sobota, 12 marca 2011

Szepczącej Szeptów kilka

Od wielu lat mniej lub bardziej kręcę się w pobliżu szeroko pojętej ezoteryki. Droga moja po tej materii jest jeszcze dłuższa i bardziej kręta. Zaczynałam, jak wielu innych. Zagubiona, nie pasująca do utartej koncepcji świata, poszukiwaczka siebie. Zaglądałam za różne kurtyny, czasem uczestniczyłam w jakiś spektaklach zwanych magią, New Age, uzdrawianiem czy wróżbiarstwem. Zapierałam się, że zawsze magia, że nigdy nic innego. Potem przyszło inne i też się zapierałam, że to i nic innego. Dziś się nie zapieram. Dziś po prostu idę przed siebie przyjmując to, co przychodzi do mnie. Jestem inna, niż wczoraj i inna niż będę jutro. Raduje mnie sam fakt kroczenia, poznawania i rozwoju tego, co we mnie.
Przyglądam się spotykanym w tej drodze ludziom. Są jak zwierciadła. W tak wielu odnajduję wcześniejszą mnie. Są jak niegdyś ja, poszukiwaczami siebie, naćpanymi wiedzą z książek, for i milionów stron w sieci, nafaszerowani nie swoimi mądrościami. Będących w jakimś konflikcie, najczęściej ze sobą, a przy okazji z całym światem. A do tego suto okraszeni ego walczącego o równouprawnienie z krytykiem wewnętrznym. Rozpaczliwie szukają swego Mistrza, Nauczyciela, Guru, a kiedy wytypują już kandydata na to stanowisko, poddają ostrej krytyce za niespełnione oczekiwania. Bo oczekują nie tego, co może im dać, lecz gotowych rozwiązań lub magii, która załatwi wszystko. A to się tak nie da.
Obserwuję tych poszukiwaczy. Czasem wtrącę słowa, które prowadzą do celu jak w zabawie „Ciepło – Zimno”. Niektórzy nawet się kuszą zajrzeć za wskazówkę z napisem „Ciepło”. Niestety za nią nie ma gotowych rozwiązań, poprawiających nasz los i życie w pięć minut. Nie ma cudu, który to sprawi. Jedyne, co znajdują to produkt z nalepką, że zmiana na lepsze gwarantowana tylko po zastosowania dodatkowego środka w postaci zmiany siebie. A to już nie jest drogą łatwą i bezbolesną, bo trzeba mieć odwagę spojrzeć w siebie i… Wymazać siebie. Tak, wymazać, bo aby zacząć tworzyć nowe, trzeba zrobić miejsce usuwając stare.
A to stare trzyma się dobrze i wcale nie chce odejść. Trzeba, więc nieźle się nagimnastykować by tego chwasta wyrwać z korzeniami. I być przygotowanym, że jak się go wyrwie, to zaraz zacznie się dostrzegać inne, które tez trzeba wyrwać. No, ale jeśli się chce iść dalej, to trzeba. Bo tkwiąc w iluzji i szukając nie tego, co trzeba daleko się nie zajdzie. Wiem, bo sama kilka lat dreptałam w miejscu, choć zdawało mi się, że idę dość szybko. Szłam, ale nie w tym kierunku, co trzeba.
Nie zapieram się, że moja droga jest jedynie słuszną. Jest taką dla mnie a i to tylko dziś. Jutro pewnie poznam nowe możliwości, bo te pojawiają się, co chwilę. Dla każdego z nas inne, ale warto czasem wykorzystać już te sprawdzone. Resztę i tak trzeba „przerobić” samodzielnie.

wtorek, 8 marca 2011

Zew Księżyca

Nie zostałyśmy pomyślane, jako żałosne stworzenia z rzadkimi wątłymi włoskami, zbyt słabe, by zerwać się do skoku, gonić za zdobyczą, dawać nowe życie. Kiedy życie kobiety popada w zastój lub wypełnia się nudą, to jest moment, kiedy powinna dojść do głosu jej dzika, zwierzęca strona: to czas, by dusza rozlała się szeroko jak rzeka w delcie.

Clarissa Pinkola Estees, "Biegnąca z wilkami"

My kobiety dziś możemy mówić o wolności. Mamy prawa wyborcze, równouprawnienie, zasiadamy w radach nadzorczych, jesteśmy politykami, naukowcami, lekarzami, sędziami. Możemy wybierać jak żyć, gdzie żyć. Nie obowiązują nas już pewne zakazy i nakazy, możemy same decydować o swoim majątku, cieszyć się seksem, a nawet wolną wolą. Czy aby jednak na pewno? Mimo wszystko wciąż mniej zarabiamy, a pracujemy więcej. I jakby nie patrzeć wciąż gdzieś tkwimy w schematach, co wolno, a czego nie, co wypada, a co nie. Od dziecka uczy się nas roli „kury domowej” od tego, co wpajają nam nasze mamy i babcie, a kończąc na pięknych zabawkach imitujących sprzęty domowe i uczące od najmłodszych lat pewnych ról. Nasza (nie)moc jest w nas.

Z roku na rok osiągamy coraz większe sukcesy w sferze zawodowej, ale tak naprawdę żyjemy w strachu, lęku przed odrzuceniem, samotnością, przed tym, co ludzie powiedzą. Rywalizujemy ze sobą zamiast się łączyć i odnawiać swoja moc. A przede wszystkim odcinamy się od naszych korzeni z Wielką Matka, z Ziemią. Lynn Andrews napisała: „Kobieta jest nadzieją i jeśli odkryje swą moc, może nauczyć mężczyzn, jak żyć i przynieść harmonię Ziemi.” I to prawda, bo mężczyźni nie są tak silnie związani z Ziemia i jej cyklami jak kobiety. I z cyklami księżyca, który od dłuższego czasu nas wzywa. Może, więc nadszedł czas by odpowiedzieć na jego zew.

Nadchodzi nasz czas. Czas by zerwać się do skoku, by przyjąć w siebie kobiecość. Pełną. Zachęca nas do tego tez autorka „Biegnącej z Wilkami”, książki, którą każda kobieta przeczytać powinna. "Nie bójcie się, więc badać rzeczy najgorsze, najtrudniejsze. To umocni, zahartuje, da świeże spojrzenie i sposobność do przemyślenia na nowo życia i istoty duszy".

Nasza moc tkwi głęboko w nas. Pora ją obudzić i przyjąć. W pełni, w każdym ze swych trzech aspektów, bo my kobiety niczym Księżyc, mamy swoje trzy oblicza i dwie strony, jasną i ciemną. Obudźmy, więc swoją dzikość, stańmy się waderami swego stada i domagajmy się by i nasi mężczyźni zobaczyli w nas to, co budzi zew Księżyca.

I łączmy się w kręgi, wspólnoty, siostrzane grupy, sabaty. Zakończymy rywalizacje, które prowadzą do chaosu, a zamiast tego wspólnie tańczymy przy Księżycu odnawiając w jego blasku swą moc.

Zachęcam do wspólnych przemyśleń na temat naszej kobiecości, do dzielenia się doświadczeniem i radami.

niedziela, 6 marca 2011

Robaki, pasożyty, naturalne metody leczenie

Robaczyca to choroba znajoma większości rodziców, gdyż pociechy przynoszą ją z piaskownic, przedszkoli i podwórek. Glistnica, zwana właśnie robaczyca jest przykrą dolegliwością, w której występują bóle brzucha, wymioty, nudności. Dotyka ona najczęściej dzieci, ale nie są od niej wolni tez dorośli.

W naszym kraju mieliśmy eksperta w tej chorobie, nieżyjącego już o. Grzegorza Srokę, franciszkanina, ale przede wszystkim zielarza i propagatora leczenia ziołami. Poznał on niemal wszystkie tajemnice robaczycy, którą badał blisko 50 lat. To on jest twórca preparatu Vernikadis, którym skutecznie leczy się z tej choroby nie tylko dzieci i młodzież, ale i dorosłych.

Poniżej podaję mieszankę ziołową ojca Grzegorza, skuteczną w walce z glistnicą (robaczycą)


Liść borówki czarnej 100 g

Owoc kminku 100g

Ziele bylicy pospolitej 100 g

Liść szałwii 50 g

Koszyczek rumianku 50 g

Ziele krwawnika 50 g

Ziele dziurawca 50 g

Szyszki chmielowe 50 g

Zioła wymieszać, wsypać 4 łyżeczki na ½ l wody, ogrzać do wrzenia pod przykryciem, odstawić na 10 min. Dać do picia po pół szklanki, 2 razy dziennie, wszystkim domownikom

Z kolei leczenie ludowe w robaczycy podaje się dzieciom przez 5 dni po łyżeczce oczyszczonej nafty (można kupić w aptece lub sklepach zielarskich) oraz sok z kiszonej kapusty z dodatkiem rozgniecionego kminku.

Inna metoda to proszek ziołowy, pomocny zwłaszcza przy glistnicy jelitowej.

Zmieszać po 5 g:

Owoce czarnej borówki

Koszyczek rumianku

Korzeń omanu

Zmieszać i podawać z łyżka miodu na czczo popijając szklanką wody mineralnej i stosować to przez 10 min. Po tygodniu przerwy kurację powtórzyć.

Pestki dyni z uwagi na zawarte w nich składniki paraliżujące układ nerwowy pasożytów, to kolejny sposób na pasożyty, skuteczny zwłaszcza w przypadku wszelkich tasiemców, glist, owsików, tęgoryjca dwunastnicy. W kuracji zjada się łuskane surowe pestki dyni:

200 – 250 szt. osoba dorosła

50-100 sztuk dziecko




Na Owsiki można robić lewatywę z wywaru ziołowego:

Owoc obróbki 50 g

Kwiat wrotyczu 30 g

Łyżkę ziół zalać szklanka wody, gotować 3 min, ostudzić, przecedzić i wystudzoną robić lewatywy przez tydzień, co drugi dzień



W tej samej dolegliwości pić należy

Ziele piołunu 30 gr.

Ziele centurii 20 gr.

Łyżkę ziół zalać szklanką wrzątku, trzymać pod przykryciem 15-20 minut pić rano i wieczorem po pół szklanki przez tydzień.




Lamblioza to kolejna pasożytnicza choroba i to dość powszechna. Można się kurować mieszanką ziołową:

Ziele piołunu 30 g

Ziele tymianku 30 g

Liść orzecha włoskiego 30 g

Liść szałwii 30 g

Kłącze tataraku 30 g

Łyżkę mieszanki zalewamy szklanką wrzątku. Odwar podajemy dziecku 3 razy dziennie po pół szklanki między posiłkami przez 10 dni, następnie przez 3 tygodnie podajemy dawkę o polowe mniejsza.

W Lambliozie skuteczna jest też nalewka bursztynowa. Krople nalewki podajemy do ¼ szklanki schłodzonej wody w dawkach:

- Dzieci od 6-12 lat 15 do 20 kropli 3 razy dziennie przez 14 dni

- Dzieci od 12-16 lat 20-30 kropli 3 razy dziennie przez 14 dni

- Młodzież od 16 roku życia od 30 do 40 kropli 3 razy dziennie przez 14 dni




I jeszcze mieszanka na tasiemca dr Edwarda Wawrzynika, farmaceuty współpracującego z ojcem Klimuszko.

Kwiat wrotyczu

Koszyczek rumianku

Ziele piołunu

Zioła w równych częściach wymieszać, zrobić odwar z łyżeczki ziół na szklankę wody. Pic po pół szklanki rano i wieczorem przez 3-5 dni.

………………………………

Opracowano na podstawie miesięcznika „Poradnik Uzdrawiacza” nr 5/2010

środa, 2 marca 2011

Dialogi emocjonalne, czyli w pogoni za Białym Królikiem


Królicza Nora jak wiemy jest formą pracy samego ze sobą, a dokładniej poznawania siebie, swoich matryc i rozliczania się z nimi, a następnie stawanie się i dojrzewanie by na końcu wyjść z Krainy Czarów, jako w pełni świadoma nowa osoba. Nowa nie znaczy ubrana w maski, które zmienia w zależności od potrzeb. Nie. Nie na tym polega praca ze sobą w Króliczej Norze.

Przede wszystkim Królicza Nora ma na celu poznania siebie samego i to dogłębnie. Poznanie swoich emocji, przyzwyczajeń, a przede wszystkim postrzeganiem siebie. Bez obwiniania. Tylko uświadomienie sobie, co, gdzie i przede wszystkim, dlaczego.

Od czego zacząć podróż przez Króliczą Norę? Od dialogów emocjonalnych. A jak to zrobić, postaram się wyjaśnić.

Dialogi Emocjonalne mają na celu poznanie własnych uczuć, przywar, słabości i emocji, które nie koniecznie ułatwiają nam życie, czy postrzeganie siebie i otoczenia. Prace nad tym zaczynamy od wypisania na kartce (lub w komputerze) cech, których w sobie nie lubimy, czy które uznajemy za przeszkody we własnym rozwoju. Np. niskie poczucie własnej wartości i niska samoocena, zazdrość, szybkie wpadnie w gniew, chęć udowadniania sobie lub innym czegoś, lenistwo, pycha, chciwość, pesymizm, itd., itp. Tu ważne jest, aby być wobec siebie do bólu (dosłownie) szczerym, ale obiektywnym. Pamiętajmy, że nie chodzi o wpędzanie siebie w poczucie winy, czy zdołowaniem siebie, a uświadomieniem sobie siebie samego. A to też nie lada wyczyn, bo czasem najgorzej przyznać się do pewnych rzeczy przed sobą samym. W tym wypadku jednak jest to konieczne.

Kolejnym krokiem jest powiązanie pewnych cech ze sobą. W naszym przykładzie może to być np. niskie poczucie własnej wartości i chęć udowadniania wszystkiego, wymądrzanie się. Łatwo tu zauważyć, że jedno wynika z drugiego. A do czego prowadzi? Najczęściej do bezsensownej pogoni za czymś, co nie jest tego warte, do podnoszenia swego ego a także do frustracji, bo wciąż będziemy w swoich oczach uważać się za kogoś gorszego, brzydszego, głupszego itd. I wpadamy w błędne koło, bo cokolwiek nie zrobimy, zawsze będziemy widzieć, że inni mogą, mają, potrafią więcej. Nie zobaczymy zaś swoich zalet.

To tylko przykład, a tak naprawdę chodzi o to by się uporać z tym, co nas boli, jak to mówią. Dlatego ważne jest by szczerze i uczciwie stanąć twarzą w twarz ze sobą.

Kolejnym etapem po wypisaniu tych cech oraz w miarę możliwości powiązania ich ze sobą, jest to, co ja nazywam praca detektywa. Polega to na dokładnym analizowaniu każdej z cech poprzez zadawania pytań. Dlaczego zabawa w detektywa? Bo tu cechę, emocję czy słabość traktujemy jak miejsce zbrodni i szukamy sprawcy przepytując wszystkich, czyli w tym wypadku poddajemy dogłębnej analizie, co, jak, dlaczego, kiedy. W naszym przykładzie mamy niską samoocenę i np. pytamy, dlaczego postrzegamy siebie w ten sposób, co może być przyczyną – tu trzeba najczęściej sięgnąć do dzieciństwa i relacji, jakie mieliśmy lub nie mieliśmy w domu, w szkole, itd. W tym wypadku tez ważne jest by nie szukać winnych i powiedzieć np. że to rodzice bo wciąż mnie do kogoś porównywali i nigdy nie dostrzegali moich dobrych stron, ocen, wyników sportowych itd. Nie szukamy winnych tylko świadomości, bo jeśli znajdziemy przyczynę swoich frustracji, kompleksów i leków, a tak naprawdę o to w tym chodzi, to już więcej jak polowa sukcesu za nami.

A teraz kilka przydatnych być może pytań w pracy z dialogami emocjonalnymi:

Zacznijmy od przywołania w pamięci sytuacji, kiedy zachowujemy się tak, a nie inaczej, w opisywanym przykładzie np. kiedy nasze poczucie własnej wartości leci na łeb na szyję. Opisz w tej sytuacji, co powoduje te odczucia, jakie wówczas emocje tobą targają, co myślisz o sobie i co myślisz, ze inni myślą o tobie i dlaczego właśnie tak? Jeśli czujesz się gorszy(a) to dlaczego? Jakie słowa, gesty czy sytuacje wywołują w tobie te uczucia? Czy ma to związek z jakąś (jakimiś) sytuacjami w przeszłości? A jeśli tak to, z jakimi? Jakie słowa cię ranią i dlaczego?

Kiedy już uświadomimy sobie skąd, dlaczego, jak i co, przyjdzie pora na chyba najtrudniejszy etap Króliczej Nory, a mianowicie zmierzenie się ze swoimi lękami.

Ale o tym następnym razem.

niedziela, 27 lutego 2011

Medytacja Kury Domowej

Obraz medytującej osoby, siedzącej w pozycji lotosu lub po turecku, o spokojnym obliczu, przymkniętych powiekach, na stałe zagościł już w naszej świadomości. I to na tyle mocno, że wiele osób uważa, że do medytacji potrzebna jest cisza, spokój, stosowna muzyka czy pozycja medytacyjna.

Owszem, miło jest, kiedy mamy te wszystkie dodatki. Jednak ich brak nie wyklucza możliwości zagłębienia się w siebie.

Nie sztuką jest medytować w ciszy, spokoju, niedziałaniu. Buddyjski mnich pogrążony w sobie, może się zanurzać we własnej duszy i w duszy wszechświata, bez ryzyka, że wyrwie go z tych głębin dziecko, telefon, obowiązki domowe. Taki mnich może sobie trwać w lotosie i medytować. A my? W wirze i natłoku codzienności, jaką mamy szanse na zagłębienie się w sobie?

Mamy i to sporą.

Medytacje rządzą się pewnymi regułami i zasadami, ale kto powiedział, że konieczny jest do tego buddyjski klasztor czy samotnia? Kto zabroni medytowania podczas mycia naczyń, prasowania, czy szorowania podłogi?

My kobiety sporo czasu poświęcamy praca domowym. Dlaczego nie połączyć obowiązków z chwilą dla siebie? Pewne prace domowe wykonujemy machinalnie, automatycznie. Ten czas można spożytkować także na medytację. Szorując podłogę skup się na sobie i swoich uczuciach. Co czujesz odkurzając? Czy te domowe obowiązki sprawiają Ci przyjemność? A może przeciwnie, irytują Cię i robisz to, bo musisz? A jeśli tak, to czy naprawdę musisz? Co się stanie, jeśli raz nie odkurzysz? Nie umyjesz naczyń? Nie wypierzesz? Mąż będzie niezadowolony? Skąd masz taka pewność? Ponieważ raz jeden był? A czy tamtego dnia nie było innych czynników, które mogły spowodować jego niezadowolenie?

A czy myjąc naczynia, piorąc, zanurzając ręce w misce z wodą, przy myciu podłogi, zastanawiałaś się nad istotą wody? Jak jest, czym jest, jakby było nią być? Analizowałaś, choć raz naturę kropli wody? A dlaczego by nie?

Podczas codziennych obowiązków, zajęć, często zdarzają nam się chwilę, w których nie wymaga się od nas koncentracji i uwagi. Jadąc do pracy tramwajem czy autobusem, wykonując domowe zajęcia, leżąc wieczorem w łóżku, możesz swobodnie pozwolić płynąć swoim myślom. I tak to robisz, choć nieświadomie.

Każdego dnia nasz mózg bombardowany jest milionami informacji, z których tylko około 2000 dociera do naszej pełnej świadomości. Reszta staje się ledwie dostrzegalnym tłem, paprochem w kącie za wersalką. Nasze myśli, płynące strumieniem cały dzień także w większości są niedostrzegalne.

Czy kiedykolwiek wcześniej zastanawiałaś się, o czym myślisz myjąc naczynia? Gdzie jesteś Ty i Twoja dusza podczas szorowania toalety?

Rejestrujesz zapach środków czyszczących, Twój mózg analizuje to i oświadcza, ze jest to miły zapach, lub drażniący. Twoje dłonie analizują przez skórę temperaturę wody, fakturę materiału, z jakim się stykasz. Ale ile razy robiłaś to w pełni świadomie, zastanawiając się nad tym. Ile razy tak naprawdę byłaś w pełni świadoma tego, o czym myślisz, co robisz, co czujesz, w danym momencie. W momencie wykonywania prostych czynności domowych, w drodze do pracy, myjąc się, zasypiając?

Będąc kobietą, czy to młodą, jeszcze uczącą się, czy to mająca już swoją rodzinę, swoje niezależne życie i wynikające z tego obowiązki, nie musisz rezygnować z rozwoju duchowego, czy medytacji.

Nie musisz mieć pieniędzy i usprawiedliwiać się brakiem czasu na odbycie podróży w głąb siebie. Masz go na to aż nadto. Wystarczy tylko chcieć. Mieć odwagę spojrzeć w duszę.

Pamiętaj, to co jest ma wpływ na to, co będzie. Tylko od Ciebie zależy, jak wygląda i będzie wyglądać Twoje życie. Jesteś z niego zadowolona? Fantastycznie. Pobaw się więc, w filozofa i przeanalizuj naturę kropli wody, lub spienionych baniek płynu do naczyń.

A może jednak coś w Twoim życiu nie jest takim, jakbyś chciała, aby było? Medytacja pozwoli Ci odnaleźć przyczynę usterki i da odpowiedź jak ją naprawić. A czasem pomoże odnaleźć w sobie odwagę by podjąć decyzję wprowadzającą zmiany.

Tak czy inaczej medytować warto. Bo trzeba zrobić coś dla siebie. Bez tego wszak nie zrobi się nic dla innych.

A i już nie możesz usprawiedliwiać się brakiem czasu czy pieniędzy. Rozwijać wnętrze, budzić duszę i medytować naprawdę można wszędzie. Trzeba tylko chcieć.

Pozdrawiam
Agnieszka "Szepcząca" Cupak

środa, 23 lutego 2011

Duchowośc dla twardzieli, czyli rzecz o ciemnej stronie rozwoju duchowego

O rozwoju duchowym zwykło się mówić i myśleć, jako o drodze pełnej spokoju, harmonii, akceptacji. Pierwsze skojarzenie to medytująca pełna wewnętrznego światła osoba. Kolejne to, już metody dochodzenia do tego wymarzonego oświecenia. I tu już mamy w czym wybierać, bo zarówno na rynku księgarskim, jak i w sieci oraz w bogatej ofercie centrów i gabinetów terapeutycznych jest tego wiele. Niemal każdy uzdrowiciel jest teraz trenerem rozwoju osobistego, przewodnikiem duchowym, lub nauczycielem medytacji. W księgarniach i w Internecie wybór pozycji i metod może przyprawić początkującego poszukiwacza Oświecenia, o zawrót głowy.

I tylko się z tego Cieszyc, gdyż warto robić coś dla siebie, szukać odpowiedzi, prawdy, szukać siebie. Nauczyć się żyć świadomie, zmieniać w sobie i otaczającym nas świecie wszystko na lepsze i bardziej przyjazne, to wspaniała rzecz. Zmiana postawy i postrzegania świata, siebie, czasem Boga, świadczy o naszej chęci poznania, a często sprawia, ze znajdujemy wreszcie ukojenie, spokój w duszy i umiemy Cieszyc się drobnostkami. Świat i życie nabierają barw i nic nam już nie straszne. Aż chciałoby się w tym miejscu krzyknąć: Tak Trzymać!

I wiele osób, po przeczytaniu kilku publikacji, wysłuchaniu kilku terapeutów czy przewodników duchowych, zakupieniu książek o technikach medytacyjnych, pozytywnych skutkach wybaczania, o uświadamianiu sobie siebie itd., z ufnością dziecka i nadzieję, ze teraz będzie już tylko lepiej zaczyna swój rozwój duchowy.

I tu mogą zacząć się przysłowiowe schody, bo obiecywano, ze będzie pięknie a tu nagle zafundowaliśmy sobie piekło na ziemi. Bo, nikt nie uprzedzał, że porządek czasem rodzi się z chaosu, a ten czasem by pokonać, trzeba stać się twardzielem.

A taka niestety jest prawda, że rozwój duchowy, gdzie na ścieżkach i bezdrożach zdobywamy wiedze o sobie, uświadamiamy sobie siebie i otaczający nas świat, prowadzi do zmian nie tylko w nas ale i w naszym otoczeniu. Zmiany w nas i naszej świadomości, niczym przewrócone klocki domina pędzą do samego końca, przewracając jedno po drugim. I nagle okazuje się, że zamiast harmonii i spokoju mamy w domu awantury, groźby rozwodu czy rozstania z partnerem, zaczyna nam się „sypać” w pracy czy w szkole, tracimy jednego po drugim znajomych, a jakby tego było mało, przydarzają nam się czasem dziwne i trudne sytuacje w codziennym życiu. Ale to nie koniec, bo co gorsze, zaczynamy też dostrzegać w sobie rzeczy, do których przyznać byśmy się nie chcieli. Ale już się nie da zastosować spychologii i trzeba wziąć odpowiedzialność za czyny, słowa, postawy i działania. Rozliczyć przeszłość, poczuć teraźniejszość i zacząć tworzyć przyszłość. Czasem nawet od zera, od podstaw, od siebie… A to bywa bolesne i brutalne. Emocje targają naszą duszą, z żalu chce się wyć, jak śpiewał Perfect, i zaczynamy się dusić w tym, w czym aktualnie tkwimy. A miało być tak pięknie.

I może być. Tylko trzeba wytrwać, okazać się twardzielem.

Rozwój duchowy to praca przede wszystkim nad sobą, nad własnymi emocjami, nad lekami. Pokonanie lęków, które zbierały się w nas od najmłodszych nie jest drogą łatwą i przyjemną. Bo aby takie „bolączki” przerobić i odciąć się od nich, trzeba często stanąć z nimi twarzą w twarz. A to bywa naprawdę przykre.

Mimo to warto. Warto zmierzyć się ze sobą, swoją przeszłością i matrycami, które w nas wbito, lub które sami w siebie wbiliśmy, a potem je odrzucić i zmienić na takie, które uczynią z nas osobę jak z okładki książki o rozwoju duchowym.

Ważne tez jest, by mieć świadomość tego, że droga do samoświadomości, a tym bardziej do oświecenia bywa trudna. Że przyjdą chwile zwątpienia, bólu, czasem będzie chciało się uciec jak najdalej od siebie od bliskich. Ale ważne by w tych najtrudniejszych chwilach nie poddać się. Bo najgorzej zostać z rozpoczętym remontem i całym towarzyszącym mu bałaganem, bez chęci zakończenia tego, co już się rozbebeszyło, wyburzyło i zdrapało.

Nie chcę też w tym miejscu nikogo zniechęcać do wejścia na ścieżkę rozwoju duchowego. To, że ktoś po drodze utracił majątek, prace czy rozwalił na Maksa swoje życie osobiste, nie znaczy, że nas też to spotka. Aczkolwiek może, jednak będę to w rezultacie zawsze sprawy wychodzące nam na plus. Zresztą takich drastycznych zawirowań nie ma aż tak wiele. Zwłaszcza jeśli do tej drogi rozwojowej zabierzemy się z głową i od podstaw. Mimo to decydując się na wejście w ten nowy świat, bądźmy gotowi także na trudy, jakie po drodze napotkamy. Ale wtedy nie zapominajmy, ze nagroda warta jest ceny.

A na zakończenie powiem, że na tych ścieżkach duchowości doświadczamy tylko tyle ile naprawdę jesteśmy w stanie znieść i co jest najlepsze dla nas. Tak, więc choć może czasem być ciężko, pamiętajmy, ze Twardziel jest w nas i damy rade, bo w końcu kto ma dać, jak nie my?

sobota, 5 lutego 2011

Żyć z uśmiechem

Większość dróg rozwoju duchowego mówi o życiu w radości, wręcz o konieczności bycia radosnym. Ludzie pustyni często mawiali, że „Smutek jest grzechem głównym”. Zen nakazuje ponoć dążyć do praktykowania szczodrości, przyjaźni, uśmiechu i radości.
Tylko jak tu się cieszyć i radować, kiedy życie wcale nas nie rozpieszcza?
W książce Henriego Brunela „Opowieść o kocie, mistrzu Zen” jest taki oto fragment:
„(…) właściwe dążenie wymaga od nas, byśmy zachowali uśmiech we wszystkich okolicznościach.
Gdyby każdy się uśmiechał, świat ukazałby inne oblicze. (…) Nie chodzi o to by nosić maskę, ale by odnaleźć w sobie źródła uśmiechu, radości”
W dalszej części tekstu mowa jest też o naszym nastawieniu i oczekiwaniu, bo faktycznie często mamy tendencję do nastawiania się na coś i planowania. Planować oczywiście czasem warto, choćby po to by realizować siebie i dążyć do swoich celów, ale też pozostać w tym elastycznym.
Sama po sobie wiem, jakie miałam nerwy i frustracje, kiedy coś sobie zaplanowałam i nastawiłam się, że właśnie tak będzie, a życie uparło się by te plany pokrzyżować. Ileż z tego potrafiło być nerwów, przekleństw, paskudnego humoru, który odbijał się na innych? Można się domyślić.
Dziś inaczej podchodzę do swoich planów i dążeń. Mam je, ale nie oczekuję. Jeszcze z tym uśmiechem w różnych sytuacjach bywa różnie, ale coraz więcej jest radości wewnątrz mnie.
A przy okazji oczekiwań to jeszcze jeden cytat z wspomnianej książki: „Wszyscy mamy nadzieję, że wydarzenia i inni dostosują się do naszych pragnień. Ale to, co się zdarza, jest nieprzewidywalne, a inni tańczą, jak im gra muzyka. Musimy żyć pogodzeni ze światem takim, jakim jest, otwarci na przyjęcie teraźniejszości, cudu danej chwili. Każda mijająca sekunda jest przejawem nieskończoności (…)”.
Wydaje mi się, ze to bardzo dobre słowa. Bo zobaczmy, jak wiele, zupełnie niepotrzebnych oczekiwań, wyobrażeń i pragnień, spędza nam sen z powiek, zamiast radować nas tym, co w danej chwili dostępne.
Może, więc czasem warto nabrać dystansu do siebie i świata, cieszyć się tym, co mamy, a nie zalewać żółcią z powodu tego, czego nie mamy, lub co gorsza, co maja inni.
Życie jak wiemy, potrafi nam przynieść przykre niespodzianki. Myślę, jednak, że czasem, zwłaszcza w tych błahych sprawach, potraktować to, jako przygodę. Nie jak dopust boży.
Oczywiście nikt nie wymaga od nas, by powstrzymywać łzy, kiedy te same się do oczu cisną, ale czasem warto. Bo jak spojrzymy z perspektywy czasu nawet na te duże przykrości czy wręcz „nieszczęścia”, jak lubimy je nazywać, może okazać się, że była to najlepsza rzecz, jaka nam się przytrafiła. Albo mało istotna, sprawa, której już dziś nie pamiętamy, poza tym, ze tydzień chodziliśmy przez nią jak struci.
I oczywiście rzeczy… Oczywiste, że tak się wyrażę. Są sprawy, które i tak się staną, choćby śmierć, są takie, na które nie mamy wpływu. A dużo łatwiej i lepiej pogodzić się, czy coś zaakceptować, zachowując w sobie pogodę ducha.
I świat jest dużo piękniejszy, a ludzie milsi, kiedy mamy w sobie pogodę ducha.
A podsumowując pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z przytoczonej już książki.
„Jednaka droga, czy ze śmiechem przemierzysz ją, czy z płaczem”.
………………………………………
Bardzo polecam książkę Henriego Brunela „Opowieść o kocie mistrzu Zen”. Oto krótka notka o książce: „Opowieść o kocie, mistrzu zen to książka dla buddystów i kociarzy, dla buddystów-kociarzy oraz dla wszystkich zmęczonych życiem w dobie późnego kapitalizmu. Jej bohaterem jest Koyabashi, który wraz ze swym uczniem Tanedą wędruje do świątyni w Edo (dawna nazwa Tokio), po drodze objaśniając mu w przystępny i zabawny sposób najważniejsze prawdy buddyzmu zen.”.