środa, 9 kwietnia 2014
BAŚŃ O AMBER, KTÓRĄ KOCHAŁO SŁOŃCE
Było to dawno temu, za górami i lasami, nad skalistym brzegiem morza, kiedy lód i śnieg cofnęły się na daleką Północ. Z pierwszym ciepłym powiewem przybyli osadnicy z Południa. Spodobało im się to miejsce i postanowili zbudować tu osadę. Z czasem osada rozrosła się do wielkości miasteczka, wokół, którego wyrosły wioski. Ludzie byli tu pogodni. Pracowali ciężko ale z uśmiechem. Orali ziemię i siali zboża. Tkano delikatne tkaniny, zbierano owoce i zioła. Dni mijały spokojne i ciche. Za to w czasie świąt ucztowano hucznie i wesoło dzieląc się plonami z bogami, w tym z ulubionym - Bogiem Słońce. On zaś ogrzewał ich serca.
Stało się też tak, że podczas świąt Letniego Przesilenia Bóg Słońce ujrzał na leśnej polanie tańczącą dziewczynę. Miała na imię Amber i była córką miejscowego Żercy. Jej taniec zachwycił go wdziękiem i lekkością, zauroczyły modre oczy i włosy złote, jak jego promienie. Nocami wyczekiwał chwili gdy wyruszy na nieboskłon by móc na Amber popatrzyć.
Ona zaś czekała gdy pojawi się na niebie na złotej tarczy.
Rok nie minął od czasu gdy Bóg Słońce pierwszy raz ujrzał Amber, a już jej miłość ofiarował. Ona zaś przyjęła to z radością i jeszcze piękniej tańczyła dla niego.
Bóg Słońce tak był Amber oczarowany, że obdarzył ją przywilejami, jakimi jedynie bogowie i Duchy Ziemi się szczyli. Toteż Amber poznała tajemną mowę Matki Ziemi, Ojca Oceanu, rozumiała też szum Wiatru, myśli ptaków i zwierząt, szepty traw i drzew. I z darów tych korzystała, lekko przemierzając lasy, wyplątując króliki z wnyków i sideł, wskazując ptakom szlaki ich wędrówek i wyciągając wilkom ciernie z łap.
A ponieważ Bóg Słońce ukochał ją bardzo, zwolnił dla niej czas. Amber trwała piękna i młoda, choć wiek za wiekiem mijał. Ona jednak zachowała lekkość w tańcu i tylko modre oczy zdradzały mądrość płynącą z lat. Kochali ją ludzie i zwierzęta, duchy i drzewa.
Czas jednak dla świata w miejscu nie stał. Do rozrastającego się miasta przybywali kupcy z za mórz i gór. Przynosili wieści dziwne i opowieści niezwykłe. Niektóre ciekawe inne niepokojące.
Między nimi i takie, o ludziach, którzy zapomnieli o duchach świata i nie mieli kapłanów słyszących mowę Matki Ziemi. Bogowie ich okrutni i zimni byli, a serca w siebie zapatrzone.
Długo czekać nie trzeba było, jak ludzie ci do miasta przybywać zaczęli i niepokoje szerzyć.
Nie podobały im się biesiady świąteczne, rzeźby swoich bogów stawiali w świętych gajach i siłą kazali tubylcom cześć im oddawać.
Między nimi jeden był najzimniejszy, którego zwano Malumem Okrutnym. Był jednym z synów potężnego księcia ze Wschodu i dla niego nowe ziemie zdobywał. Teraz zajął miasto i gród prawowitego kniazia Bora Sprawiedliwego.
Bez zachowania tradycji ofiarnej Malum i jego ludzie polowali w lasach i łowili w rzekach. Za nic mieli prawa Matki Natury.
Podczas jednego z polowań Malum ujrzał tańczącą na polanie Amber. Zapragnął chciwie dla siebie dziewczyny o tak pięknym obliczu. Porwał więc ją na swego konia i uwiózł do grodu.
Ona jednak serce oddała Bogu Słońce i za nic nie chciała ulec okrutnemu najeźdźcy.
Malum jednak przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego w chciwości zapragnie. Toteż zagroził Amber, że jeśli nie zostanie jego żoną, zamknie ją w ciemnych lochach na zawsze, tak, iż nie ujrzy słońca po kres swoich dni.
Amber zapłakała, ale nie poddała się. Powiedziała Malumowi, że zostanie jego żoną, jeśli pozwoli jej w samotności spędzić dzień na modlitwach do swoich bogów. Malum niechętnie się zgodził lecz pozwolił udać się do dawnego Chramu. A ponieważ od ludzi się już dowiedział, dla jakiego Boga tańczyła, dał swój warunek. Zgodził się dać jej czas tylko od zachodu do wschodu Słońca. Zmartwiła się Amber, ale o swoje zawalczyć postanowiła mimo tego. I gdy tylko dotarła pod eskortą wojów do Chramu, wybiegła drugimi wrotami do lasu.
Wojownicy zauważyli jej zniknięcie i puścili się za nią w pogoń. Amber biegła przez noc, lekko i zwinnie, choć ostre kamyki kaleczyły stopy.
Nie zważała jednak na ból, tylko biegła przed siebie z nadzieją czekając świtu, gdy jej ukochany na niebo wyruszy i uratuje.
Ale pogoń była coraz bliżej, a wojownicy tak dziewczynę gonili, że zagonili ją na skraj stromej skarpy. Poniżej przepaści wzburzone morze uderzało o skały.
Amber upadła zmęczona i obolała na skraju przepaści. Widziała już nadjeżdżającego Maluma z zaciętym i złym wyrazem twarzy.
Zrozpaczona złapała kępkę traw i krzyknęła w języku Duchów i Bogów.
- Matko Ziemio, przyjmij mnie w siebie, tak bym wolną pozostała, a Słońce ukochane widzieć mogła.
I wtedy ziemia wokół zadrżała, uniosła się i strzeliła w górę słupami piasku. A gdy opadła w miejscu gdzie klęczała Amber, rosło drzewo piękne. Proste i smukłe, jak sama Amber.
Złość straszliwa Maluma chwyciła, gdy zrozumiał, że dziewczyna mu się wymknęła. Złapał za miecz i z furią się na drzewo rzucił. Wszyscy usłyszeli bolesny jęk gdy ostrze ścięło pierwsze gałęzie i uderzyło w pień. Wtedy jednak niebo rozświetliło się i Bóg Słońce wstąpił na niebo. Od razu zobaczył co się stało. I poczuł ból wielki, że serce mu krwawić zaczęło i krwawiło tak dzień cały aż do zachodu.
Malum zaśmiał się tylko i wyciągnął przed siebie tarczę z wizerunkiem swego okrutnego Boga. Ale Bóg Słońce był silniejszy, chwycił w słoneczne dłonie tarczę, a ta stopiła się jak lód. Metal zalał Maluma Okrutnego, a wtedy Bóg Słońce strącił najeźdźcę i jego wojów w otchłań oceanu.
Potem zbliżył się do drzewa zranionego i dotknął czule. Wtedy krew z ran zadanych mieczem z czerwonej zmieniła się w złotą i kapała do morza tworząc bursztyny, które od jej imienia amber nazywano.
Amber jednak nie mogła już się odmienić i na zawsze została zamieniona w drzewo. Ludzie nazwali je sosną. Z czasem wraz z Wiatrem nasiona jej po całej Ziemi poszybowały i kiełkowały tam gdzie upadały. A Słońce sprawiało, ze rosły silne przez wieki. I w piasku i w bagnach i na skalistych klifach.
Mieszkańcy różnych krain, choć bogów czcili innych, to jednak echo historii Amber w szumie iglastych gałęzi słyszeli. Czasem z herbatą w jej cieniu siadali, czasem przychodzili do niej po lek żywiczny, a czasem wystroić ją jak Zieloną Księżniczkę na święta.
Bóg Słońce zaś nigdy nie zapomniał swej ukochanej, a na znak bólu, jaki poczuł, gdy ją utracił już zawsze rozpoczyna i kończy swą podniebną wędrówkę czerwony, jak krwawiące z tęsknoty serce.
Agnieszka "Wierzba" Cupak
..................................................
Nie znam autora obrazu, ale jak ktoś zna to poproszę o nazwisko
sobota, 5 kwietnia 2014
Baśń o Orusie w czerwonych koralach
Dawno temu, kiedy Góry były jeszcze młode, żyła sobie pewna dziewczyna o imieniu Orusa. Była piękna, młoda i skora do zabawy. Ojcem jej był bogaty kupiec, który kochał córkę nad życie i rozpieszczał ją na każdym kroku. Z kupieckich wypraw przywodził jej najpiękniejsze stroje, drogie oleje do upiększania skóry i szlachetne kamienie dla ozdoby. Orusa cieszyła się tymi prezentami, ale szczególnie upodobała sobie czerwone korale, których całe sznury owijała wokół szyi. Oczy jej się i usta śmiały do chłopców gdy w tych koralach czerwonych tańczyła z innymi dziewczętami na pobliskich łąkach i górskich zboczach.
Matka ją wcześnie odumarła, a pod nieobecność ojca wychowywały Orusę ciotka i babcia.
Ciotka była zrzędliwa i wolała z babami po wsi plotkować niż opiekować się bratanicą. Babcia zaś więcej ludźmi się zajmowała, gdyż znachorką i uzdrowicielką była, a przez wielu za wiedźmę uznana. Wnuczkę jednak kochała bardzo i podobnie jak ojciec pozwalała na wszystko.
Orusa dorastała więc w przekonaniu o swojej wyjątkowości. A, że była piękna i pełna temperamentu, bawiła się od rana do wieczora. Nie zważała na przestrogi ludzi, którzy radzili jej by się pracować nauczyła, zamiast tylko bawić się, stroić i w lustro spoglądać.
Gdy dojrzała do wieku, że chłopcy i dziewczęta razem w parach tańczą, wielu młodzieńców o jej uwagę zabiegało i do tańca prosiło. Bardzo jej się to podobało, bo lubiła być otoczona wianuszkiem przystojnych mężczyzn, których zazdrościły jej inne dziewczęta.
Czas płynął beztrosko i radośnie. Tańcom i zabawom nie było końca. Jednak żaden z tych, którzy tak figlarnie w jej modre oczy zaglądali, nie skłaniał się by o rękę Orusy poprosić. Do kapłana inne panny prowadzili i innym ślubowali przed obliczem bogów.
Orusie lat i sznurów korali czerwonych przybywało ale ona wciąż się stroiła i bawiła, nie zauważając, że jej adoratorzy dawno już żonami się opiekują, gospodarstwa pilnują.
Jednak pewnego dnia spoglądając w lustro ujrzała białe pasmo w swoich włosach. Zdumiała się i wystraszyła. W tej chwili też zrozumiała, że czas w miejscu nie stoi. To czego nie widziała wcześniej zaślepiona swoją urodą strojną w korale teraz nagle dostrzegać zaczęła wyraźnie.
Wstała zdumiona i wyszła na ganek. Nie było już kawalerów przed drzwiami gotowych prawić jej piękne komplementy.
Orusa zrozumiała, że bawiąc się i pusząc przed lustrem zmarnowała młodość. Ojciec jej stary już był i z kupcami w świat nie jeździł. Ciotka umarła od zrzędliwości, dom zaś był brudny i zaniedbany.
Zapłakała Orusa i zrozpaczona w góry pobiegła do małej chatki, gdzie mieszkała jej babcia wiedźma. Tam opowiedziała o swoich błędach i rozpaczy. Korale czerwone szarpała, że ją do zguby i próżności przywiodły.
- Czasu nie cofniemy ani czarami, ani modlitwą. – Westchnęła babcia. – Próżniacząc się przed lustrem straciłaś młodość. Pychą i zarozumiałością przyjaciół nie zyskałaś, a lenistwem pracy i gospodarności się nie nauczyłaś. Nie płacz jednak, bo na naukę czas jest zawsze dobry. Żoną niczyją teraz nie zostaniesz, bo wszyscy już żony swoje mają. Możesz jak ja wiedźmą być i ludzki szacunek radą i dobrocią odzyskać. A korali czerwonych nie szarp, bo nie ich wina, że cię pycha i próżność zwiodły. Noś je z dumą i przekuj w pot krwawy własnej pracy, a szczęście ci przyniosą.
Orusa trochę jeszcze popłakała ale w końcu zgodziła się u babci późne nauki pobierać.
Rok nie minął jak się gospodarności nauczyła, dom ojca do porządku doprowadziła, chleb pachnący wypiekać umiała, a i ziół wiele poznała, co zdrowie ludziom wracały. I z dumą korale czerwone nosiła.
A ludzie powoli zaczynali zapominać jej dawne próżniactwo i pychę.
Z roku na rok Orusa piękniała, choć białych pasm we włosach przybywało. Ale oczy jej i uśmiech teraz stawały się głębsze i dojrzalsze, jakby wraz z wiedzą i pracowitością nabierały mocy.
Ludzie w końcu całkiem zapomnieli o jej burzliwej przeszłości, za to chętnie do jej domu po rady, maści i zioła przychodzili. Orusa bowiem w sztuce uzdrawiania nawet swoją babcię wiedźmę przerosła. Nikomu też pomocy nie odmawiała. Czasem tylko nocami zapłakała nad swoją samotnością.
Pewnej wiosny, gdy Orusa skończyła lat 40, do jej domu zapukał strudzony wędrowiec. Był to kupiec, nie stary jeszcze ale i nie młody. Jego włosy siwizna poprószyła, jak pierwsze mrozy trawę w ogrodzie. Twarz miał od słońca ogorzałą, oczy błyszczące i roześmiane. Orusa wyszła do niego z dzbanem mleka, jak zawsze gdy przechodzący przez osadę kupcy do jej domu pukali by odpocząć i wieści ze świata przynieść.
Mężczyzna jednak zamiast napić się mleka, wpatrywał się w Orusę jak zaczarowany. W końcu poruszył się i powiedział:
- Matka moja gdy umierała powiedziała mi, że choćbym do późnej starości kawalerem miał zostać, nie wolno mi poślubić kobiety innej, niż ta, która z dumą czerwone korale nosi, bo ta szczęście mi przyniesie i wierności dochowa.
Orusa na te słowa zaśmiała się jak za młodych lat.
- Dom mój i serce moje zacnego kawalera także czekało.
Kupiec pojął Orusę za żonę. A ona mimo wieku późnego dała mu jeszcze syna zdrowego. Oboje doczekali się też wnuków.
Orusa dożyła aż 90 wiosen, szczęśliwa u boku męża. Do ostatnich chwil ludzi leczyła i każdemu dobrym słowem pomagała. A kiedy jej czas nadszedł przywołała do siebie najmłodszą wnuczkę, której także dano na imię Orusa.
- Piękna jesteś i mądra, moja droga – Powiedziała do dziewczyny. – I nie jesteś próżna, ale gospodarna. Do nauki skora. Tobie zatem dam moje księgi. W nich znajdziesz zaklęcia magiczne i tajemnice ziół. Zachowaj je dla córki swojej i sama spisuj zaklęcia i wiedzę.
Dam ci też swoje korale czerwone, które zaślepiły mnie w młodości ale potem szczęście przyniosły. Podziel się nimi ze światem, bacz jednak aby najpierw mróz je pochwycił inaczej do zguby przywiodą.
- Co mam z nimi zrobić? – Spytała z przejęciem dziewczyna.
- Gdy miesiąc minie, jak moje ciało ogień przyjmie, zerwij korale ze sznura i rozsyp. Potem będziesz sama wiedziała co zrobić.
Tak się też stało i młoda Orusa zrobiła jak jej babcia kazała. Po roku przed jej domem, w ogrodzie, na polach i w lasach wyrosły małe drzewka. Wiosną zakwitły, a na jesieni obrodziły czerwonymi koralami.
Mała Orusa nanizała je na nici i ozdobiła szyję czerwonymi koralami. Kilka galązek zaniosła w bukiecie do kamienia pod którym prochy babci i dziadka pochowano. Nauczyła się też z korali jarzębiny leki dla ludzi robić, smakowite powidła i nalewki. Gdy pierwszy mróz chwycił zbierała czerwone owoce. Uczyła też ludzi, jak z drewna jarzębinowego amulety przeciw złym czarom robić, jak w magii korale stosować i jak dzięki nim zdrowie zachować.
A gdy i jej czas nadszedł swą wiedzę córce przekazała.
Potem już wszystkie kobiety z jej rodu jarzębonową magię ludziom niosły, zawsze strojne w czerwone korale.
Agnieszka "Wierzba" Cupak
-----------------------------------------
Obraz: George Henry "Jarzębina"
Baśń o odważnym Derwie
Baśń o Dębie
W zamierzchłych czasach, gdy ludzie i bogowie często przy tym samym stole biesiadowali i kiedy wszyscy jeszcze rozumieli mowę świata natury, żył pewien szlachcic. Cieszył się wielkim szacunkiem i poważaniem, gdyż był silnym i wielkim wojownikiem. Miał on sześć pięknych córek i jednego syna. Chłopiec był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a do tego urodził się wątły i słaby. Aby urok odczynić dano mu na imię Derw, drzewa, które choć niewielkie i słabe, to jednak zdrowe i twarde.
Ojciec martwił się o syna, ale chłopiec zdawał się mieć wolę życia jak mało kto.
Szybko dorastał, uczył się pilnie i marzył aby zostać wielkim wojownikiem. Jednak gdy o tym opowiadał śmiano się z niego. Derw bowiem z dziecka wyrastał na wątłego i słabowitego młodzieńca, do tego niskiego i o twarzy bladej, a nie rumianej jak jego rówieśnicy.
Najbardziej śmiał się z niego największy i najsilniejszy z chłopców Balcher.
Mimo tego Derw nie porzucił swoich marzeń. Choć miecz mu wciąż ciążył, a kolczuga przygniatała go do ziemi, ćwiczył od wschodu do zachodu słońca nie tracąc nadziei, że stanie się potężnym wojownikiem.
Odwagi mu nie brakowało, zapału i mądrości także. Toteż gdy osiągnął wiek męski udało mu się przejść tradycyjną inicjację. Sam upolował wielkiego dzika, spędził miesiąc w lesie i przeszedł boso przez ogień. Wrócił z uśmiechem, choć wciąż blady. Oddał ojcu i kapłanom swój warkocz chłopięcy i przypiął nóż do pasa.
Inni młodzi mężczyźni także przeszli swą inicjację i wstąpili w szeregi wojowników. Rada Starszych jednak uznała, że Derw powinien uczyć się u sztuki kapłańskiej i zapomnieć o mieczu.
Ale on miał swe marzenia i postanowił je spełnić, a nie iść drogą wyznaczoną mu przez Starszyznę.
Długo czekać nie musiał, gdyż w czasie letniego przesilenia, Król Nizin, któremu służył ojciec Derwa, obraził nieopatrznie Boga Burz, zapominając zaprosić go na biesiadę. W zamian ten porywczy pan piorunów uprowadził do swej górskiej twierdzy jedyną córkę Króla, śliczną Melys.
Zrozpaczony król obiecał rękę córki oraz swoje dziedzictwo temu z wojowników, który uwolni ją z rąk Boga Burz.
Wielu próbowało, ale nikomu nie udało się uwolnić ślicznej Melys. Wielu też zginęło od uderzeń gromu, gdyż Bóg Burz długo nosił urazę.
Derw także wyruszył w drogę, mimo, że ojciec i siostry prosiły go by zaniechał. Zwłaszcza, że nawet potężny Balcher, ten sam, który dokuczał małemu wojownikowi, wrócił ciężko ranny i przerażony tym, co w drodze go spotkało. A opowiadał rzeczy tak przerażające, że nawet słuchaczom krew w żyłach tężała. Derw jednak uparł się jechać, nie zważając na straszliwe potwory, które strzegły twierdzy Boga Burz. Jedna tylko matka pobłogosławiła go i na drogę dała kilka dobrych rad.
Po 7 dniach samotnej wędrówki Derw dotarł do podnóża góry. Była stroma a jej szczyt skrywały burzowe chmury. Poprawił ciężką tarczę, mocniej zacisnął pas z przypiętym mieczem i dziarsko ruszył przed siebie.
Minął zagajnik małych drzew rodzących żołędzie, z których jego matka parzyła pyszny i pobudzający napój. Nosił ich imię i jak one był drobnej budowy i wątły, ale nieugięty.
Wspinał się po zboczu góry pogwizdując wesoło. Po kilku godzinach dotarł do szerokiego strumienia. Wokół niego leżało sporo porzuconych tarcz i mieczy, a nawet bielały kości tych, których zabił strach. Derw wziął głęboki oddech i ruszył przez strumień. Był już w połowie drogi, gdy woda w strumieniu zawrzała i uniosła się tworząc przed nim taflę gładką jak lustro. Młodzieniec zobaczył w tym odbiciu małego, pokracznego człowieczka, z którego wszyscy się śmieją i wytykają palcami.
- „Ktoś taki mały i słaby nigdy nie staje się wielki. Uciekaj póki jeszcze i ciebie ratować nie trzeba”. – Śmiały się cienie w odbiciu.
Derw poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu ale zaraz wspomniał rady matki.
- Mały jestem, to prawda, ale potwory są wielkie i wielkich wypatrują. – Zaśmiał się. W tej samej chwili tafla wody opadła i strumień znów stał się płytki i spokojny.
Zbliżała się już noc, gdy zmęczony mały wojownik dotarł na polanę. Ujrzał tu wiele małych ogników, które zapalały się ukazując inny szlak na szczyt góry. W ich światłach zdawał się prosty i równy. Kobiety Iskry zaś szeptały.
- Mądry jesteś Derw, nie bałeś się, dlatego pokażemy ci drogę.
Wojownik już chciał iść za ich głosem ucieszony, że spotyka go nagroda za przejście strumienia, ale w porę przypomniał sobie rady matki: „Nie zbaczaj z obranej drogi, nawet gdy inna wyda ci się prostsza.” Ukłonił się Kobietom Iskrom i powędrował skalistą, ciemną drogą pod górę. Raz tylko spojrzał na ścieżkę wytyczoną ogniem, którą teraz z góry lepiej widział. Prowadziła do otchłani lawy i ognia, a zawrócić z niej się nie dało.
Kiedy zapadła noc groźne burzowe chmury wydawały się jeszcze większe. Derw jednak wszedł w nie bez wahania. Wcześniej jednak zostawił kolczugę i żelazną tarczę, jak doradziła mu matka.
Co chwilę natykał się na różne upiory, które chciały go zawrócić z drogi, albo wzbudzić w nim strach. Jednak Derw zawsze miał w zanadrzu mądrą radę od matki, własny spryt i inteligencję, a przede wszystkim odwagę i upór. Dzięki temu o świcie stanął pod bramą twierdzy Boga Burz.
- O Potężny Panie Piorunów i Błyskawic, przynoszę ci przeprosiny od Króla Nizin wraz z najsłodszym i najszlachetniejszym winem z jego piwnic, w darze. – Zakrzyknął głośno i wyciągnął z tobołka gliniany dzban, który dała mu matka.
Bóg Burz zdziwił się, że młodzieniec tak wątły, mały i blady dotarł aż tutaj.
- Musisz być dzielnym i odważnym wojownikiem, choć na takiego nie wyglądasz, skoro dotarłeś do mej twierdzy. – Powiedział. – Czyś nie spotkał w drodze potworów i upiorów, które miały cię zatrzymać?
- Spotkałem, Panie. Lecz były to tylko upiory moich własnych słabości. Cieszę się, że je spotkałem i poznałem. Zrozumiałem też czym są, a ta wiedza będzie mi długo służyć. Dlatego teraz mogę stać przed twym obliczem niosąc przeprosiny króla.
Bóg Burz uśmiechnął się i poklepał Derwa po ramieniu.
- Powiedz swemu królowi, że mu wybaczam. I na znak zgody, córkę mu oddaję. Zaś ty młodzieńcze podobasz mi się i dlatego naznaczę cię siłą, która objawi się światu, kiedy zgaśniesz. Będę też zawsze blisko przy tobie.
Derw skłonił się i podziękował za to dziwne błogosławieństwo Boga Burz. Zaraz potem zabrał piękną Melys do zamku jej ojca.
Król wyprawił im huczne wesele i ogłosił Derwa swoim następcą. Kiedy zaś odszedł do Kraju Przodków, mądry i odważny Derw został Królem. Rządził mądrze i sprawiedliwie, dawał przykład swoim dzieciom i poddanym. Nigdy się nie poddawał i odnajdywał siłę w chwilach, gdy nawet najwięksi i najdzielniejsi wojownicy upadali.
Był już siwym mędrcem kiedy i on zgasł dla świata odchodząc do Kraju Przodków. Na ceremonię pożegnania króla Derwa przybył sam Bóg Burz i w chwili gdy zagrały trąby heroldów uderzył w królewski grób piorunem. Na oczach żałobników z grobu zaczął wyrastać dąb. Nie był jednak słaby i wątły, jak wszystkie znane dęby, ale potężny i silny. Jego korona sięgnęła szczytów gór, a pień stal się potężny, że 10 wojowników trzeba było aby go objąć. Zrozumiano, że ich mały i wątły Król, był człowiekiem wielkim i potężnym. Od tego czasu wszystkie dęby są jak on, silne, olbrzymie i potężne. Ludzie widzą w nich siłę i niezłomność, szukają jej też, gdy im odwagi braknie, lub uporu. Slabi szukają w ich cieniu wsparcia. Zaś same drzewa korzeniami sięgają głęboko, czerpiąc siłę i mądrość z Matki Natury. Koronę noszą wysoko i dumnie, uśmiechając się do Boga Burz, który lubi posyłać im swe pioruny, aby być blisko małego, choć silnego i potężnego wojownika, który pokonał własne lęki na Górze Burz.
Agnieszka "Wierzba" Cupak
..................
Niestety nie znam autora wykorzystanej do baśni grafiki.
W zamierzchłych czasach, gdy ludzie i bogowie często przy tym samym stole biesiadowali i kiedy wszyscy jeszcze rozumieli mowę świata natury, żył pewien szlachcic. Cieszył się wielkim szacunkiem i poważaniem, gdyż był silnym i wielkim wojownikiem. Miał on sześć pięknych córek i jednego syna. Chłopiec był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a do tego urodził się wątły i słaby. Aby urok odczynić dano mu na imię Derw, drzewa, które choć niewielkie i słabe, to jednak zdrowe i twarde.
Ojciec martwił się o syna, ale chłopiec zdawał się mieć wolę życia jak mało kto.
Szybko dorastał, uczył się pilnie i marzył aby zostać wielkim wojownikiem. Jednak gdy o tym opowiadał śmiano się z niego. Derw bowiem z dziecka wyrastał na wątłego i słabowitego młodzieńca, do tego niskiego i o twarzy bladej, a nie rumianej jak jego rówieśnicy.
Najbardziej śmiał się z niego największy i najsilniejszy z chłopców Balcher.
Mimo tego Derw nie porzucił swoich marzeń. Choć miecz mu wciąż ciążył, a kolczuga przygniatała go do ziemi, ćwiczył od wschodu do zachodu słońca nie tracąc nadziei, że stanie się potężnym wojownikiem.
Odwagi mu nie brakowało, zapału i mądrości także. Toteż gdy osiągnął wiek męski udało mu się przejść tradycyjną inicjację. Sam upolował wielkiego dzika, spędził miesiąc w lesie i przeszedł boso przez ogień. Wrócił z uśmiechem, choć wciąż blady. Oddał ojcu i kapłanom swój warkocz chłopięcy i przypiął nóż do pasa.
Inni młodzi mężczyźni także przeszli swą inicjację i wstąpili w szeregi wojowników. Rada Starszych jednak uznała, że Derw powinien uczyć się u sztuki kapłańskiej i zapomnieć o mieczu.
Ale on miał swe marzenia i postanowił je spełnić, a nie iść drogą wyznaczoną mu przez Starszyznę.
Długo czekać nie musiał, gdyż w czasie letniego przesilenia, Król Nizin, któremu służył ojciec Derwa, obraził nieopatrznie Boga Burz, zapominając zaprosić go na biesiadę. W zamian ten porywczy pan piorunów uprowadził do swej górskiej twierdzy jedyną córkę Króla, śliczną Melys.
Zrozpaczony król obiecał rękę córki oraz swoje dziedzictwo temu z wojowników, który uwolni ją z rąk Boga Burz.
Wielu próbowało, ale nikomu nie udało się uwolnić ślicznej Melys. Wielu też zginęło od uderzeń gromu, gdyż Bóg Burz długo nosił urazę.
Derw także wyruszył w drogę, mimo, że ojciec i siostry prosiły go by zaniechał. Zwłaszcza, że nawet potężny Balcher, ten sam, który dokuczał małemu wojownikowi, wrócił ciężko ranny i przerażony tym, co w drodze go spotkało. A opowiadał rzeczy tak przerażające, że nawet słuchaczom krew w żyłach tężała. Derw jednak uparł się jechać, nie zważając na straszliwe potwory, które strzegły twierdzy Boga Burz. Jedna tylko matka pobłogosławiła go i na drogę dała kilka dobrych rad.
Po 7 dniach samotnej wędrówki Derw dotarł do podnóża góry. Była stroma a jej szczyt skrywały burzowe chmury. Poprawił ciężką tarczę, mocniej zacisnął pas z przypiętym mieczem i dziarsko ruszył przed siebie.
Minął zagajnik małych drzew rodzących żołędzie, z których jego matka parzyła pyszny i pobudzający napój. Nosił ich imię i jak one był drobnej budowy i wątły, ale nieugięty.
Wspinał się po zboczu góry pogwizdując wesoło. Po kilku godzinach dotarł do szerokiego strumienia. Wokół niego leżało sporo porzuconych tarcz i mieczy, a nawet bielały kości tych, których zabił strach. Derw wziął głęboki oddech i ruszył przez strumień. Był już w połowie drogi, gdy woda w strumieniu zawrzała i uniosła się tworząc przed nim taflę gładką jak lustro. Młodzieniec zobaczył w tym odbiciu małego, pokracznego człowieczka, z którego wszyscy się śmieją i wytykają palcami.
- „Ktoś taki mały i słaby nigdy nie staje się wielki. Uciekaj póki jeszcze i ciebie ratować nie trzeba”. – Śmiały się cienie w odbiciu.
Derw poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu ale zaraz wspomniał rady matki.
- Mały jestem, to prawda, ale potwory są wielkie i wielkich wypatrują. – Zaśmiał się. W tej samej chwili tafla wody opadła i strumień znów stał się płytki i spokojny.
Zbliżała się już noc, gdy zmęczony mały wojownik dotarł na polanę. Ujrzał tu wiele małych ogników, które zapalały się ukazując inny szlak na szczyt góry. W ich światłach zdawał się prosty i równy. Kobiety Iskry zaś szeptały.
- Mądry jesteś Derw, nie bałeś się, dlatego pokażemy ci drogę.
Wojownik już chciał iść za ich głosem ucieszony, że spotyka go nagroda za przejście strumienia, ale w porę przypomniał sobie rady matki: „Nie zbaczaj z obranej drogi, nawet gdy inna wyda ci się prostsza.” Ukłonił się Kobietom Iskrom i powędrował skalistą, ciemną drogą pod górę. Raz tylko spojrzał na ścieżkę wytyczoną ogniem, którą teraz z góry lepiej widział. Prowadziła do otchłani lawy i ognia, a zawrócić z niej się nie dało.
Kiedy zapadła noc groźne burzowe chmury wydawały się jeszcze większe. Derw jednak wszedł w nie bez wahania. Wcześniej jednak zostawił kolczugę i żelazną tarczę, jak doradziła mu matka.
Co chwilę natykał się na różne upiory, które chciały go zawrócić z drogi, albo wzbudzić w nim strach. Jednak Derw zawsze miał w zanadrzu mądrą radę od matki, własny spryt i inteligencję, a przede wszystkim odwagę i upór. Dzięki temu o świcie stanął pod bramą twierdzy Boga Burz.
- O Potężny Panie Piorunów i Błyskawic, przynoszę ci przeprosiny od Króla Nizin wraz z najsłodszym i najszlachetniejszym winem z jego piwnic, w darze. – Zakrzyknął głośno i wyciągnął z tobołka gliniany dzban, który dała mu matka.
Bóg Burz zdziwił się, że młodzieniec tak wątły, mały i blady dotarł aż tutaj.
- Musisz być dzielnym i odważnym wojownikiem, choć na takiego nie wyglądasz, skoro dotarłeś do mej twierdzy. – Powiedział. – Czyś nie spotkał w drodze potworów i upiorów, które miały cię zatrzymać?
- Spotkałem, Panie. Lecz były to tylko upiory moich własnych słabości. Cieszę się, że je spotkałem i poznałem. Zrozumiałem też czym są, a ta wiedza będzie mi długo służyć. Dlatego teraz mogę stać przed twym obliczem niosąc przeprosiny króla.
Bóg Burz uśmiechnął się i poklepał Derwa po ramieniu.
- Powiedz swemu królowi, że mu wybaczam. I na znak zgody, córkę mu oddaję. Zaś ty młodzieńcze podobasz mi się i dlatego naznaczę cię siłą, która objawi się światu, kiedy zgaśniesz. Będę też zawsze blisko przy tobie.
Derw skłonił się i podziękował za to dziwne błogosławieństwo Boga Burz. Zaraz potem zabrał piękną Melys do zamku jej ojca.
Król wyprawił im huczne wesele i ogłosił Derwa swoim następcą. Kiedy zaś odszedł do Kraju Przodków, mądry i odważny Derw został Królem. Rządził mądrze i sprawiedliwie, dawał przykład swoim dzieciom i poddanym. Nigdy się nie poddawał i odnajdywał siłę w chwilach, gdy nawet najwięksi i najdzielniejsi wojownicy upadali.
Był już siwym mędrcem kiedy i on zgasł dla świata odchodząc do Kraju Przodków. Na ceremonię pożegnania króla Derwa przybył sam Bóg Burz i w chwili gdy zagrały trąby heroldów uderzył w królewski grób piorunem. Na oczach żałobników z grobu zaczął wyrastać dąb. Nie był jednak słaby i wątły, jak wszystkie znane dęby, ale potężny i silny. Jego korona sięgnęła szczytów gór, a pień stal się potężny, że 10 wojowników trzeba było aby go objąć. Zrozumiano, że ich mały i wątły Król, był człowiekiem wielkim i potężnym. Od tego czasu wszystkie dęby są jak on, silne, olbrzymie i potężne. Ludzie widzą w nich siłę i niezłomność, szukają jej też, gdy im odwagi braknie, lub uporu. Slabi szukają w ich cieniu wsparcia. Zaś same drzewa korzeniami sięgają głęboko, czerpiąc siłę i mądrość z Matki Natury. Koronę noszą wysoko i dumnie, uśmiechając się do Boga Burz, który lubi posyłać im swe pioruny, aby być blisko małego, choć silnego i potężnego wojownika, który pokonał własne lęki na Górze Burz.
Agnieszka "Wierzba" Cupak
..................
Niestety nie znam autora wykorzystanej do baśni grafiki.
niedziela, 30 marca 2014
Weekendowy Buddha, czyli oświecenie w wersji instant.
Od kilku lat można zaobserwować wzrost zainteresowania wszelkimi ezoterycznymi ścieżkami rozwojowymi, często zwanymi duchowymi.Jeszcze kilka i kilkanaście lat temu, polskie środowisko ezoteryczne skupiało się głównie wokół alternatywnych metod leczenia, takich jak bioenergoterapia, Reiki; oraz zjawisk paranormalnych, jak telekineza i spirytyzm. Rozwój duchowy opierał się głównie na szkołach gnostycznych, teozoficznych oraz powoli wkraczających na nasz teren nurtów filozofii wschodniej. Coraz popularniejsza stawała się medytacja, pojawiły się pojęcia takie jak czakry, reinkarnacja, nirwana, czy w końcu oświecenie.
W drugiej połowie lat 90 XX zaczęło pojawiać się coraz więcej książek z gatunku szeroko rozumianej ezoteryki i rozwoju duchowego. Zaczęły tez do nas przenikać pojęcia z zachodniego świata, gdzie w tym czasie mocno już był ugruntowany nurt New Age
Roman Bugaj napisał kiedyś świetną, dziś przez wielu zapomnianą, książkę „Eksterioryzacja”. Teraz zjawisko tam opisane znane jest jako OOBE i praktycznie każdy ezoteryk jest specjalistą w tej dziedzinie. Podobnie rzecz się ma z systemami wróżebnymi, niezliczoną ilością różnorakich kart, gdzie wciąż pojawiają się nowe – wywodzące się ze „starożytnych” tradycji – systemy. Poprzez karty anielskie, aż do kart zwierząt mocy, elfów, wróżek, runitd, itp. Najczęściej niewiele mają one wspólnego z pierwotnym znaczeniem i symboliką, jak to ma np miejsce w przypadku run, lub mocno naciąganą jest geneza ich powstania, jak np w przypadku kart zwierząt mocy, czy elfów.
Najwięcej chyba jednak tych swoistych miksów i udziwnień jest w tak zwanym rozwoju duchowym.
„Rozwój” duchowy?
To co kiedyś było indywidualną ścieżka, często połączoną z konkretnym systemem wierzeń i rytuałów mistycznych, teraz prześciga się w konstruowaniu coraz to nowszych systemów i nazw im nadawanych. Elementy wygodne i łatwe do przekazania pożycza się z Buddyzmu, Hinduizmu, Huny, Gnozy i wielu innych nurtów fizlozoficzno religijnych, tworząc hybrydy ścieżek duchowych. Ich twórcy, często propagujący te drogi jako jedyne słuszne i prawdziwe, wykazują się też sporą kreatywnością w nazywaniu siebie i organizowanych przez siebie kursów i warsztatów.
Kiedyś mieliśmy nauczycieli lub przewodników duchowych, w skrajnych wypadkach guru, dziś mamy duchowych trenerów, a nawet inżynierów duchowych, sama zaś gałąź inżynierii duchowej ma całkiem sporą grupę zwolenników. Słownik języka polskiego podaje definicję inżynierii jako: projektowanie i konstruowanie obiektów oraz urządzeń technicznych. Widać technika idzie w parze z duchowością, a szkoły inżynierii duchowej zapewne projektują i konstruują nowe nurty rozwojowe.
Jeśli nie szkoła inżynierii duchowej, to może dla odmiany klinika duchowości? Otóż tego typu szkół, gabinetów klinicznych też jest całkiem sporo. Jednak wątpliwym jest, aby był to szpital, który poza tym, że zapewnia pacjentom opiekę lekarską to jeszcze prowadzi badania naukowe i szkolenia. Może te ostatnie tak, aczkolwiek nie koniecznie są to studia podyplomowe dla lekarzy. Takich „perełek” jest więcej, bo wszak nazwa gabinet, czy nawet centrum naturoterapii nie jest teraz trendy.
Nauczyciele Reiki często prześcigają się w pomysłowości tworzenia nowych symboli, a napis Mistrzna dyplomie jest zbyt ujmujący, więc za dodatkową opłatą można sobie zafundować Wielkiego Mistrza. Przypuszczam, ze nazwa jest adekwatna do rozmiarów ego posiadacza dyplomu. Czy jednak jest to lepsze i skuteczniejsze Reiki, niż to tradycyjne, zostawione nam przez Mikao Usui? Nie. To jedynie połączenie dwóch lub więcej metod (nota bene nie zawsze dobre i bezpieczne) a często z dodatkami z kilku nurtów filozoficzno religijnych. Żaden tuning ulepszający metodę, a jedynie chwyt marketingowy dla lepszej sprzedaży.
Kolejną ofiarą rozwoju duchowego stał się szamanizm, wypaczony do granic absurdu. Pisałam o tym nie jednokrotnie, więc nie będę powtarzała. Wspomnę jedynie, że w dzisiejszym ezo świecie duchowości szamanem jest niemal każdy, a szamańskie jest prawie wszystko, od ścieżek rozwoju duchowego, poprzez karty, terapie naturalne, warsztaty (w tym art terapie, survival, NLP czy zajęcia z psychoterapii), na egzorcyzmach kończąc. Wróżki, wiedźmy czy uzdrowiciele teraz są szamanami, bo lepiej to brzmi i modnie.
Koniec jest już bliski
Na szczęście dla szamanizmu mamy już rok 2012, a im bliżej grudnia tym więcej uwagi poświęca się Majom, a mniej szamanom. Za to boom na 2012 widać nawet w reklamach TV z ziemniakiem w roli głównej. Wróćmy jednak do duchowości, choćby tej z 2012. Tu na czołówkę wysuwają się dwa kierunki. Kierunek końca i zagłady, bo wszak Majowie koniec ten przepowiedzieli w jednym z kilku swoich kalendarzy (o tym fakcie jednak fani Majów zapominają wspomnieć lub, o zgrozo, nie mają o tym pojęcia) oraz drugi: transformacji w 2012. O ile zwolennicy pierwszej koncepcji spodziewają się końca ostatecznego, tudzież końca częsci i początku świetlisto oświeconego pozostałych, o tyle transformacja z 2012 przygotowuje swych wyznawców do całkowitego przeobrażenia wewnętrznego.
Tu pomocni są zarówno kosmici, jak i panteony istot duchowych oraz wszelkiej maści mistrzowie duchowi (rzecz jasna oświeceni i od dawna nie żyjący, pardon przebywający w innym wymiarze duchowym). Transformacja w 2012 niesie ze sobą wiatry zmian, głównie sprowadzające się do nadawania staremu nowych nazw,lub przeinaczania mało jeszcze znanych pojęć naukowych. W związku z tym od jakiegoś czasu aktywna jest energia kwantowa, która według zwolenników nowej duchowości jest związana z czystym światłem sił najwyższych.
Uaktywniają się wszelkiej kolorystycznej maści matryce i siły, które sprawiają, że wyznawca zaczyna kochać wszystkich podług słów autorów licznych tematycznych książek, zyskuje nieziemskie moce, za pomocą których może dostrajać, oczyszczać, przeczyszczać i nawracać każdego, oczywiście za odpowiednią opłatą. Zyskuje też wgląd w wszelkie wyższe i wysokie świadomości, często jedynie słuszne i prawdziwe, a że jego anielskie skrzydłanie są powszechnie widoczne dla przeciętnych zjadaczy chleba, toteż kreuje swój wizerunek jasnymi szatami i brokatowo mieniącymi się obrazkami z formatów gif, na portalach społecznościowych, stronach internetowych i licznych forach tematycznych. Tak by każdy widział światło oświecenia, jakie z niego emanuje.
A ponieważ zmiany w świadomości duchowej nie lubią żadnych cieni, toteż należy się ich pozbyć, najlepiej w klinikach lub kręgach duchowych, na weekendowych warsztatach. Ich niewątpliwą zaletą są wzajemne wymiany boskiej energii pozytywnej które jednej ze stron zapewniają dochody finansowe drugiej pozbycie się emocjonalnych problemów w kilka dni. O ileż to oszczędniejsze niż wielomiesięczne sesje z psychoterapeutą, który krok po kroku szukał przyczyn życiowych rozterek, uświadamiając pacjentowi źródło jego frustracji i bolączek.
Teraz wystarczy pojechać na duchowe tour de haj by zaliczyć, a jakże, szamańskie wizje po wywarach z roślin mocy (przy okazji większość wraca do kraju z szamańskim przedrostkiem przed swym nowym duchowym imieniem), albo weekendowy kurs wybaczania, projektowania tudzież afirmowania. Po takim weekendzie każdy uczestnik błyszczy niczym mika w słońcu, rozsiewa wokół światła miłości i z infantylną lekkością motyla naucza jak zostać oświeconym i przypomina wszystkim wokoło ileż to jeszcze mają w sobie cienia i pracy by się oświecić, zakładając, że im karma na to pozwoli. Bo wszak długi poprzednich żyć lawinowo rosną, zamiast maleć, a oświeceni są w tej lepszej sytuacji, że przerobili już wszystkie swoje 666 lub 999 wcieleń i wiedzą, że wirusową biegunkę wywołuje zepsute mięso zjedzone kilka wieków wcześniej, a przyszłość nie nastąpi, póki się przeszłości szczegółowo nie zlustruje. Szczęściem dla większości Kowalskich i Nowaków oświeceni w weekend pouczają się wzajemnie, głównie na forach tematycznych i portalach społecznościowych.
Czy zatem zrezygnować z duchowych poszukiwań?
Nie. Zawsze warto przyjrzeć się sobie z lekkim dystansem, znaleźć metodę i ścieżkę właściwą dla siebie. Nie dać się zwieść iluzji sztucznego światła, bo można przegapić to prawdziwe i naturalne.
Kursy i warsztaty są dla ludzi. Nowe metody opierające się na starych wzorcach i tradycjach potrafią wskazać ciekawe możliwości i rozwiązania dzisiejszych problemów. także tych codziennych wynikających z pogoni za pracą, karierą, związkiem. Warto z nich korzystać, z zachowaniem odrobiny chociaż dystansu, nie przyjmować wszystkiego za prawdę oczywistą tylko dlatego, że ktoś wydrukował ją w książce. Zamiast naśladowania, doświadczać i czuć, bo to najlepsi nauczyciele duchowi.
Z kursów i warsztatów korzystać by zdobywać te doświadczenia, a nie by dorzucić kolejny dyplom do kolekcji. Słuchać intuicji i jeśli coś na kursie nie pasuje do naszego widzenia świata, nie ma co tego przyjmować za pewnik. Czasem najlepszą nauką i doświadczeniem jest poznanie czegoś i odrzucenie jako sprzeczne z naszym wnętrzem, a nie wikłanie się w iluzje nowych prawd, tylko dlatego, że mamy certyfikat ukończenia.
Wybierając kursy czy warsztaty tematyczne warto poczytać coś o metodzie, zapytać prowadzącego o program i źródła z jakich korzysta. Wiele z tych szkoleń prowadzonych jest przez wykwalifikowanych psychologów, psychoterapeutów i nauczycieli, którzy mają na tyle szerokie horyzonty, bogate doświadczenia, by umieć wykorzystać mądrości i techniki różnych kultur, do wspomagania i nauczania innych. I odpowiednio je nazywają, bez dorabiania pseudo ideologii i źródła pochodzenia. Nie obiecują cudów w weekend, a raczej zapoczątkowują proces wewnętrznych przemian i poszukiwań, zachęcając do pracy, która czasem efekty przynosi po latach. Bo wszak Buddą nie zostaje się w weekend.
Agnieszka "Szepcząca" Cupak
Baśń o Jurku i Berth
Nie daleko i nie blisko, pośród lasów i łąk, było małe miasteczko. Na jego obrzeżach mieszkał młody gospodarz o imieniu Jurko. Po ojcu odziedziczył Male pole, kilka zwierząt i dom. Oraz duży sad. Jednak poza jabłonką, która dawała kwaśne i małe jabłuszka żadne z drzew nigdy nie obrodziło owocami. Za to od wiosny do późnej jesieni drzewa te obsypane były pięknymi białymi kwiatami.
Ludzie w miasteczku radzili Jurkowi by ściął drzewa i posadził na ich miejsca drzewa owocowe. Ale Jurko lubił odpoczywać w cieniu pachnących drzew i za nic miał rady innych.
Żył spokojnie i ubogo. Ale był pracowity i uczciwy toteż dziewczęta spoglądały za nim zalotnie, a i on coraz częściej myślał o ożenku.
Pewnego dnia gdy odpoczywał od upału pod kwitnącym na biało drzewem usłyszał płacz na skraju lasu. Pobiegł za tym płaczem i znalazł klęczącą nad strumieniem kobietę w czerwonej sukni. Nigdy wcześniej jej nie widział, ale przedstawił się zgodnie ze zwyczajem i zapytał w czym może jej pomóc.
- Zgubiłam klucz w strumieniu gdy chciałam ugasić pragnienie. – Zaszlochała
Jurko obiecał pomoc i zanurkował w strumieniu. Po kilku próbach znalazł na dnie strumienia mały kluczyk. Był zrobiony z wypolerowanego drewna.
- Uczciwy z ciebie młodzieniec Jurko, więc za twą pomoc dam ci za żonę jedną z moich córek, najmłodszą Berth. Przyniesie ci sporo radości, kiedy dojrzeje i znajdzie swą kobiecość.
Następnego dnia do drzwi Jurkowej chaty zapukała dziewczyna. Była młoda, piękna i pełna energii. Młodzieniec pokochał ją od pierwszego wejrzenia, a i ona czuła szybsze bicie serca przy nim.
Jednak zapowiedziała mu, że kiedy opadnie ostatni liść i kwiat z drzew w jego sadzie będzie musiała odejść, a jemu nie wolno będzie jej szukać. Obiecała, że wiosną wróci ale musiał dać jej słowo, że będzie wierny i nie spyta jej o nic, czego sama nie zechce mu powiedzieć. Jurko obietnicę złożył i zatopił się w słodkie i czerwone usta żony.
Całe lato wspólnie pracowali, a potem odpoczywali pod drzewami obsypanymi białym kwieciem. Czasem szli na jarmark sprzedać jajka i ser, który sami robili. Berth zawsze stroiła się w czerwone suknie i korale tak samo czerwone.
Jednak ludzie w miasteczku, a zwłaszcza zawistne panny, które chętnie by zajęły miejsce Berth, źle o niej mówili. Zwłaszcza gdy z pierwszym mrozem dziewczyna zniknęła.
- Czerwień to kolor rozpusty. Na pewno porzuciła Jurka i za innymi w mieście goni. – Szeptali. Siali złe słowa do serca młodzieńca. Zimą zaś panny przymilały się do Jurka, obiecywały ciepła mu do domu przynieść.
Jurko wzdychał tylko a wieczorami gdy ogień w kominku wygasł jeszcze bardziej za żoną tęsknił. Zima zaś dlużyła mu się mocno.
Z pierwszym dniem wiosny gdy na drzewach w Jurkowym sadzie pierwsze liście i kwiaty się pojawiły do drzwi zapukała i Berth. Nie opowiadała gdzie była i co robiła, ale Jurko zauważył, że dojrzała jeszcze bardziej, a jej usta nabrały słodyczy. I suknia czerwieńszą się zdawała. O nic nie pytał tylko z radością ją przyjął. I znów razem pracowali, odpoczywali i na jarmarki jeździli, nic sobie z plotek nie robiąc.
Ale późną jesienią Berth znowu męża opuściła i wyjechała nie mówiąc gdzie i po co. A ludzie znów gadać zaczęli.
Rok po roku to trwało. Berth wracała wiosną w jeszcze piękniejszej czerwonej sukni i sama dojrzalsza i słodsza, a przed zimą opuszczała męża. On zaś tęsknił, ale wiernie na nią czekał i o nic nie pytał.
Siódmego roku ludzie nie tylko za plecami Jurka gadali. W gospodach przy grzanym winie, Jurkowe serce zatruwali.
- Nie wiesz gdzie zimę spędza, a ona pewnikiem łoże innego ogrzewa.
- Powinieneś jechać za nią i silą do domu sprowadzić, miejsce żony przy mężu jest.
- Przegoń ją i weź sobie naszą dziewczynę, pracowitą i uczciwą.
- Którejś wiosny nie wróci, zobaczysz, porzuci cię na pośmiewisko ludzi.
- Siedem lat a synów też ci nie dała.
Jurko z ciężkim sercem do domu wracał, a złe duchy podsuwały mu w wyobraźni straszliwe obrazy Berth w ramionach innych, którzy spijają z jej czerwonych ust słodycz dla niego przeznaczoną. Przeklinał w myślach obcą kobietę, że mu taką córkę za żonę podsunęła. A potem sam siebie ganił za te myśli i tęsknie wiosny wyglądał.
Tym razem Berth wróciła jeszcze piękniejsza i słodsza niż zawsze, a jej sukienka nabrała rubinowej barwy. Jurko poznał, że coś w żonie się odmieniło, ale cieszył się jak zawsze z jej powrotu.
Berth zaś wzięła go za rękę i zaprowadziła do sadu gdzie już kwitły białe kwiaty na drzewach.
- Jurko, tyle lat wiernie przy mnie trwałeś i mimo burz zimowych w twoim sercu nie złamałeś danego mi słowa. Pozwoliłeś mi dojrzeć i zachować swoje sekrety. Dziękuję. A za twą uczciwość i wierność dam ci swoją miłość i zostanę z tobą, póki śmierć nas nie rozłączy. Musisz jednak wiedzieć, że nie urodziłam się jako człowiek. Moją matką jest Pani Kwitnących Drzew, królowa Lata.
- Berth, moja kochana, dla mnie jesteś kobietą, kocham cię…
- I ja cię kocham Jurko. Dam ci silnych synów i piękne córki, a to… - Berth wyjęła małe pudełeczko z czerwonym pyłem i dmuchnęła na drzewa w sadzie. – Prezent od mojej matki.
Małżonkowie długo się do siebie tulili. Zaś kilka tygodni później Jurko i ludzie w miasteczku zobaczyli, że białe kwiaty na drzewach sypią swoimi płatkami niczym śniegiem, a w ich miejscu pojawiają się małe owoce. Latem zamieniły się w dorodne korale, czerwone jak korale i suknie Berth. Nigdy wcześniej nikt nie jadł tu tak słodkich i soczystych owoców. Ludzie kupowali je od Jurka i Berth, która w tym czasie była już przy nadziei. Wiosną powiła córkę, której dali na imię Teresinka od soczystych czereśni, które czerwieniły się w ich sadzie.
Jurko i Berth dożyli późnej starości, wychowali wspólnie córki i synów oraz pomagali odchować im wnuki. Berth w pełni dojrzała i poznała swą kobiecość. Nigdy też nie bala się upływu lat i z godnością i kobiecą mądrością przyjmowała to wszystko co przynosiło jej życie. I trudy i radości ludzkiego trwania wplatała w swoje doświadczenia i mądrość. A gdy odeszła za swym mężem do krainy duchów, jej matka Pani Lata naznaczyła czereśniowe drzewa mądrością swej córki. Od tego czasu ludzie nazywają Czereśnię drzewem kobiet, bo w jej cieniu dziewczynki i kobiety dojrzałe uczą się swojej duszy.
Szepcząca
....................
Autor obrazu: Myrtille Henrion Picco
Ludzie w miasteczku radzili Jurkowi by ściął drzewa i posadził na ich miejsca drzewa owocowe. Ale Jurko lubił odpoczywać w cieniu pachnących drzew i za nic miał rady innych.
Żył spokojnie i ubogo. Ale był pracowity i uczciwy toteż dziewczęta spoglądały za nim zalotnie, a i on coraz częściej myślał o ożenku.
Pewnego dnia gdy odpoczywał od upału pod kwitnącym na biało drzewem usłyszał płacz na skraju lasu. Pobiegł za tym płaczem i znalazł klęczącą nad strumieniem kobietę w czerwonej sukni. Nigdy wcześniej jej nie widział, ale przedstawił się zgodnie ze zwyczajem i zapytał w czym może jej pomóc.
- Zgubiłam klucz w strumieniu gdy chciałam ugasić pragnienie. – Zaszlochała
Jurko obiecał pomoc i zanurkował w strumieniu. Po kilku próbach znalazł na dnie strumienia mały kluczyk. Był zrobiony z wypolerowanego drewna.
- Uczciwy z ciebie młodzieniec Jurko, więc za twą pomoc dam ci za żonę jedną z moich córek, najmłodszą Berth. Przyniesie ci sporo radości, kiedy dojrzeje i znajdzie swą kobiecość.
Następnego dnia do drzwi Jurkowej chaty zapukała dziewczyna. Była młoda, piękna i pełna energii. Młodzieniec pokochał ją od pierwszego wejrzenia, a i ona czuła szybsze bicie serca przy nim.
Jednak zapowiedziała mu, że kiedy opadnie ostatni liść i kwiat z drzew w jego sadzie będzie musiała odejść, a jemu nie wolno będzie jej szukać. Obiecała, że wiosną wróci ale musiał dać jej słowo, że będzie wierny i nie spyta jej o nic, czego sama nie zechce mu powiedzieć. Jurko obietnicę złożył i zatopił się w słodkie i czerwone usta żony.
Całe lato wspólnie pracowali, a potem odpoczywali pod drzewami obsypanymi białym kwieciem. Czasem szli na jarmark sprzedać jajka i ser, który sami robili. Berth zawsze stroiła się w czerwone suknie i korale tak samo czerwone.
Jednak ludzie w miasteczku, a zwłaszcza zawistne panny, które chętnie by zajęły miejsce Berth, źle o niej mówili. Zwłaszcza gdy z pierwszym mrozem dziewczyna zniknęła.
- Czerwień to kolor rozpusty. Na pewno porzuciła Jurka i za innymi w mieście goni. – Szeptali. Siali złe słowa do serca młodzieńca. Zimą zaś panny przymilały się do Jurka, obiecywały ciepła mu do domu przynieść.
Jurko wzdychał tylko a wieczorami gdy ogień w kominku wygasł jeszcze bardziej za żoną tęsknił. Zima zaś dlużyła mu się mocno.
Z pierwszym dniem wiosny gdy na drzewach w Jurkowym sadzie pierwsze liście i kwiaty się pojawiły do drzwi zapukała i Berth. Nie opowiadała gdzie była i co robiła, ale Jurko zauważył, że dojrzała jeszcze bardziej, a jej usta nabrały słodyczy. I suknia czerwieńszą się zdawała. O nic nie pytał tylko z radością ją przyjął. I znów razem pracowali, odpoczywali i na jarmarki jeździli, nic sobie z plotek nie robiąc.
Ale późną jesienią Berth znowu męża opuściła i wyjechała nie mówiąc gdzie i po co. A ludzie znów gadać zaczęli.
Rok po roku to trwało. Berth wracała wiosną w jeszcze piękniejszej czerwonej sukni i sama dojrzalsza i słodsza, a przed zimą opuszczała męża. On zaś tęsknił, ale wiernie na nią czekał i o nic nie pytał.
Siódmego roku ludzie nie tylko za plecami Jurka gadali. W gospodach przy grzanym winie, Jurkowe serce zatruwali.
- Nie wiesz gdzie zimę spędza, a ona pewnikiem łoże innego ogrzewa.
- Powinieneś jechać za nią i silą do domu sprowadzić, miejsce żony przy mężu jest.
- Przegoń ją i weź sobie naszą dziewczynę, pracowitą i uczciwą.
- Którejś wiosny nie wróci, zobaczysz, porzuci cię na pośmiewisko ludzi.
- Siedem lat a synów też ci nie dała.
Jurko z ciężkim sercem do domu wracał, a złe duchy podsuwały mu w wyobraźni straszliwe obrazy Berth w ramionach innych, którzy spijają z jej czerwonych ust słodycz dla niego przeznaczoną. Przeklinał w myślach obcą kobietę, że mu taką córkę za żonę podsunęła. A potem sam siebie ganił za te myśli i tęsknie wiosny wyglądał.
Tym razem Berth wróciła jeszcze piękniejsza i słodsza niż zawsze, a jej sukienka nabrała rubinowej barwy. Jurko poznał, że coś w żonie się odmieniło, ale cieszył się jak zawsze z jej powrotu.
Berth zaś wzięła go za rękę i zaprowadziła do sadu gdzie już kwitły białe kwiaty na drzewach.
- Jurko, tyle lat wiernie przy mnie trwałeś i mimo burz zimowych w twoim sercu nie złamałeś danego mi słowa. Pozwoliłeś mi dojrzeć i zachować swoje sekrety. Dziękuję. A za twą uczciwość i wierność dam ci swoją miłość i zostanę z tobą, póki śmierć nas nie rozłączy. Musisz jednak wiedzieć, że nie urodziłam się jako człowiek. Moją matką jest Pani Kwitnących Drzew, królowa Lata.
- Berth, moja kochana, dla mnie jesteś kobietą, kocham cię…
- I ja cię kocham Jurko. Dam ci silnych synów i piękne córki, a to… - Berth wyjęła małe pudełeczko z czerwonym pyłem i dmuchnęła na drzewa w sadzie. – Prezent od mojej matki.
Małżonkowie długo się do siebie tulili. Zaś kilka tygodni później Jurko i ludzie w miasteczku zobaczyli, że białe kwiaty na drzewach sypią swoimi płatkami niczym śniegiem, a w ich miejscu pojawiają się małe owoce. Latem zamieniły się w dorodne korale, czerwone jak korale i suknie Berth. Nigdy wcześniej nikt nie jadł tu tak słodkich i soczystych owoców. Ludzie kupowali je od Jurka i Berth, która w tym czasie była już przy nadziei. Wiosną powiła córkę, której dali na imię Teresinka od soczystych czereśni, które czerwieniły się w ich sadzie.
Jurko i Berth dożyli późnej starości, wychowali wspólnie córki i synów oraz pomagali odchować im wnuki. Berth w pełni dojrzała i poznała swą kobiecość. Nigdy też nie bala się upływu lat i z godnością i kobiecą mądrością przyjmowała to wszystko co przynosiło jej życie. I trudy i radości ludzkiego trwania wplatała w swoje doświadczenia i mądrość. A gdy odeszła za swym mężem do krainy duchów, jej matka Pani Lata naznaczyła czereśniowe drzewa mądrością swej córki. Od tego czasu ludzie nazywają Czereśnię drzewem kobiet, bo w jej cieniu dziewczynki i kobiety dojrzałe uczą się swojej duszy.
Szepcząca
....................
Autor obrazu: Myrtille Henrion Picco
sobota, 29 marca 2014
Baśńo poświęceniu Betuli
W pewnym północnym kraju, gdzie czas życia wyznaczały cztery pory roku, gdzie zimy były surowe, a lato gorące i zielone, mieszkała dziewczyna o imieniu Betula. Skórę miała jak śnieg białą, a włosy czarne jak zimowe noce. Mieszkała na skraju lasu w małej chatce nieopodal małego miasteczka, gdzie w każdy czwartek zjeżdżali mieszkańcy okolic na jarmark.
Betula była śliczna a do tego mądra i serce miała dobre. Każdemu chętnie pomagała, a ponieważ od dziecka uczyła się u babci szamanki, poznała też tajniki ziół, magii i uzdrawiania. I od rana do wieczora jeśli nie po lasach i łąkach ziół zbierała, to przyjmowała tych, co po radę do niej przychodzili. A ludzie do Betuli przychodzili często. A to po maść na swędzącą skórę, a to po krople dla dziecka by nie chorowały, a to po dobre słowo i radę. Zwłaszcza kobiety przychodziły do białolicej panny zostawiać ciężar swoich trosk. Bo jak nie mąż za często w gospodzie do kielicha zagląda, to dziecko zbyt rozrabia, albo to, które w łonie właśnie nosi dolegliwości przykre wywołuje. A Betulka cierpliwie słuchała, łzy razem z babą uroni, zioła na zdrowy pokarm w piersi poda, przytuli, w zwierciadło wody spojrzy i doradzi co zrobić.
Dzieci też się do niej chętnie tuliły i do matek z większą energią wracały, a do pomocy w gospodarstwie i zabawy skore.
A młodzi gospodarze z westchnieniem na nią spoglądali, bo Betulka śliczna i dobra, więc każdy taka by chciał na żonę. Ale jej serce jeszcze dla żadnego mocniej nie zabiło wciąż czekając.
Aż dnia pewnego przez leśny trakt grupa konnych z pobliskiego dworu jechała. Sam kasztelan z gośćmi z dalekiej północy na łowy się wybrał. I przy studni Betuli na popas stanęli.
Dziewczyna nie raz w kasztelani z pomocą uzdrowicielską bywała, ale tych gości nigdy nie spotkała. Silni jej się wydali i odważni. Zwłaszcza jeden z wojów, jasnowłosy Birk, rumieniec na jasnej twarzy wywołał. On też na piękną dziewczynę uwagę zwrócił.
Od tego czasu niemal każdego dnia przyjeżdżał do Betuli. Spacerowali po lesie, brodzili w pobliskim strumieniu, tańczyli na jarmarcznych zabawach, a ukradkiem kradli sobie pocałunki i snuli plany na wspólną przyszłość.
Jednak lato szybko minęło zakochanym a jesienią goście Kasztelana na Północ wracali. Birk obiecał jednak, że wiosną wróci po ukochaną.
Zima Betuli dłużyła się jak nigdy wcześniej, ale od pierwszych roztopów wypatrywła Birka niecierpliwie.
Jednak zamiast ukochanego leśnym traktem nadjechali kupcy z Północy przynosząc złe wieści. Z początkiem wiosny w grodzie Birka wybuchła epidemia gorączki. Wielu umierało, a choroba zabierała równo silnych wojów, jak i małe dzieci i wątłe kobiety.
Betula nie namyślała się wiele, spakowała szybko swoje zioła, kilka rzeczy na drogę i już gnała na Północ. Nieugięta i wytrwała jak tylko ona umiała.
Po 3 dniach zmęczona dotarła do grodu Birka. Wojownik leżał w gorączce, ale poznał ukochaną i poczuł jak siły mu wracają. A Betula nie tylko jego leczyła, ale i innych chorych. A gdy ktoś na jej rękach umierał, roniła łzy szczere a potem odprowadzała i jego duszę ku Słońcu.
Birk pod opieką narzeczonej pokonał gorączkę. I choć wciąż sil nabierał starał się pomagać Betuli. Razem wyrwali wielu ludzi z rąk choroby i przegonili jej Ducha daleko od grodu.
Gorączka jednak to Duch okrutny i mściwy. Nie minął miesiąc od kiedy ludzie w grodzie do zdrowia wracali, a Birk pojął za żonę śliczną Betulę, gdy nocą zakradł się pod dom nowożeńców. A był dużo silniejszy niż wcześniej, bo zabrał ze sobą swoich braci i siostry choroby.
- Odebrałaś mi moje żniwo. – Zasyczał budząc dziewczynę. A ponieważ Betula miała magię we krwi, usłyszała i zobaczyła Potężne Duchy. – Za to odbiorę ci radość. Do jesieni zabijemy wielu w tym grodzie. – Syczał uśmiechając się szyderczo.
Betula przeraziła się nie na żarty, ale też nie należała do kobiet, które się poddają.
- Jaka jest twoja cena za zostawienie tego grodu w spokoju? – Spytała cicho.
- Ty, Jasnolica, ciebie zabiorę, albo te dzieci.
Zadrżała Betula, a łzy wielkie zalśniły w jej oczach. Spojrzała na śpiącego Birka i aż jej się serce z żalu ścisnęło.
- Na łzy moje i magię moją przysięgniesz, że nie zabierzesz tu nikogo więcej? – Spytała
- Tak… - Powiedział po chwili niechętnie.
- Dobrze więc, zabierz mnie, a zostaw ten gród w spokoju, Ty i twoi bracia.
- Niech tak się stanie. – Duch dmuchnął w twarz Betuli, a ta osunęła się martwa obok Birka.
Straszna rozpacz i żal zapanowały w domu Birka i w grodzie. Ale miejscowy Kaplan od razu poznał co się stało i wraz z mieszkańcami grodu modły za spokój duszy dobrej Betluli wznosić zaczęli.
I stało się tak, że modły te usłyszała sama Bogini Życia, Matka Natura. Spojrzała na Ziemię i poznała co się stało. Zeszła do ludzi, którzy właśnie szykowali stos dla uzdrowicielki.
- Nie mogę wrócić jej życia, jakie prowadziła, bo oddała je za was. – Powiedziała do zebranych i Birka. - Mogę jednak dać jej magię i siłę, by dalej was chroniła i się wami opiekowała. Od teraz i na zawsze. – To mówiąc bogini złożyła pocałunek na czole Betuli. W tej samej chwili otoczyła ją jasność. Stos zaczął się rozpadać, powietrze wypełnił zapach świeżych ziół. Ciało Betuli uniosło się i otuliło jasnymi promieniami światła bielszego niż śnieg w słońcu.
- Birku – Bogini położyła dłoń na ramieniu pogrążonego w żałobie wojownika. – Twoja żona nosiła w sobie kiełkujący owoc waszej miłości. Da on początek Waszym dzieciom, które jak ich matka uzdrawiać będą, leczyć i chronić lud, który ukochała. Ty zaś odłóż miecz i wdziej białe szaty. Będziesz chronił swoje dzieci i przekazywał ich dary ludziom.
To mówiąc bogini rozpłynęła się w blasku. A tam gdzie wcześniej unosiło się ciało Betuli rosło teraz piękne drzewo. Korę miało białą jak skóra dziewczyny, znaczoną czarnymi plamami jak jej włosy. Liście zaś jej drobne były i zielone jak oczy uzdrowicielki.
Birk wtulił się w gładką korę i zapłakał, zaś drzewo także uroniło łzy.
Rok później w miejscu gdzie Betula zamieniła się w drzewo, Birk wraz z innymi kapłanami drzew dzianymi w biel zobaczyli, że ziemia wypuściła małe biało czarne pędy z zielonymi listkami.
Z czasem z tych właśnie drzew, które ludzie od imion Birka i Betuli nazwali brzozami, robiono zdrowotne mikstury. Pod tymi drzewami chroniono się przed urokami złych wiedźm, a gdy Duch choroby łamał dane Betul słowo, ludzie przybiegali do brzóz i potrząsali jej gałązkami i wołali: „Trząś mnie jak ja ciebie”. A wtedy brzozy przeganiały Ducha Choroby.
Osłabieni wtulają się w nią, jak kiedyś Birk, gdy łzy ronił za ukochaną, a wtedy siły i energia do życia im wracają.
Zaś szamani i uzdrowiciele nie raz nocą w blasku Księżyca widzą jak w gajach brzozowych tańczą lekko dziewczęta w biało czarnych sukienkach. I śmieją się. A między nimi jedna para się wybija ponad pozostałych tańczących. To dziewczyna o włosach czarnych i skórze białej, która tańczy w objęciach rosłego młodzieńca odzianego w białe szaty.
Szepcząca
czwartek, 27 marca 2014
Magia dla (nie) wtajemniczonych
Internet pełen jest magii, nie tylko tej wynikającej z czaru korzystania z sieci. Nie brakuje stron, portali, for i blogów o tematyce ezoterycznej, gdzie magia i czary są na porządku dziennym. Można tam znaleźć tysiące zaklęć, uroków, opisów rytuałów na różne życiowe sprawy od znalezienia miłości do dokuczenia nielubianemu szefowi. Wszystkie oczywiście opatrzone uwagami w stylu: Bezpieczne bo białomagiczne. Czasem notatka jednak wskazuje, że to sposób niepełny i tylko dla wtajemniczonych bo sięga już do magii wysokiej, wyjątkowej lub tej prawdziwej. Nie brakuje więc osób, które wiedzą i są magiczne (w większości te osoby same uczyły się z powszechnie dostępnych książek i stron w internecie na ten temat) i ogłaszają się z usługami przeprowadzenia rytuałów, rzucenia zaklęcia itp. Niestety nie brakuje i tych, co zachęcając do skorzystania z usług magicznych oferują rzucanie klątw i uroków. A chętnych nie brakuje, bo sama od lat wciąż otrzymuję maile i telefony z prośbą o urok lub klątwę. Wiadomo, najczęściej ma to dotyczyć zaklinania miłości. Te młode (95% tych próśb to młodzież gimnazjalna, licealna i trochę studentów) osoby są gotowe ponieść każdą cenę i żadne konsekwencje takiego nie są w stanie ich odwieźć od pomysłu zdobycia wymarzonego chłopaka czy dziewczyny. I nie pomaga tłumaczenie, wyjaśnianie na czym taki urok polega, co się może stać. Oni mają swój jeden koronny kontr argument : bo ja go(ją) kocham, a skoro kocham to jest to dobre.Otóż dobre nie jest dobre, bo działanie magiczne - skuteczne - powoduje zniewolenie tej osoby, naruszenie jej wolnej woli, zmanipulowanie jej. I potem zamiast wymarzonego chłopaka mamy bezwolną kukiełkę, która z każdym dniem nienawidzi partnera coraz bardziej, ale nie odejdzie, bo jest magią związany. Klasyczny toksyczny związek, do tego czasem zostający na kilka wcieleń. Ciężko się od niego uwolnić, a gdy się uda... Cóż konsekwencją takich zabaw w magiczne wiązanie drugiej osoby najczęściej jest samotność na wiele lat, jeśli nie na całe życie.
Druga grupa chętnie sięgających po usługi magiczne to osoby, które chcąc pomścić swoje krzywdy zlecają rzucenie klątwy na kogoś, bo np. wymarzony chłopak (dziewczyna) zakochał się w kimś innym i trzeba koniecznie odegrać się na rywalu lub tym, kto odrzucił uczucie.
Jeszcze chętniej po klątwy sięgają osoby, które po przestudiowaniu i wypisaniu sobie z internetu zapasu zaklęć, rytuałów, inwokacji i sposobów na magię zaczynają określać siebie mianem wiedź, magów czy czarownic i w poczuciu wyższości, nieograniczonych mocy i sił, a przede wszystkim wysokiego ego, zaczynają zabawy w magię. Tak, właśnie zabawy, bo osoby naprawdę wiedzące czym jest magia, znające jej zależności, siłę i działanie, korzystają z niej naprawdę ostrożnie, rozważnie i tylko gdy inaczej się nie da. W myśl maksymy Terego Pratchetta, że o wielkości maga (czarownicy) świadczy to jak często magii nie używa. Niestety próżno tłumaczyć to osobom, które za pomocą magii, chcą rozwiązywać wszystko, nawet to, czego rozwiązywać nie trzeba i śmieją si ę w nos tym, co naprawdę wiedzą. Do czasu. Bo zabawy magią nigdy się dobrze nie kończą. Czy się ją rusza samodzielnie, czy zleca w swoim imieniu komuś innemu. Bo konsekwencje rzucania klątw, uroków i zaklęć ponosi zamawiający. Magowie, wiedźmy i szamani (ci nie wychowani i szkoleni na portalach ezoterycznych), wiedzą, jak się zabezpieczyć, ukierunkować energię magii i w końcu nie wyrażają własnej woli. To zamawiający wyraża wolę, chęć i intencję, więc to on poniesie konsekwencje swoich decyzji i wyborów.
Ale osoby, które uważają siebie za magiczne bo znają zaklęcia z internetu i w cudzym imieniu klątwę rzucą, też swoje zapłacą. Inni, cóż znają ryzyko, wiedzą jak to działa i podejmują świadome i odpowiedzialne wybory. Bo za magię, jak za większość rzeczy też swoją cenę zapłacić trzeba.
W tym miejscu warto powiedzieć, że z magią jest jak z talentem artystycznym. Rysować może się nauczyć każdy, ale artystą z naturalnym uzdolnieniem nie każdy się rodzi. To samo dotyczy magii. Nie każdy zdoła rzucić naprawdę skuteczne i działające zaklęcie, nawet, jeśli odprawi perfekcyjny rytuał, zgodnie z instrukcją.
Jednak w przeciwieństwie do sztuk plastycznych, używanie magii, nawet przez osoby nie magiczne, może nieść za sobą poważne konsekwencje. Bo jak rysunek, nawet malowany niewprawną ręką dziecka zamazuje kartkę, tak magia porusza po tamtej stronie pewne nici. Magowie, szamani, czarownicy i wiedźmy wiedzą jak to działa i za które nici chwycić, a które omijać. Widzą i wiedzą, a do tego najczęściej mają silnych pomocników po tamtej stronie. Jednak ktoś, kto bawi się magią, bo znalazł w necie zaklęcie i próbuje czy ono zadziała, jest niczym mucha na pajęczej sieci. Magią raczej niewiele zdziała, ale co przyciągnie to jego. A przyciąga zwykle istoty chętnie korzystające z jego sił witalnych, energii, a także te, które lubią nam ludziom szkodzić i dokuczać. Nawet jeśli taka osoba okaże się mieć zdolności magiczne, to bez podstaw rzetelnej wiedzy, praktyk i medytacji jest jak dziecko błądzące we mgle nad przepaścią. I nie ma tu usprawiedliwienia, że się nie wiedziało.
Warto się, więc zastanowić zanim po magię sięgniemy. Nie na darmo w dawnych czasach magii uczono się w zakonach, bractwach lub u starych czarownic i wiedźm. Zanim się wykonało swoje pierwsze zaklęcie lata mijały na poznawaniu zasad, teorii, obserwacji, medytacji. I szkoda, że dziś niewiele osób poznaje i uczy się czegoś więcej niż treści z popularnych, choć nie tak wiarygodnych książek czy stron. Dziś wystarczy wpisać hasło w Google.
Warto się, więc zastanowić zanim po magię sięgniemy. Nie na darmo w dawnych czasach magii uczono się w zakonach, bractwach lub u starych czarownic i wiedźm. Zanim się wykonało swoje pierwsze zaklęcie lata mijały na poznawaniu zasad, teorii, obserwacji, medytacji. I szkoda, że dziś niewiele osób poznaje i uczy się czegoś więcej niż treści z popularnych, choć nie tak wiarygodnych książek czy stron. Dziś wystarczy wpisać hasło w Google.
No, ale cóż, po tamtej stronie nikt nie zapyta czy wiedziałam czy nie i co potrafię. Albo to pokażę, albo będę marionetką w rękach sił przynależnych do magicznego świata.
PozdrawiamAgnieszka "Szepcząca" Cupak
Subskrybuj:
Posty (Atom)



