wtorek, 15 kwietnia 2014

XXX [cykl "Ja Szamanka"]

Ja Szamanka wywołuję wilki z lasu;
stawiają się na ten zew
Zwartym szeregiem.
Waderze wiernym.

Oddaję im moc panowania nad burzą.
O czasie nie ja ją wezwę dzikim wyciem.

Dzieciak z papierosem,
śmieje się pogardliwie w twarz świata.
„Takie czasy, mała” woła
rzucając kamieniem w Księżyc.
Jest ślepy na chichot
demona za plecami.

Duchy Śmierci chwytają nić życia.
Papieros zgaśnie w dłoni dzieciaka.
„Takie czasy, mały” zawoła demon
Rzucając czerń w Duszę.
Jest ślepy na chichot
anioła za plecami.

Czerwony Księżyc  wznosi się nad wodą.
Zapięty w cień Ziemi
Krew barwi kły polujących wilków.

Ja Szamanka otulam światłem
Szukających Źródła.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Baśń o dziewczynie z lasu i rzeźbiarzu.




[To jest specjalna dedykacja dla Meltris, za oczyszczenie i inspirację]

Historia ta zdarzyła się w zamierzchłych czasach, gdy ludzie i duchy żyli obok siebie, dzieląc ziemię i szacunek do niej między siebie.
Na skraju gęstej puszczy powoli rozrastała się osada, zwana przez mieszkańców Pasiecznem, gdyż wielu z nich miało swoje pasieki i barcie, a miody słodkie były ich płynnym złotem.
Ale nie tylko z produkcji miodów żyli mieszkańcy Pasieczna. Uprawiali poletka na skraju puszczy, polowali, wyrabiali garnki, a kowal nie tylko konie podkuwał ale i z metalu cuda czynił.
Żył też w osadzie rzeźbiarz Robin, który więcej czasu w puszczy spędzał niż w domu. Od najmłodszych lat między drzewami inspiracji szukał, słuchał duchów i za ich radą dłutem czarował. Dzięki nim też poznał dokładnie drewnianą strukturę, wiedział jak deski układać by trwałość i urodę uzyskać. Spod jego palców magiczne rzeźby, amulety ochronne i meble pięknie rzeźbione wychodziły. Barcie dla pszczół ozdabiał, w gankach liście i owoce rzeźbił, wyczarowując piękne zdobienia. Postacie bogów z drewna do Chramu strugał, a jak trzeba było to i roboty ciesielskie wykonywał. Ale najszczęśliwszy był gdy w puszczy znikał. Tam drewna na figury i amulety szukał, zawsze tego, które znalazł, nigdy sam żadnego nie ścinał.

Co tam robił, co śpiewał przy pracy, nikt nie wiedział, ale zawsze wracał z oczami pełnymi blasku.
Lata mijały, osada rosła, ale Robin mieszkał w chacie sam. Panny, które przychylnie na niego za młodu patrzyły, dawno już za mąż wyszły i matkami zostały, a Robin też jakoś o żeniaczce nie myślał.
Brat jego, Armin Kowal wciąż nad tym ubolewał.
- Lata ci płyną bracie, kto się o ciebie na starość zatroszczy? – Martwił się. Robin tylko się uśmiechał i w puszczy na dłużej znikał. Potem wracał z błyskiem w oku.
Brat jednak nie poddawał się łatwo i razem ze swoją żoną swatów na Robina co rusz nasyłali. A Robin na coraz dłużej do puszczy uciekał.
Zdarzyło się jednak tak, że pewnej wiosny Robin zaniemógł. Gorączka go zmogła, kaszel chwycił i nie mógł do puszczy ruszyć. Szwagierka zaraz zupy pożywnej nagotowała i pierzynę drugą przyniosła. Ale Robin czuł się coraz gorzej. W gorączce majaczył, powtarzając jedno słowo: „Meltris”, jakby czyjeś imię wołał. Armin najstarszego syna po znachora posłał do sąsiedniej wsi.
Późny był już wieczór gdy ktoś zaczął się stukać w drzwi chaty rzeźbiarza, jakby drewnianym kosturem. Armin wyszedł na ganek. Jednak zamiast znachora ujrzał dziewczynę młodą. Piękna była, jak żadna znana mu panna, w sukni zielonej, i białym naszyjniku z akacjowych kwiatów.
- Jestem Meltris. – Powiedziała i nie czekając zaproszenia weszła do chaty. Usiadła na łóżku obok chorego, dłoń mu na czoło położyła i cicho coś szeptać zaczęła, w nieznanych słowach. Robin od razu przestał w gorączce majaczyć, a nawet lekko się uśmiechnął i w sen uzdrawiający zapadł.
- Kim jesteś? Uzdrowicielką? – Spytała żona Armina, zdumiona tymi czarami.
- Uzdrowicielką? Tak… Tak, właśnie. Zostanę z nim teraz, idźcie i nie bójcie się. – Powiedziała Meltris. Armin i jego żona rankiem przyszli do Robina wraz ze znachorem, który dopiero dotarł do osady. Robin uśmiechnięty, choć jeszcze słaby, siedział na łóżku. Gorączka minęła, a kaszel lekko jeszcze tylko męczył. Meltris krzątała się po izbie, nieco niewprawnie, ale z uśmiechem.
- Chcieliście mnie swatać ale ja już mam panią mego serca. – Powiedział zdumionej rodzinie. – Meltris i ja od dawna żyjemy jak mąż i żona. W domu jej ojca w puszczy. Teraz jednak zgodziła się zostać ze mną tutaj i dom mój prowadzić.
I tak właśnie się stało, że Meltris zamieszkała w domu rzeźbiarza. Więcej jednak z nim po puszczy wędrowała, gdy on drewna i natchnienia dla swoich dłut szukał, niż w domu na męża czekała. Niektórzy ją dziką wojowniczką nazywali, bo nie raz myśliwi widzieli jak przez puszczę z łukiem pędziła. Pszczoły też do niej chętnie przylatywały i ani się obejrzano, jak przy domu rzeźbiarza barć pięknie zdobiona stanęła. Miodu tak słodkiego i zdrowego w żadnej pasiece nie miano.
Robin zaś pełen radości częściej w domu teraz niż w puszczy bywał.
Lata mijały, Meltris powiła syna i córkę. Dzieci rosły zdrowe i silne, podobnie jak matka i ojciec w puszczy lubiły bywać, a nie raz nawet znikały w niej na długie tygodnie. Rodzice mówili, że u dziadka, ojca Meltris uczą się wszystkiego o drzewach i puszczy.
Ludzie z osady przychodzili czasem do Meltris po rady różne i miód dla osłody. Bo przy niej nawet w starczych żyłach, krew zaczynała żywiej krążyć, energii ospałym przybywać. Ci, którym smutek i rozpacz w serce się wlały, odnajdywali przy niej radość.
Toteż nikt nie zwracał uwagi na to, że mimo upływu lat Meltris pozostawała młoda i piękna. Zauważyła to jedna szwagierka Robina i pewnej jesieni, zaprosiła Meltris na wspólne grzybobranie.
Gdy były już w puszczy, z dala od ludzkich uszu powiedziała.
- Wiem, że kochasz Robina tak samo mocno jak on ciebie, ale nie jesteś  człowiekiem. Zatem kim?
Meltris długo patrzyła w oczy kobiety, ale nie znalazła tam zawiści ani zdrady, a tylko troskę szczerą.
- Jestem Akacjową Driadą, córką Ducha Puszczy.
- I  mimo to zgodziłaś się przyjść między ludzi, zamieszkać w chacie mężczyzny i wieść życie śmiertelniczki?
- Pokochałam Robina, byłam mu już żoną gdy tylko wiek męski osiągnął. I za nim poszłabym wszędzie.
- Nawet w śmierć?
Maltris zamyśliła się i posmutniała. Widziała, jak zmieniał się jej ukochany, jak z wiekiem słabł. Widziała też jak odchodzili ludzie i drzewa, ale ci pierwsi byli tu krótkie chwile, które dla drzew zdawały się tylko westchnieniem. Nie myślała wcześniej o tym, że i Robin też zgaśnie tak szybko. A przecież jego głowa była już biała, twarz znaczyły siatki zmarszczek, a dłonie drżały już gdy trzymał dłuto. Zaszkliły się jej oczy, ale poczuła jeszcze większą miłość do niego.
- Tak… - Powiedziała cicho. – Gdy jego czas nadejdzie, pójdę za nim. I chronić będę by jego dusza nie wróciła błąkać się samotnie między światami. Snu jego wiecznego strzec będę.
Kowalowa uściskała dziewczynę serdecznie.
Kilka lat potem, Robin zgasł spokojnie u boku swej leśnej żony. Meltris dopełniła wszystkich ludzkich rytuałów, wraz z dziećmi i mieszkańcami osady. Po pogrzebie została nad mogiłą Robina. Nie dotarła jednak na stypę. Nie wróciła też do domu, ani nawet do osady.
Żałobnicy, którzy poszli jej szukać znaleźli jednak rozłożystą akację, wyrosłą nagle nad mogiłą Robina Rzeźbiarza. Odurzała aromatem kwiatów, kolcami zaś odstraszała intruzów, jakby ochronić chciała mogiłę, tego, którego ukochała.
Jakiś czas później z osady wyjechały także dzieci Meltris i Robina. Były już dorosłe i pojechały w świat szczęścia szukać. Ich losy splotły się z losami ludzi, którzy ukochali drzewa, dając początek wielkim rodom. Można ich poznać po herbach akacjowych i miłości do drzew.
Agnieszka „Wierzba” Cuapk

sobota, 12 kwietnia 2014

Baśń o młodym Granie i obrońcach grodu


W dawnych czasach, gdy góry były młode, a morza cofały swoje wody, na gładkie wzgórza przywędrowali ludzie. Złożyli ofiary miejscowym duchom i założyli na zboczach gór grody, osady i wioski. Pracowali ciężko, szanowali Duchy i Bogów, bawili się całym sercem i potrafili śmiać się szczerze.
Byli pokojowo nastawieni do świata, nie w głowie mieli wojny, podboje i grabieże. Zadowalali się tym, co wyszło z pracy ich rąk, nie czuli potrzeby posiadania czegoś więcej. Matka Natura, Duchy i Bogowie dawali im dość by mieli gdzie ukryć się przed burzą i nie czuć głodu.
Ojcowie uczyli synów myślistwa i łowiectwa, matki córkom zdradzały tajniki tkania i gotowania, szamani przekazywali słowa duchów, a kapłani składali ofiary bogom. I wszyscy wrastali w zasiedlone ziemie. Przybywało kurhanów i pieśni, które uczyły młodych jak żyć uczciwie i godnie. Przybywało też dzieci, które wnosiły nową energię do społeczności.


Jednak świat w miejscu nie stał. Wokół gór i pagórków powstawały nowe osady. Plemiona jednoczyły się w coraz większe kraje. Zwłaszcza jeden szybko wzrastał w potęgę i siłę. Był to kraj ludzi ze Wschodu, rosłych i silnych, którzy ponad pracę bardziej ukochali szczęk broni. Pod wodzą swego księcia, który kazał zwać się Karlem Silnym, najeżdżali coraz to inne osady i grody. Kto im się sprzeciwił ten kończył marnie.
Armia Karla Silnego posuwała się stopniowo w stronę gór siejąc strach i śmierć.
W końcu dotarła do wielkiego grodu, znajdującego się na samotnej górze. Dziwne to było miejsce, pełne magii i duchów. Zboczy gór nie porastały ani drzewa ani krzewy, jedynie trawy i kwiaty. Żyzne gleby mieszkańcy obsiali zbożem, z którego zbierano obfite plony. Teraz jednak gdy wroga armia zbliżała się do nich, łany zbóż i aromatyczne kwiaty nie były w stanie dać ochrony mieszkańcom.
Gdy gońcy przynieśli wieści, że ostatnia osada z przedgórza padła pod mieczami Karla Silnego, mężczyźni z grodu zebrali się na wiec. Wszyscy, którzy już warkocz chłopięcy w ogień oddali i do grona męskiego po rytuale weszli mieli prawo się wypowiedzieć. Debatowali więc długo jeszcze po zachodzie słońca, zastanawiając się co zrobić. Byli myśliwymi, rybakami i rolnikami, nie wojownikami. Ale żaden z nich nie chciał pozwolić by ich matki, siostry, żony i dzieci zginęły lub popadły w niewolę.
Najbardziej żarliwie nawoływał do obrony młody Gran . Wiosną dopiero do męskiego grona wstąpił, ale hartu ducha, odwagi i siły mu nie brakowało. Był dumą ojca i matki, a dla brata wzorem. Teraz na wiecu, gdy wielu ze starszyzny nawoływało do opuszczenia grodu i ucieczki, on kipiał energią i zachęcał do obrony.
- W tej ziemi od pokoleń leżą prochy naszych przodków! – Zawołał, gdy nadszedł czas jego głosu. – Duchy tej ziemi nas karmią i dają schronienie od wielu pokoleń. Nasi bogowie tu nas przywiedli, a ojcowie tutaj domy zbudowali. Tchórzostwem byłoby teraz tę ziemię porzucić! Choćby i zginąć nam przyszło, krew przelać, nie możemy uciekać! Pora nam za miecz chwycić i bronić tego co kochamy! Ziemi i ludzi, którzy sercu drodzy.
- Gran chłopcze, odważne to i szlachetne co mówisz. – Odezwał się najstarszy z mężczyzn. – Ale nie jesteśmy wojami. Nie umiemy walczyć. Jak więc nam bronić grodu w polu szczerym, gdy nawet drzewo ochrony nam nie da?
- Nasi szamani i kapłani duchom i bogom ofiary złożą za przychylność i pomoc w walce. Wierzę, że domy i ziemię obronimy. Nasz gród nie zginie, a bracia i siostry przetrwają wolni. Spytajmy szamanów, co Duchy radzą.
- Mądrze mówisz, Gran, choć krew masz jeszcze młodą. – Poparł syna ojciec. – Spytajmy szamanów. Ja zaś u boku syna stanę z łukiem i mieczem.
Głosy się podniosły, zwłaszcza młodzi do walki się zapalili.
O świcie posłano więc po szamanów.
Ci kości i runy rzucili, w wodę czystą spojrzeli i przychylność Duchów wywróżyli. Najstarszy z nich wyszedł na środek między innych i powiedział:
- Duchy nie chcą tych ziem oddać Karlowi Silnemu, bo on braterstwa z Matką Ziemią nie szanuje. Jednak walka z nim nie będzie łatwa. Gród przetrwa, ale ci co na zbocza góry z bronią wyjdą, do domu nie wrócą. Ich krew stanie się złotem tej ziemi. A teraz słuchajcie co Duchy nakazują by gród obronić.
Szaman zaintonował pieśń a potem wręczył każdemu, kto znalazł w sercu odwagę by za miecz chwycić, ziarno magiczne, które od Duchów dostał.
Następnego dnia już z daleka widać było groty na drzewce nabite i stal mieczy armii Karla Silnego. Posłańcy najeźdźców z daleka krzyczeli wezwania do poddania się. Jednak mężczyźni z grodu nie poddali swoich domów i choć wiedzieli, że do nich nie wrócą, ruszyli wrogiej armii na spotkanie.
Otarli łzy pożegnania, ucałowali żony, matki i córki, synom opiekę nad rodzinami powierzyli i w bój ruszyli.
Gran matkę ucałował, ona zaś w ramionach długo syna tuliła. Nie chciała puścić w bój. Brata młodszego, który jeszcze warkocz chłopięcy zaplatał, uściskał i amulet odwagi mu wręczył. W końcu jednak za ojcem i dziadkiem ruszył i u ich boku w pierwszym szeregu obrońców stanął.
Poczuł ukłucie strachu w sercu gdy na ogrom armii wroga spojrzał, zaraz jednak się otrząsnął. W myślach bogów i duchy o odwagę poprosił. Od razu z samej ziemi, w którą głęboko korzenie zapuścił, moc w niego wpłnęła.
Nie miał jednak wiele czasu, gdyż wróg już ruszył w ich stronę. Wojownicy Karla Silnego z głośnym krzykiem rzucili się na obrońców. Ci jednak stali niewzruszenie, czekając z obnażonymi mieczami i wycelowanymi łukami na odpowiedni moment. W zupełnej ciszy i skupieniu.
Ta cisza zdezorientowała nacierającą armię. Wojownicy zwolnili bieg pod górę i przestali tak krzyczeć. Ale mieczy nie schowali i wciąż się zbliżali do linii obrony.
Gran odwrócił się na moment i spojrzał na matkę i brata, stojących na blankach murów obronnych grodu, potem spojrzał w niebo. Uśmiechnął się do słońca i wsunął do ust magiczne ziarno, które dał im szaman.
Podobnie uczynili pozostali obrońcy. I w tej samej chwili tuż przed mieczami najeźdźców zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Tam gdzie jeszcze przed chwilą stali mieszkańcy grodu, teraz wyrastały drzewa. Silne i zwarte, o mocnych gałęziach najeżonych igłami. Nacierający mieczem ani kopią nie zdołali przedrzeć się przez gęsty las. Tam zaś gdzie zostawili rany w korze drzew, zaczynała się sączyć lepka żywica, zatrzymując tych, którym udało się przedrzeć za drzewa. Gdy tylko ich dotknęła zamieniali się w kępy suchych traw.
Pozostali widząc to, rzucali miecze i uciekali w popłochu. A drzew przybywało z każdą chwilą. Tworzyły już gesty las wokół grodu.
Karl Silny nie czekał dłużej. Przeraził się na widok tego co zobaczył. Nie chciał też ryzykować, że cała jego armia zamieni się w kępę traw.
W ten sposób mieszkańcy grodu, a między nimi młody Gran uchronili swoją ziemię i swoje rodziny. Sami jednak na zawsze pozostali zamienieni w las świerków, nazwanych tak od imienia młodego Grana.
Żywica drzew stała się dla mieszkańców grodu ich złotem, bo z niej, jak i z igliwia drzew robiono leki i maści, które kupcy sprzedawali w dalekich krajach. Świerki zaś dodawały ludziom odwagi i otuchy. Chroniły rodzime ziemie od złych duchów. I chronią do dziś, wszystkich, którzy potrafią usłyszeć w ich szeptach odważny głos Grana i reszty obrońców grodu.
Agnieszka "Wierzba" Cupak


.................................
Obraz autorstwa Dana Irving

środa, 9 kwietnia 2014

BAŚŃ O AMBER, KTÓRĄ KOCHAŁO SŁOŃCE


Było to dawno temu, za górami i lasami, nad skalistym brzegiem morza, kiedy lód i śnieg cofnęły się na daleką Północ. Z pierwszym ciepłym powiewem przybyli osadnicy z Południa. Spodobało im się to miejsce i postanowili zbudować tu osadę. Z czasem osada rozrosła się do wielkości miasteczka, wokół, którego wyrosły wioski. Ludzie byli tu pogodni. Pracowali ciężko ale z uśmiechem. Orali ziemię i siali zboża. Tkano delikatne tkaniny, zbierano owoce i zioła. Dni mijały spokojne i ciche. Za to w czasie świąt ucztowano hucznie i wesoło dzieląc się plonami z bogami, w tym z ulubionym - Bogiem Słońce. On zaś ogrzewał ich serca.
Stało się też tak, że podczas świąt Letniego Przesilenia Bóg Słońce ujrzał na leśnej polanie tańczącą dziewczynę. Miała na imię Amber i była córką miejscowego Żercy. Jej taniec zachwycił go wdziękiem i lekkością, zauroczyły modre oczy i włosy złote, jak jego promienie. Nocami wyczekiwał chwili gdy wyruszy na nieboskłon by móc na Amber popatrzyć.
Ona zaś czekała gdy pojawi się na niebie na złotej tarczy.
Rok nie minął od czasu gdy Bóg Słońce pierwszy raz ujrzał Amber, a już jej miłość ofiarował. Ona zaś przyjęła to z radością i jeszcze piękniej tańczyła dla niego.
Bóg Słońce tak był Amber oczarowany, że obdarzył ją przywilejami, jakimi jedynie bogowie i Duchy Ziemi się szczyli. Toteż Amber poznała tajemną mowę Matki Ziemi, Ojca Oceanu, rozumiała też szum Wiatru, myśli ptaków i zwierząt, szepty traw i drzew. I z darów tych korzystała, lekko przemierzając lasy, wyplątując króliki z wnyków i sideł, wskazując ptakom szlaki ich wędrówek i wyciągając wilkom ciernie z łap.
A ponieważ Bóg Słońce ukochał ją bardzo, zwolnił dla niej czas. Amber trwała piękna i młoda, choć wiek za wiekiem mijał. Ona jednak zachowała lekkość w tańcu i tylko modre oczy zdradzały mądrość płynącą z lat. Kochali ją ludzie i zwierzęta, duchy i drzewa.
Czas jednak dla świata w miejscu nie stał. Do rozrastającego się miasta przybywali kupcy z za mórz i gór. Przynosili wieści dziwne i opowieści niezwykłe. Niektóre ciekawe inne niepokojące.
Między nimi i takie, o ludziach, którzy zapomnieli o duchach świata i nie mieli kapłanów słyszących mowę Matki Ziemi. Bogowie ich okrutni i zimni byli, a serca w siebie zapatrzone.
Długo czekać nie trzeba było, jak ludzie ci do miasta przybywać zaczęli i niepokoje szerzyć.
Nie podobały im się biesiady świąteczne, rzeźby swoich bogów stawiali w świętych gajach i siłą kazali tubylcom cześć im oddawać.
Między nimi jeden był najzimniejszy, którego zwano Malumem Okrutnym. Był jednym z synów potężnego księcia ze Wschodu i dla niego nowe ziemie zdobywał. Teraz zajął miasto i gród prawowitego kniazia Bora Sprawiedliwego.
Bez zachowania tradycji ofiarnej Malum i jego ludzie polowali w lasach i łowili w rzekach. Za nic mieli prawa Matki Natury.
Podczas jednego z polowań Malum ujrzał tańczącą na polanie Amber. Zapragnął chciwie dla siebie dziewczyny o tak pięknym obliczu. Porwał więc ją na swego konia i uwiózł do grodu.
Ona jednak serce oddała Bogu Słońce i za nic nie chciała ulec okrutnemu najeźdźcy.
Malum jednak przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego w chciwości zapragnie. Toteż zagroził Amber, że jeśli nie zostanie jego żoną, zamknie ją w ciemnych lochach na zawsze, tak, iż nie ujrzy słońca po kres swoich dni.
Amber zapłakała, ale nie poddała się. Powiedziała Malumowi, że zostanie jego żoną, jeśli pozwoli jej w samotności spędzić dzień na modlitwach do swoich bogów. Malum niechętnie się zgodził lecz pozwolił udać się do dawnego Chramu. A ponieważ od ludzi się już dowiedział, dla jakiego Boga tańczyła, dał swój warunek. Zgodził się dać jej czas tylko od zachodu do wschodu Słońca. Zmartwiła się Amber, ale o swoje zawalczyć postanowiła mimo tego. I gdy tylko dotarła pod eskortą wojów do Chramu, wybiegła drugimi wrotami do lasu.
Wojownicy zauważyli jej zniknięcie i puścili się za nią w pogoń. Amber biegła przez noc, lekko i zwinnie, choć ostre kamyki kaleczyły stopy.
Nie zważała jednak na ból, tylko biegła przed siebie z nadzieją czekając świtu, gdy jej ukochany na niebo wyruszy i uratuje.
Ale pogoń była coraz bliżej, a wojownicy tak dziewczynę gonili, że zagonili ją na skraj stromej skarpy. Poniżej przepaści wzburzone morze uderzało o skały.
Amber upadła zmęczona i obolała na skraju przepaści. Widziała już nadjeżdżającego Maluma z zaciętym i złym wyrazem twarzy.
Zrozpaczona złapała kępkę traw i krzyknęła w języku Duchów i Bogów.
- Matko Ziemio, przyjmij mnie w siebie, tak bym wolną pozostała, a Słońce ukochane widzieć mogła.
I wtedy ziemia wokół zadrżała, uniosła się i strzeliła w górę słupami piasku. A gdy opadła w miejscu gdzie klęczała Amber, rosło drzewo piękne. Proste i smukłe, jak sama Amber.
Złość straszliwa Maluma chwyciła, gdy zrozumiał, że dziewczyna mu się wymknęła. Złapał za miecz i z furią się na drzewo rzucił. Wszyscy usłyszeli bolesny jęk gdy ostrze ścięło pierwsze gałęzie i uderzyło w pień. Wtedy jednak niebo rozświetliło się i Bóg Słońce wstąpił na niebo. Od razu zobaczył co się stało. I poczuł ból wielki, że serce mu krwawić zaczęło i krwawiło tak dzień cały aż do zachodu.
Malum zaśmiał się tylko i wyciągnął przed siebie tarczę z wizerunkiem swego okrutnego Boga. Ale Bóg Słońce był silniejszy, chwycił w słoneczne dłonie tarczę, a ta stopiła się jak lód. Metal zalał Maluma Okrutnego, a wtedy Bóg Słońce strącił najeźdźcę i jego wojów w otchłań oceanu.
Potem zbliżył się do drzewa zranionego i dotknął czule. Wtedy krew z ran zadanych mieczem z czerwonej zmieniła się w złotą i kapała do morza tworząc bursztyny, które od jej imienia amber nazywano.
Amber jednak nie mogła już się odmienić i na zawsze została zamieniona w drzewo. Ludzie nazwali je sosną. Z czasem wraz z Wiatrem nasiona jej po całej Ziemi poszybowały i kiełkowały tam gdzie upadały. A Słońce sprawiało, ze rosły silne przez wieki. I w piasku i w bagnach i na skalistych klifach.
Mieszkańcy różnych krain, choć bogów czcili innych, to jednak echo historii Amber w szumie iglastych gałęzi słyszeli. Czasem z herbatą w jej cieniu siadali, czasem przychodzili do niej po lek żywiczny, a czasem wystroić ją jak Zieloną Księżniczkę na święta.
Bóg Słońce zaś nigdy nie zapomniał swej ukochanej, a na znak bólu, jaki poczuł, gdy ją utracił już zawsze rozpoczyna i kończy swą podniebną wędrówkę czerwony, jak krwawiące z tęsknoty serce.

Agnieszka "Wierzba" Cupak



..................................................
Nie znam autora obrazu, ale jak ktoś zna to poproszę o nazwisko

sobota, 5 kwietnia 2014

Baśń o Orusie w czerwonych koralach



Dawno temu, kiedy Góry były jeszcze młode, żyła sobie pewna dziewczyna o imieniu Orusa. Była piękna, młoda i skora do zabawy. Ojcem jej był bogaty kupiec, który kochał córkę nad życie i rozpieszczał ją na każdym kroku. Z kupieckich wypraw przywodził jej najpiękniejsze stroje, drogie oleje do upiększania skóry i szlachetne kamienie dla ozdoby. Orusa cieszyła się tymi prezentami, ale szczególnie upodobała sobie czerwone korale, których całe sznury owijała wokół szyi. Oczy jej się i usta śmiały do chłopców gdy w tych koralach czerwonych tańczyła z innymi dziewczętami na pobliskich łąkach i górskich zboczach.

Matka ją wcześnie odumarła, a pod nieobecność ojca wychowywały Orusę ciotka i babcia.
Ciotka była zrzędliwa i wolała z babami po wsi plotkować niż opiekować się bratanicą. Babcia zaś więcej ludźmi się zajmowała, gdyż znachorką i uzdrowicielką  była, a przez wielu za wiedźmę uznana. Wnuczkę jednak kochała bardzo i podobnie jak ojciec pozwalała na wszystko.
Orusa dorastała więc w przekonaniu o swojej wyjątkowości. A, że była piękna i pełna temperamentu, bawiła się od rana do wieczora. Nie zważała na przestrogi ludzi, którzy radzili jej by się pracować nauczyła, zamiast tylko bawić się, stroić i w lustro spoglądać.
Gdy dojrzała do wieku, że chłopcy i dziewczęta razem w parach tańczą, wielu młodzieńców o jej uwagę zabiegało i do tańca prosiło. Bardzo jej się to podobało, bo lubiła być otoczona wianuszkiem przystojnych mężczyzn, których zazdrościły jej inne dziewczęta.
Czas płynął beztrosko i radośnie. Tańcom i zabawom nie było końca. Jednak żaden z tych, którzy tak figlarnie w jej modre oczy zaglądali, nie skłaniał się by o rękę Orusy poprosić. Do kapłana inne panny prowadzili i innym ślubowali przed obliczem bogów.
Orusie lat i sznurów korali czerwonych przybywało ale ona wciąż się stroiła i bawiła, nie zauważając, że jej adoratorzy dawno już żonami się opiekują, gospodarstwa pilnują.
Jednak pewnego dnia spoglądając w lustro ujrzała białe pasmo w swoich włosach.  Zdumiała się i wystraszyła. W tej chwili też zrozumiała, że czas w miejscu nie stoi. To czego nie widziała wcześniej zaślepiona swoją urodą strojną w korale teraz nagle dostrzegać zaczęła wyraźnie.
Wstała zdumiona i wyszła na ganek. Nie było już kawalerów przed drzwiami gotowych prawić jej piękne komplementy.
Orusa zrozumiała, że bawiąc się i pusząc przed lustrem zmarnowała młodość. Ojciec jej stary już był i z kupcami w świat nie jeździł. Ciotka umarła od zrzędliwości, dom zaś był brudny i zaniedbany.
Zapłakała Orusa i zrozpaczona w góry pobiegła do małej chatki, gdzie mieszkała jej babcia wiedźma. Tam opowiedziała o swoich błędach i rozpaczy. Korale czerwone szarpała, że ją do zguby i próżności przywiodły.
- Czasu nie cofniemy ani czarami, ani modlitwą. – Westchnęła babcia. – Próżniacząc się przed lustrem straciłaś młodość. Pychą i zarozumiałością przyjaciół nie zyskałaś, a lenistwem pracy i gospodarności się nie nauczyłaś. Nie płacz jednak, bo na naukę czas jest zawsze dobry. Żoną niczyją teraz nie zostaniesz, bo wszyscy już żony swoje mają. Możesz jak ja wiedźmą być i ludzki szacunek radą i dobrocią odzyskać. A korali czerwonych nie szarp, bo nie ich wina, że cię pycha i próżność zwiodły. Noś je z dumą i przekuj w pot krwawy własnej pracy, a szczęście ci przyniosą.
Orusa trochę jeszcze popłakała ale w końcu zgodziła się u babci późne nauki pobierać.
Rok nie minął jak się gospodarności nauczyła, dom ojca do porządku doprowadziła, chleb pachnący wypiekać umiała, a i ziół wiele poznała, co zdrowie ludziom wracały. I z dumą korale czerwone nosiła.
A ludzie powoli zaczynali zapominać jej dawne próżniactwo i pychę.
Z roku na rok Orusa piękniała, choć białych pasm we włosach przybywało.  Ale oczy jej i uśmiech teraz stawały się głębsze i dojrzalsze, jakby wraz z wiedzą i pracowitością nabierały mocy.
Ludzie w końcu całkiem zapomnieli o jej burzliwej przeszłości, za to chętnie do jej domu po rady, maści i zioła przychodzili. Orusa bowiem w sztuce uzdrawiania nawet swoją babcię wiedźmę przerosła. Nikomu też pomocy nie odmawiała. Czasem tylko nocami zapłakała nad swoją samotnością.
Pewnej wiosny, gdy Orusa skończyła lat 40, do jej domu zapukał strudzony wędrowiec. Był to kupiec, nie stary jeszcze ale i nie młody. Jego włosy siwizna poprószyła, jak pierwsze mrozy trawę w ogrodzie. Twarz miał od słońca ogorzałą, oczy błyszczące i roześmiane. Orusa wyszła do niego z dzbanem mleka, jak zawsze gdy przechodzący przez osadę kupcy do jej domu pukali by odpocząć i wieści ze świata przynieść.
Mężczyzna jednak zamiast napić się mleka, wpatrywał się w Orusę jak zaczarowany. W końcu poruszył się i powiedział:
- Matka moja gdy umierała powiedziała mi, że choćbym do późnej starości kawalerem miał zostać, nie wolno mi poślubić kobiety innej, niż ta, która z dumą czerwone korale nosi, bo ta szczęście mi przyniesie i wierności dochowa.
Orusa na te słowa zaśmiała się jak za młodych lat.
- Dom mój i serce moje zacnego kawalera także czekało.
Kupiec pojął Orusę za żonę. A ona mimo wieku późnego dała mu jeszcze syna zdrowego. Oboje doczekali się też wnuków.
Orusa dożyła aż 90 wiosen, szczęśliwa u boku męża. Do ostatnich chwil ludzi leczyła i każdemu dobrym słowem pomagała. A kiedy jej czas nadszedł przywołała do siebie najmłodszą wnuczkę, której także dano na imię Orusa.
-  Piękna jesteś i mądra, moja droga – Powiedziała do dziewczyny. – I nie jesteś próżna, ale gospodarna. Do nauki skora. Tobie zatem dam moje księgi. W nich znajdziesz zaklęcia magiczne i tajemnice ziół. Zachowaj je dla córki swojej i sama spisuj zaklęcia i wiedzę.
Dam ci też swoje korale czerwone, które zaślepiły mnie w młodości ale potem szczęście przyniosły. Podziel się nimi ze światem, bacz jednak aby najpierw mróz je pochwycił inaczej do zguby przywiodą.
- Co mam z nimi zrobić? – Spytała z przejęciem dziewczyna.
- Gdy miesiąc minie, jak moje ciało ogień przyjmie, zerwij korale ze sznura i rozsyp. Potem będziesz sama wiedziała co zrobić.
Tak się też stało i młoda Orusa zrobiła jak jej babcia kazała. Po roku przed jej domem, w ogrodzie, na polach i w lasach wyrosły małe drzewka. Wiosną zakwitły, a na jesieni obrodziły czerwonymi koralami.
Mała Orusa nanizała je na nici i ozdobiła szyję czerwonymi koralami. Kilka galązek zaniosła w bukiecie do kamienia pod którym prochy babci i dziadka pochowano. Nauczyła się też z korali jarzębiny leki dla ludzi robić, smakowite powidła i nalewki. Gdy pierwszy mróz chwycił zbierała czerwone owoce. Uczyła też ludzi, jak z drewna jarzębinowego amulety przeciw złym czarom robić, jak w magii korale stosować i jak dzięki nim zdrowie zachować.
A gdy i jej czas nadszedł swą wiedzę córce przekazała.
Potem już wszystkie kobiety z jej rodu jarzębonową magię ludziom niosły, zawsze strojne w czerwone korale.

Agnieszka "Wierzba" Cupak
-----------------------------------------
Obraz: George Henry "Jarzębina"

Baśń o odważnym Derwie

Baśń o Dębie

W zamierzchłych czasach, gdy ludzie i bogowie często przy tym samym stole biesiadowali i kiedy wszyscy jeszcze rozumieli mowę świata natury, żył pewien szlachcic. Cieszył się wielkim szacunkiem i poważaniem, gdyż był silnym i wielkim wojownikiem. Miał on sześć pięknych córek i jednego syna. Chłopiec był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a do tego urodził się wątły i słaby. Aby urok odczynić dano mu na imię Derw, drzewa, które choć niewielkie i słabe, to jednak zdrowe i twarde.
Ojciec martwił się o syna, ale chłopiec zdawał się mieć wolę życia jak mało kto.
Szybko dorastał, uczył się pilnie i marzył aby zostać wielkim wojownikiem. Jednak gdy o tym opowiadał śmiano się z niego. Derw bowiem z dziecka wyrastał na wątłego i słabowitego młodzieńca, do tego niskiego i o twarzy bladej, a nie rumianej jak jego rówieśnicy.


Najbardziej śmiał się z niego największy i najsilniejszy z chłopców Balcher.
Mimo tego Derw nie porzucił swoich marzeń. Choć miecz mu wciąż ciążył, a kolczuga przygniatała go do ziemi, ćwiczył od wschodu do zachodu słońca nie tracąc nadziei, że stanie się potężnym wojownikiem.
Odwagi mu nie brakowało, zapału i mądrości także. Toteż gdy osiągnął wiek męski udało mu się przejść tradycyjną inicjację. Sam upolował wielkiego dzika, spędził miesiąc w lesie i przeszedł boso przez ogień. Wrócił z uśmiechem, choć wciąż blady. Oddał ojcu i kapłanom swój warkocz chłopięcy i przypiął nóż do pasa.
Inni młodzi mężczyźni także przeszli swą inicjację i wstąpili w szeregi wojowników. Rada Starszych jednak uznała, że Derw powinien uczyć się u sztuki kapłańskiej i zapomnieć o mieczu.
Ale on miał swe marzenia i postanowił je spełnić, a nie iść drogą wyznaczoną mu przez Starszyznę.
Długo czekać nie musiał, gdyż w czasie letniego przesilenia, Król Nizin, któremu służył ojciec Derwa, obraził nieopatrznie Boga Burz, zapominając zaprosić go na biesiadę. W zamian ten porywczy pan piorunów uprowadził do swej górskiej twierdzy jedyną córkę Króla, śliczną Melys.
Zrozpaczony król obiecał rękę córki oraz swoje dziedzictwo temu z wojowników, który uwolni ją z rąk Boga Burz.
Wielu próbowało, ale nikomu nie udało się uwolnić ślicznej Melys. Wielu też zginęło od uderzeń gromu, gdyż Bóg Burz długo nosił urazę.
Derw także wyruszył w drogę, mimo, że ojciec i siostry prosiły go by zaniechał. Zwłaszcza, że nawet potężny Balcher, ten sam, który dokuczał małemu wojownikowi, wrócił ciężko ranny i przerażony tym, co w drodze go spotkało. A opowiadał rzeczy tak przerażające, że nawet słuchaczom krew w żyłach tężała. Derw jednak uparł się jechać, nie zważając na straszliwe potwory, które strzegły twierdzy Boga Burz. Jedna tylko matka pobłogosławiła go i na drogę dała kilka dobrych rad.
Po 7 dniach samotnej wędrówki Derw dotarł do podnóża góry. Była stroma a jej szczyt skrywały burzowe chmury. Poprawił ciężką tarczę, mocniej zacisnął pas z przypiętym mieczem i dziarsko ruszył przed siebie.
Minął zagajnik małych drzew rodzących żołędzie, z których jego matka parzyła pyszny i pobudzający napój. Nosił ich imię i jak one był drobnej budowy i wątły, ale nieugięty.
Wspinał się po zboczu góry pogwizdując wesoło. Po kilku godzinach dotarł do szerokiego strumienia. Wokół niego leżało sporo porzuconych tarcz i mieczy, a nawet bielały kości tych, których zabił strach. Derw wziął głęboki oddech i ruszył przez strumień. Był już w połowie drogi, gdy woda w strumieniu zawrzała i uniosła się tworząc przed nim taflę gładką jak lustro. Młodzieniec zobaczył w tym odbiciu małego, pokracznego człowieczka, z którego wszyscy się śmieją i wytykają palcami.
- „Ktoś taki mały i słaby nigdy nie staje się wielki. Uciekaj póki jeszcze i ciebie ratować nie trzeba”. – Śmiały się cienie w odbiciu.
Derw poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu ale zaraz wspomniał rady matki.
- Mały jestem, to prawda, ale potwory są wielkie i wielkich wypatrują. – Zaśmiał się. W tej samej chwili tafla wody opadła i strumień znów stał się płytki i spokojny.
Zbliżała się już noc, gdy zmęczony mały wojownik dotarł na polanę. Ujrzał tu wiele małych ogników, które zapalały się ukazując inny szlak na szczyt góry. W ich światłach zdawał się prosty i równy. Kobiety Iskry zaś szeptały.
- Mądry jesteś Derw, nie bałeś się, dlatego pokażemy ci drogę.
Wojownik już chciał iść za ich głosem ucieszony, że spotyka go nagroda za przejście strumienia, ale w porę przypomniał sobie rady matki: „Nie zbaczaj z obranej drogi, nawet gdy inna wyda ci się prostsza.” Ukłonił się Kobietom Iskrom i powędrował skalistą, ciemną drogą pod górę. Raz tylko spojrzał na ścieżkę wytyczoną ogniem, którą teraz z góry lepiej widział. Prowadziła do otchłani lawy i ognia, a zawrócić z niej się nie dało.
Kiedy zapadła noc groźne burzowe chmury wydawały się jeszcze większe. Derw jednak wszedł w nie bez wahania. Wcześniej jednak zostawił kolczugę i żelazną tarczę, jak doradziła mu matka.
Co chwilę natykał się na różne upiory, które chciały go zawrócić z drogi, albo wzbudzić w nim strach. Jednak Derw zawsze miał w zanadrzu mądrą radę od matki, własny spryt i inteligencję, a przede wszystkim odwagę i upór. Dzięki temu o świcie stanął pod bramą twierdzy Boga Burz.
- O Potężny Panie Piorunów i Błyskawic, przynoszę ci przeprosiny od Króla Nizin wraz z najsłodszym i najszlachetniejszym winem z jego piwnic, w darze. – Zakrzyknął głośno i wyciągnął z tobołka gliniany dzban, który dała mu matka.
Bóg Burz zdziwił się, że młodzieniec tak wątły, mały i blady dotarł aż tutaj.
- Musisz być dzielnym i odważnym wojownikiem, choć na takiego nie wyglądasz, skoro dotarłeś do mej twierdzy. – Powiedział. – Czyś nie spotkał w drodze potworów i upiorów, które miały cię zatrzymać?
- Spotkałem, Panie. Lecz były to tylko upiory moich własnych słabości. Cieszę się, że je spotkałem i poznałem. Zrozumiałem też czym są, a ta wiedza będzie mi długo służyć. Dlatego teraz mogę stać przed twym obliczem niosąc przeprosiny króla.
Bóg Burz uśmiechnął się i poklepał Derwa po ramieniu.
- Powiedz swemu królowi, że mu wybaczam. I na znak zgody, córkę mu oddaję. Zaś ty młodzieńcze podobasz mi się i dlatego naznaczę cię siłą, która objawi się światu, kiedy zgaśniesz. Będę też zawsze blisko przy tobie.
Derw skłonił się i podziękował za to dziwne błogosławieństwo Boga Burz. Zaraz potem zabrał piękną Melys do zamku jej ojca.
Król wyprawił im huczne wesele i ogłosił Derwa swoim następcą. Kiedy zaś odszedł do Kraju Przodków, mądry i odważny Derw został Królem. Rządził mądrze i sprawiedliwie, dawał przykład swoim dzieciom i poddanym. Nigdy się nie poddawał i odnajdywał siłę w chwilach, gdy nawet najwięksi i najdzielniejsi wojownicy upadali.
Był już siwym mędrcem kiedy i on zgasł dla świata odchodząc do Kraju Przodków. Na ceremonię pożegnania króla Derwa przybył sam Bóg Burz i w chwili gdy zagrały trąby heroldów uderzył w królewski grób piorunem. Na oczach żałobników z grobu zaczął wyrastać dąb. Nie był jednak słaby i wątły, jak wszystkie znane dęby, ale potężny i silny. Jego korona sięgnęła szczytów gór, a pień stal się potężny, że 10 wojowników trzeba było aby go objąć. Zrozumiano, że ich mały i wątły Król, był człowiekiem wielkim i potężnym. Od tego czasu wszystkie dęby są jak on, silne, olbrzymie i potężne. Ludzie widzą w nich siłę i niezłomność, szukają jej też, gdy im odwagi braknie, lub uporu. Slabi szukają w ich cieniu wsparcia. Zaś same drzewa korzeniami sięgają głęboko, czerpiąc siłę i mądrość z Matki Natury. Koronę noszą wysoko i dumnie, uśmiechając się do Boga Burz, który lubi posyłać im swe pioruny, aby być blisko małego, choć silnego i potężnego wojownika, który pokonał własne lęki na Górze Burz.

Agnieszka "Wierzba" Cupak





..................
Niestety nie znam autora wykorzystanej do baśni grafiki.