pusząc przed lustrem zmarnowała młodość. Ojciec jej stary już był i z kupcami w świat nie jeździł. Ciotka umarła od zrzędliwości, dom zaś był brudny i zaniedbany.
Zapłakała Orusa i zrozpaczona w góry pobiegła do małej chatki, gdzie mieszkała jej babcia wiedźma. Tam opowiedziała o swoich błędach i rozpaczy. Korale czerwone szarpała, że ją do zguby i próżności przywiodły.
- Czasu nie cofniemy ani czarami, ani modlitwą. – Westchnęła babcia. – Próżniacząc się przed lustrem straciłaś młodość. Pychą i zarozumiałością przyjaciół nie zyskałaś, a lenistwem pracy i gospodarności się nie nauczyłaś. Nie płacz jednak, bo na naukę czas jest zawsze dobry. Żoną niczyją teraz nie zostaniesz, bo wszyscy już żony swoje mają. Możesz jak ja wiedźmą być i ludzki szacunek radą i dobrocią odzyskać. A korali czerwonych nie szarp, bo nie ich wina, że cię pycha i próżność zwiodły. Noś je z dumą i przekuj w pot krwawy własnej pracy, a szczęście ci przyniosą.
Orusa trochę jeszcze popłakała ale w końcu zgodziła się u babci późne nauki pobierać.
Rok nie minął jak się gospodarności nauczyła, dom ojca do porządku doprowadziła, chleb pachnący wypiekać umiała, a i ziół wiele poznała, co zdrowie ludziom wracały. I z dumą korale czerwone nosiła.
A ludzie powoli zaczynali zapominać jej dawne próżniactwo i pychę.
Z roku na rok Orusa piękniała, choć białych pasm we włosach przybywało.  Ale oczy jej i uśmiech teraz stawały się głębsze i dojrzalsze, jakby wraz z wiedzą i pracowitością nabierały mocy.
Ludzie w końcu całkiem zapomnieli o jej burzliwej przeszłości, za to chętnie do jej domu po rady, maści i zioła przychodzili. Orusa bowiem w sztuce uzdrawiania nawet swoją babcię wiedźmę przerosła. Nikomu też pomocy nie odmawiała. Czasem tylko nocami zapłakała nad swoją samotnością.
Pewnej wiosny, gdy Orusa skończyła lat 40, do jej domu zapukał strudzony wędrowiec. Był to kupiec, nie stary jeszcze ale i nie młody. Jego włosy siwizna poprószyła, jak pierwsze mrozy trawę w ogrodzie. Twarz miał od słońca ogorzałą, oczy błyszczące i roześmiane. Orusa wyszła do niego z dzbanem mleka, jak zawsze gdy przechodzący przez osadę kupcy do jej domu pukali by odpocząć i wieści ze świata przynieść.
Mężczyzna jednak zamiast napić się mleka, wpatrywał się w Orusę jak zaczarowany. W końcu poruszył się i powiedział:
- Matka moja gdy umierała powiedziała mi, że choćbym do późnej starości kawalerem miał zostać, nie wolno mi poślubić kobiety innej, niż ta, która z dumą czerwone korale nosi, bo ta szczęście mi przyniesie i wierności dochowa.
Orusa na te słowa zaśmiała się jak za młodych lat.
- Dom mój i serce moje zacnego kawalera także czekało.
Kupiec pojął Orusę za żonę. A ona mimo wieku późnego dała mu jeszcze syna zdrowego. Oboje doczekali się też wnuków.
Orusa dożyła aż 90 wiosen, szczęśliwa u boku męża. Do ostatnich chwil ludzi leczyła i każdemu dobrym słowem pomagała. A kiedy jej czas nadszedł przywołała do siebie najmłodszą wnuczkę, której także dano na imię Orusa.
-  Piękna jesteś i mądra, moja droga – Powiedziała do dziewczyny. – I nie jesteś próżna, ale gospodarna. Do nauki skora. Tobie zatem dam moje księgi. W nich znajdziesz zaklęcia magiczne i tajemnice ziół. Zachowaj je dla córki swojej i sama spisuj zaklęcia i wiedzę.
Dam ci też swoje korale czerwone, które zaślepiły mnie w młodości ale potem szczęście przyniosły. Podziel się nimi ze światem, bacz jednak aby najpierw mróz je pochwycił inaczej do zguby przywiodą.
- Co mam z nimi zrobić? – Spytała z przejęciem dziewczyna.
- Gdy miesiąc minie, jak moje ciało ogień przyjmie, zerwij korale ze sznura i rozsyp. Potem będziesz sama wiedziała co zrobić.
Tak się też stało i młoda Orusa zrobiła jak jej babcia kazała. Po roku przed jej domem, w ogrodzie, na polach i w lasach wyrosły małe drzewka. Wiosną zakwitły, a na jesieni obrodziły czerwonymi koralami.
Mała Orusa nanizała je na nici i ozdobiła szyję czerwonymi koralami. Kilka galązek zaniosła w bukiecie do kamienia pod którym prochy babci i dziadka pochowano. Nauczyła się też z korali jarzębiny leki dla ludzi robić, smakowite powidła i nalewki. Gdy pierwszy mróz chwycił zbierała czerwone owoce. Uczyła też ludzi, jak z drewna jarzębinowego amulety przeciw złym czarom robić, jak w magii korale stosować i jak dzięki nim zdrowie zachować.
A gdy i jej czas nadszedł swą wiedzę córce przekazała.
Potem już wszystkie kobiety z jej rodu jarzębonową magię ludziom niosły, zawsze strojne w czerwone korale.

Agnieszka "Wierzba" Cupak
-----------------------------------------
Obraz: George Henry "Jarzębina"