niedziela, 1 maja 2011

Moje zakochania w Beltane

Beltane. Święto ognia i miłości. Dla większości nieświadomych to początek długiego weekendu majowego.
Poranek powitał nas słońcem i ciepłym tchnieniem. W taki dzień nie zostaje się w domu. W taki dzień należy rozpalić ogień, niezależnie jakim Bogom się cześć oddaje.


Wraz z synem i przyjacielem wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca gdzie zapalimy Ogień. Pierwotny plan przewidywał Ślężę. Jednak zniechęciła nas ilość rozkrzyczanych turystów. My szukaliśmy spokojnego miejsca na Ogień.
Skierowaliśmy się w stronę Góry Raduni.
I tu nastąpiło zakochanie.
Radunia owionęłam nas magią, kiedy tylko weszliśmy w porastający ją las.




Stałam długo, otulona ciszą natury, w której jedynymi dźwiękami był wiatr w koronach drzew i śpiew ptaków. Ten zaś koił zmysły, wyciszał emocje. Zbierałam w sobie światło, przebijające się wąskimi pasmami przez zieleń drzew. Przyglądałam się duchowi Raduni, który przysiadł na skale, między drzewami. Pozornie znudzony, uważnie obserwował każdego, kto wchodził na jego teren.
Nieznacznym skinieniem dał przyzwolenie.
Odprowadził nas spojrzeniem.

Szłam czując przypływ mocy, innej niż te, które już poznałam. Radunia obdarzała inną siłą.
Ukazywała na każdym kroku nowe piękno, nowe zachwycenia i zakochania.

Kiedy dotarłam do miejsca mocy, w którym duchy poprosiły o ofiarę, wiedziałam już, że jestem zakochana po uszy. Zakochana od pierwszego wejrzenia w Raduni.

Przyniesiona ofiarę złożyłam w wyznaczonym miejscu. Wibrowało specyficzną mocą. Koiło i pobudzało jednocześnie.
Tam też pojawił się anioł.

Zaraz potem Absolut objawił się w kolejnej odsłonie. W brzozowym gaju tańczyły leśne panny, brzozy, w swych białych sukienkach, uwodząc roześmiane świerki i klony. Wtórowały im lipy i sosny. Las zrobił sie na chwilę gwarny od ich śmiechu. Tylko na moment umilkły, przyglądając się nam beztrosko, z nieco wyzywającą miną. Zaraz potem wróciły świętować budzącą się miłość. Ta objawiała sie w pąkach i kwiatach.

Chwile później zachwycił nas widok. Naturalny taras był stworzony do podziwiania starszej siostry Ślęży. Ta zaś ukazała się w pełnej krasie.

Szukając miejsce dla Ognia, zobaczyłam dwa małe Enty, bawiące się na stromym zboczu. Las w tym miejscu dawał złudzenie uczestnictwa w Tolkienowskiej księdze.

Ogień zapłonął na małej polanie, przy drodze. Uczczony grą na bębnie, nakarmiony drewnem i igliwiem.
Zbłąkanym turystom, szukającym ciszy pozwalał odpocząć.
Zapraszaliśmy ich do Ognia. Ci, którzy przy nim się posilili, odeszli z nowymi siłami. Z nowym światłem i lekkością uśmiechu, sycąc się magią Raduni.

Przy moim Ogniu, gdziekolwiek on będzie, zawsze znajdziesz miejsce dla siebie.




Miejsce gdzie spotkałam Ducha Raduni



Ołtarz Ofiarny Raduni



Tańczące Brzozy


Droga wokół szczytu Raduni


Zabawa małych Entów


Zaklęty w kamieniu Sokół, a może ktoś inny?


Widok na Ślężę z Północnego zbocza Raduni


Ogień Beltane



Natura tworzy najpiękniejsze kompozycje

Moje zakochania w Beltane

Beltane. Święto ognia i miłości. Dla większości nieświadomych to początek długiego weekendu majowego.
Poranek powitał nas słońcem i ciepłym tchnieniem. W taki dzień nie zostaje się w domu. W taki dzień należy rozpalić ogień, niezależnie jakim Bogom się cześć oddaje.


Wraz z synem i przyjacielem wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca gdzie zapalimy Ogień. Pierwotny plan przewidywał Ślężę. Jednak zniechęciła nas ilość rozkrzyczanych turystów. My szukaliśmy spokojnego miejsca na Ogień.
Skierowaliśmy się w stronę Góry Raduni.
I tu nastąpiło zakochanie.
Radunia owionęłam nas magią, kiedy tylko weszliśmy w porastający ją las.


Stałam długo, otulona ciszą natury, w której jedynymi dźwiękami był wiatr w koronach drzew i śpiew ptaków. Ten zaś koił zmysły, wyciszał emocje. Zbierałam w sobie światło, przebijające się wąskimi pasmami przez zieleń drzew. Przyglądałam się duchowi Raduni, który przysiadł na skale, między drzewami. Pozornie znudzony, uważnie obserwował każdego, kto wchodził na jego teren.
Nieznacznym skinieniem dał przyzwolenie.
Odprowadził nas spojrzeniem.

Szłam czując przypływ mocy, innej niż te, które już poznałam. Radunia obdarzała inną siłą.
Ukazywała na każdym kroku nowe piękno, nowe zachwycenia i zakochania.

Kiedy dotarłam do miejsca mocy, w którym duchy poprosiły o ofiarę, wiedziałam już, że jestem zakochana po uszy. Zakochana od pierwszego wejrzenia w Raduni.

Przyniesiona ofiarę złożyłam w wyznaczonym miejscu. Wibrowało specyficzną mocą. Koiło i pobudzało jednocześnie.
Tam też pojawił się anioł.

Zaraz potem Absolut objawił się w kolejnej odsłonie. W brzozowym gaju tańczyły leśne panny, brzozy, w swych białych sukienkach, uwodząc roześmiane świerki i klony. Wtórowały im lipy i sosny. Las zrobił sie na chwilę gwarny od ich śmiechu. Tylko na moment umilkły, przyglądając się nam beztrosko, z nieco wyzywającą miną. Zaraz potem wróciły świętować budzącą się miłość. Ta objawiała sie w pąkach i kwiatach.

Chwile później zachwycił nas widok. Naturalny taras był stworzony do podziwiania starszej siostry Ślęży. Ta zaś ukazała się w pełnej krasie.

Szukając miejsce dla Ognia, zobaczyłam dwa małe Enty, bawiące się na stromym zboczu. Las w tym miejscu dawał złudzenie uczestnictwa w Tolkienowskiej księdze.

Ogień zapłonął na małej polanie, przy drodze. Uczczony grą na bębnie, nakarmiony drewnem i igliwiem.
Zbłąkanym turystom, szukającym ciszy pozwalał odpocząć.
Zapraszaliśmy ich do Ognia. Ci, którzy przy nim się posilili, odeszli z nowymi siłami. Z nowym światłem i lekkością uśmiechu, sycąc się magią Raduni.

Przy moim Ogniu, gdziekolwiek on będzie, zawsze znajdziesz miejsce dla siebie.




Miejsce gdzie spotkałam Ducha Raduni



Ołtarz Ofiarny Raduni



Tańczące Brzozy


Droga wokół szczytu Raduni


Zabawa małych Entów


Zaklęty w kamieniu Sokół, a może ktoś inny?


Widok na Ślężę z Północnego zbocza Raduni


Ogień Beltane



Natura tworzy najpiękniejsze kompozycje

sobota, 30 kwietnia 2011

Sen o....

Sen dziwny, pełen ruchu. Zaliczyłabym go do tych szamańskich.


Próbuję zdążyć do pracy. Odwożę kogoś. Przejeżdżając widzę sklep zoologiczny, notuję w pamięci by powiedzieć o tym, komuś z rodziny.
Jestem spóźniona 30 minut.
Teraz dla odmiany jestem uczestnikiem wypadku, współpracownik wychodzi z niego bez szwanku.
Jestem w jakimś miejscu, są dzieci, każde ma coś zaprezentować, ja razem z nimi. Mamy zatańczyć i coś zaśpiewać.
Mój syn śmieje się i czeka, a ja pzrenosze jego budowlę z klocków lego. Dom, gdzie się odbywa to przedstawienie jest ciemny i hałaśliwy. Pokój dziewczynki - mieszkanki tego domu - jest ciemny, ściany pomalowano na czarno, okna zasłonięte a jedynie pościel, firanki i burko są różowe.
Mówię do synka, że niestety budowla z lego została zniszczona ale on sie śmieje.
Słysze bębny. Idę za ich dźwiękiem. Na jasnej polanie siedzi ciemnoskóry wielki mężczyzna i gra na djmbe. Podoba mi się. Siadam obok niego o wyciągam swój bęben. Dostrajam sie do jego rytmu.
Nagle zauważam, że mój bęben jest przedziurawiony i jakiś mniejszy, jakby sam sie zmniejszył. Sprawdzam czy gra, wciąż gra czysto i pięknie mimo uszkodzenia. Ale w środku czuję niepokój. Żal i tęsknotę za tym bębnem.

W śnie pojawiała sie tez woda, deszcz, prysznic, w zasadzie taka woda, którą kojarzę z oczyszczaniem i życiem.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Bęben raz jeszcze


Bęben po poprawkach i dodatkach. Myślę, że tak juz zostanie, ale w razie czego kłócić sie nie będę. :D

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Leśne oczyszczanie deszczem

Lany poniedziałek chyba już tradycyjnie jest deszczowy. W tym roku także od rana zbierały się deszczowe chmury.
Mimo to po południu wyruszyliśmy na spacer do lasu. Zapach czeremchy niemal otumaniał wonią, pod nogami snuły się białe i żółte zawilce, a jasnota chowała się między pokrzywami.

Ptaki dawały koncert z każdej strony.
Zieleń ociekała soczystością, kojąc oczy. Uwielbiam zieleń tuz przed burzą. A Thor zapowiadał już grzmotami swoje nadejście.
Ja i syn szliśmy jednak wgłąb lasu, wyrywając z czasu jeszcze 40 minut, zanim spadł deszcz.

Dotarliśmy aż do trzęsawiska, które straszyło kikutami martwych drzew. Woda zdusiła je w korzeniach. Ich ciała zostały znacząc swoje cmentarzysko bez krzyży.




Za to strażniczka tej ciszy, żaba ostrzegłą nas głośnym rechotem by zawrócić ścigajac się z deszczem. Ten rzęsistą ulewą spadł na nas gdy tylko wyszliśmy na otwartą przestrzeń.

Ludzie biegnąc kulili się pod płachtami plastikowych siatek, parasolami. Każdy szybko wsiadał do auta.

A my rozłożyliśmy szeroko ręce i głośnym śmiechem poddaliśmy się temu rytuałowi oczyszczania. Grube krople deszczu spadałay na twarze zadarte wysoko w górę, spływały z włosów. Płuca nabierały wilgotnego powietrza, czując przypływ nowych sił.
Negatywne emocje i marazmy, spływały do ziemi wraz z tym wiosennym deszczem.
A z wnętrza serc głośnym śmiechem wybuchało z nas Światło Wszechświata.

Na koniec, już pod domem zaliczyliśmy rundę honorową po kałużach. Mam i jej syn. Na pustym blokowisku, zasnutym ulewnym deszczem skakaliśmy po wszystkich zagłębieniach, ochlapując się wodą i śmiejąc.
Takie puste podwórka w deszczu też maja swój urok.

Leśne oczyszczanie deszczem

Lany poniedziałek chyba już tradycyjnie jest deszczowy. W tym roku także od rana zbierały się deszczowe chmury.
Mimo to po południu wyruszyliśmy na spacer do lasu. Zapach czeremchy niemal otumaniał wonią, pod nogami snuły się białe i żółte zawilce, a jasnota chowała się między pokrzywami.

Ptaki dawały koncert z każdej strony.
Zieleń ociekała soczystością, kojąc oczy. Uwielbiam zieleń tuz przed burzą. A Thor zapowiadał już grzmotami swoje nadejście.
Ja i syn szliśmy jednak wgłąb lasu, wyrywając z czasu jeszcze 40 minut, zanim spadł deszcz.
Dotarliśmy aż do trzęsawiska, które straszyło kikutami martwych drzew. Woda zdusiła je w korzeniach. Ich ciała zostały znacząc swoje cmentarzysko bez krzyży.




Za to strażniczka tej ciszy, żaba ostrzegłą nas głośnym rechotem by zawrócić ścigajac się z deszczem. Ten rzęsistą ulewą spadł na nas gdy tylko wyszliśmy na otwartą przestrzeń.

Ludzie biegnąc kulili się pod płachtami plastikowych siatek, parasolami. Każdy szybko wsiadał do auta.

A my rozłożyliśmy szeroko ręce i głośnym śmiechem poddaliśmy się temu rytuałowi oczyszczania. Grube krople deszczu spadałay na twarze zadarte wysoko w górę, spływały z włosów. Płuca nabierały wilgotnego powietrza, czując przypływ nowych sił.
Negatywne emocje i marazmy, spływały do ziemi wraz z tym wiosennym deszczem.
A z wnętrza serc głośnym śmiechem wybuchało z nas Światło Wszechświata.

Na koniec, już pod domem zaliczyliśmy rundę honorową po kałużach. Mam i jej syn. Na pustym blokowisku, zasnutym ulewnym deszczem skakaliśmy po wszystkich zagłębieniach, ochlapując się wodą i śmiejąc.
Takie puste podwórka w deszczu też maja swój urok.