piątek, 14 stycznia 2011

Majowe słowa

"Bezpański Anioł"

Tanio....od zaraz do wzięcia....
Przechodzony...
Anioł do wynajęcia...
Z rąk do rąk wędruje....
Jak ciuchy przebrane...
Lub siedzi...
Patrzy w ścianę...
Nie je....
Patrzy tylko...
Płacze cicho we śnie...
Weźcie go...
Zanim z żalu zdechnie...

......................
autor: BeaMaj

sobota, 8 stycznia 2011

Anioły nie muszą być łagodne

Drażni mnie słowo „miłość”. Serio. Nadużywane „kocham cię” zaczyna przynosić odwrotny skutek. Przynajmniej dla mnie.

Idę na spotkanie z trenerem rozwoju osobistego, prowadzącym też zajęcia z regresu. Większość osób na spotkaniu to kobiety. Każda ślicznie uśmiechnięta, ubrana na jasno, pełna spokoju. Witają mnie ciepłym głosem i zapewniają, że teraz anioły poprowadzą mnie przez życie, tylko mam się otworzyć na ich światło.

Ok., jestem otwarta.

Trener opowiada o aniołach, o medytacji, przebaczaniu i miłości. O Bogu… Nie mówi, o jakim, i chwała mu za to. Potem tłumaczy, czym jest regres. Uprzedza, że nie jest łatwo zaakceptować fakt, że w przeszłości mogliśmy być kimś złym.

Nie podoba mi się określenie „zły”, zwłaszcza w zestawieniu z kolejnym zdaniem o nie ocenianiu. Każdy mówi o tym, że ocenianie innych nie jest właściwe, a jednocześnie każdy jakoś tam ocenia. Sama się tego uczę i wiem, jak trudne jest to zadanie.

Miłe panie opowiadają o swoich kontaktach z aniołami, ich świetle i miłości, jaką odczuwają na każdym kroku. Wszystko przeplatane jest powtarzanym sobie na każdym kroku „kocham cię”, tylko „Miłość”.

Potem każdy, niczym afirmację, powtarza, że kocha siebie i kocha świat, kocha ludzi, kocha swoich wrogów.

Mam mdłości.

Mówię, że też widuję anioły. Patrzą na mnie nieco dziwnie, ale nikt nie kwestionuje. Choć tyle dobrego.

- Co anioły zmieniły w Twoim życiu? – Pyta w końcu trener. – Na pewno zauważyłaś, że teraz życie jest piękniejsze, łatwiejsze…

- Nie. – Przerywam. – Nie jest łatwiejsze, bo anioły nie są łagodne.

Zapada niezręczna cisza. W końcu któraś z pań nieśmiało zauważa, że w astralu wiele jest istot duchowych udających anioły. Przytakuję potwierdzająco i słucham dalej. Pani ośmielona tym robi krótki wykład na temat aniołów opowiada o ich sposobie działania, ze poza miłością i czystą dobrocią oraz pocieszeniem nas, dają nam tez to, o co prosimy. Dlatego modląc się do nich i prosząc otrzymujemy wszystko. Anioły są czystą dobrocią i prawdą.

- Nie przeczę. – Znów przerywam. – Są dobrocią i prawdą. Tyle, że prawda nie zawsze jest miła. Uświadomił mi to boleśnie pewien Anioł Prawdy, który zepchnął mnie na dno mnie samej, tylko, dlatego, że wciąż zamiatałam pod dywan osobowości swoje lęki, frustracje, matryce, bolączki. Zepchnął mnie tam gwałtownie i mało łagodnie. Pokazał bagno odsuniętych spraw, półprawd i prawd wygodnych dla mnie. Zdjął zasłonę iluzji i zaślepienia z moich oczu, a potem mało delikatnie skopał tyłek mojemu ego. Na koniec podał świetlistą dłoń i pomaga mozolnie wspinać się z mroku do światła.

- To nie mógł być anioł, one są Miłością… - Oburzyła się inna pani.

Uśmiecham się tylko.

- Anioły są miłością, ale czasem okazują ją w niestereotypowy sposób. – Mówię po chwili by przerwać krępująca ciszę. – Moje doświadczenie uczy mnie też, że czasem droga wewnątrz siebie, która ma nas zaprowadzić do tego, co wielu nazywa: „Bóg jest Miłością” bywa bolesna i trudna. A anioły? Nie zawsze są łagodne. Dają nam to, czego potrzebujemy, na co jesteśmy gotowi i jak jesteśmy w stanie to przyjąć.

- Więc uważasz, że tkwimy w iluzji? – Pyta trener.

- Nie. Nie oceniam tego, bo każdy z Was we własnym wnętrzu wie, co myśli, czuje, jakie ma w sobie wzorce i jak one działają. Albo jeszcze sobie ich nie uświadomił, albo już przepracował. I każdy dostaje to, co jest gotowy przyjąć. Być może moje anioły nie są łagodne, bo tylko pokazanie bolesnej prawdy pobudzi mnie do działania. Każdy z ans widzi je na swój sposób, a prawdę o nich znają tylko one same.

- Czyli nie chcesz podążać drogą miłości? – Pyta z niedowierzaniem starsza pani w jaskrawożółtej bluzce.

- Może jeszcze nie jest jej czas, musi doświadczyć czegoś innego. – Wyjaśnia głośno smukła blondynka.

- Nie odrzucam miłości, po prostu wole ją w działaniu niż w słowach. Ale to moje doświadczenie. Każdy potrzebuje czegoś innego. Jak aniołów…Każdy z Was tutaj ma rację i jednocześnie każdy się myli. Zależy od miejsca gdzie się siedzi.

Ludzie nie lubią prawdy. Tej szczerej i prawdziwej, bo bywa nieraz przykra i bolesna. Dlatego z zachłanną lubością chwytamy się komplementów, a jeśli dwie osoby zwracają nam na coś uwagę, chętniej przyjmujemy do siebie, te bardziej korzystne i wygodne dla nas.

To naturalne, zjawisko i nie ma w nim nic negatywnego. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, wpadnięcia w iluzję. Dotyczy to zwłaszcza szeroko rozumianego rozwoju duchowego.

Ten, jak wiadomo, polega w dużej mierze na pracy nad sobą, przebudowie swego wnętrza, czasem nawet osobowości i spojrzenia na świat. Pozbycia się lęków, starych matryc i zastąpienia ich nowymi, lepszymi wzorami i wiarą.

Powiedzieć łatwo, wykonać trudniej. Technik sprzyjających temu jest wiele. Najczęściej sięgamy po afirmacje i medytacje. Niektórzy zaopatrują się w wiele mądrych książek z zakresu treningów osobowości, wypełniają arkusze radykalnego wybaczania, zapisują się na kursy asertywności itd., itp.

I po kilku tygodniach, wielu stronicach dalej, nagle przedstawiają się światu: Popatrzcie, oto nowy(a) Ja.

I bardzo dobrze, że coraz więcej osób zagłębia się w siebie, że wchodzi na drogi rozwoju duchowego. Pytanie tylko, czy zgodnie z naturą odrzucania boleśniejszej prawdy, nie popadamy w pewne iluzje i nie dostrzegamy tego, co ukryte jeszcze głębiej?

Czasem odnoszę wrażenie, że niestety tak.

Oczywiście wiem, że każdy otrzymuje tylko tyle i to, co gotowy jest przyjąć i zaakceptować. I bynajmniej nie twierdze, że każdy rozwój duchowy, każda ścieżka jest twarda, trudna i bardzo bolesna, i że funduje nam niemiłe doświadczenia emocjonalne. Nie. Czasem, jak mówią, wystarczy otworzyć oczy by się obudzić.

Czasem jednak nie, więc warto w tym naszym rozwoju duchowym być czujnym i obiektywnym, bo łatwo wpaść w pułapkę zaślepienia dobrze wykonaną pracą nad sobą, gdy tymczasem to dopiero może być jej początek. Sama tego doświadczam czasami i Bogu dziękuję, że zesłał mi dobre, choć czasem mało łagodne anioły, które przypominają o obiektywizmie i nie pozwalają osiąść na laurach.

Wiem też, że każdy z nas ma swoja ścieżkę i wyobrażenie o niej. Czasem jednak warto wyjść poza stereotypy i spojrzeć z boku na siebie i swoje doświadczenia.

………………………………….

Tekst pisany kursywą jest fikcyjny, to tylko moje luźne rozważania nie koniecznie właściwe. No cóż siedzę na swoim stołeczku ;)

wtorek, 4 stycznia 2011

Popełanianie poezji


"Obywatel H. S."

człowiek brzmi
opada echo wielkiego wybuchu
utrata skrzydeł nie boli.


piekło-ziemia-niebo
umowna granica. człowiek
brzmi drwiąco. doświadczam


upadku. echo, jęk
igraszka meteorów
zderzenie z ziemią boli


nagość chłodu. nauka chodzenia
wznoszenie się jest prostsze. człowiek
brzmi boleśnie


przebacz

................................................

"Wyznanie Pani B."

Fotony, twarz, istnienie
ukryta - ślad zostały, zero i jeden
przemierzam bez ciała niedotykalny wymiar


cyfry jeden i zero


w kolumnach nie nazwana
upchnięta duszą w tłum podobnych istnień
anonimowa wrażliwość na człowiek

słowo liczbą stało, nie ma mnie
- mogę wszystko, jestem bezimienna



jeden



czwartek, 23 grudnia 2010

Rozważania

Pokochałam pustynię, choć nigdy wcześniej moja stopa na niej postała. A jednak właśnie tam zapragnęłam tańczyć.

Wczuwam się w trwanie.

Pustynia ma urok życia i śmierci. Jest odbiciem dualizmu wszechświata, choć z pozoru wydaje się jałowa i martwa.

Pustynia to moje Tao, które odnalazłam na styku piasku i nieba nade mną.

Życie i śmierć są tu namacalne i dotykalne. Pulsujące istnieniem organizmy pod powierzchnią piasku i bielejące w nim kości tych, których czas się skończył.

Pozorny brak wody zrasza o świcie kroplami rosy ziarenka bezmiaru czasu. Palące słońce rozgrzewa krew za dnia by noc miała, co schładzać.

I jest tu cisza.

Cisza, która krzyczy tysiącami ulotnych dźwięków.

Lubię leżeć na granicznej linii życia i śmierci, na powierzchni piasku. Na linii mego Tao.

Tu wiem, że Tao jest milczeniem i jest mową. I nie ma w tym metali srebra i złota. Jest jedność.

Mówi się, że słowa nie są dobre, bo wprowadzają w błąd, nie opisują tego, co zrozumieć może tylko serce.

Tu na pustyni zaczyna się rozumieć ograniczoność słów. Bo Pustyni nie da się wyrazić słowem.

A jednak to właśnie słowo było pierwsze…

sobota, 18 grudnia 2010

Wędrowanie

Lubię góry. Góry, las, przyrodę. Kto w dzisiejszych czasach nie lubi?
Z okna widzę Góry Sowie i Ślężę. Dwa moje ukochane miejsca na Ziemi.
I gdy przychodzi dzień wolnego, jadę tam lub…. Tam.
Staję na początku szlaku i unosze powoli głowę ku szczytowi, na który zamierzam wejść.
Zaczyna się wędrówka.
Zwykle towarzyszy mi syn. Czasem ktos z przyjaciół. Ale tam na szlaku, w czasie wedrowania jestem tylko ja otaczający mnie świat. Ten zas jest jakby pełniejszy, bardziej tłoczny, bo zewsząd spoglądają na mnie ci, których z reguly nie zauważamy.

Kocham rozmowy ze sobą, moje wlasne medytacje w czasie tej wedrówki.
Wtedy bardziej otwieram się na Boga, a On mówi jakby głośniej i wyraźniej.
Co czuję?
Niepokój, a nawet lek, kiedy przemierzam uroczyska Gór Sowich. Cisza tego miejsca, gdzie nawet owady milkną jest ciężka. Inna od lekkości ciszy Pustyni.
Chłonę zieleń i dźwięk, kiedy przekraczam tę granicę życia i śmierci. I idę dalej. Przy szczycie odczuwam już drżenie a potem z radością wędrowca spoglądam na mój dom. Teraz jakby maleńki i odległy, z wysokości Wielkiej Sowy.
Inaczej jednak odczuwam potęgę Ślęży i jej odwiecznych duchów. Gdy idę w górę słyszę ich rozmowy i głosy. Mówią do mnie, czasem się skarżą, czasem zartują.
Nie oglądam się za siebie nigdy, kiedy wchodzę na Ślężę. Dla mnie to rodzaj prawa.
Na szczycie, za starym, opuszczonym kosiółkiem jest skała. Poszarpana gdy się na nią wchodzi i płaska jak stół gdy się już na niej stanie. Dla mnie i syna to sam szczyt tej świętej góry. Kładziemy się na nim i obserwujemy sokoły na niebie. A potem wyciągamy bębny i gramy w rytm jai dyktuje nam serce, i nie ma świata wokół, tylko My, Moc Ślęzy i duchy tej góry. Nawet jej władca, Mądry Niedźwiedź, przysiada obok. Przymyka powieki i słucha rytmu serca bębna i Ziemi. I góry.
Na te jedną chwilę nie ma wokół nic. Ani turystów, ani gwaru ani nawet nas. Tylko Rytm. Życie.
Wokół leżą rozsypane runy i amulety, które chłoną moc tej świętej góry. Nasycają się nią by potem oddać ją nam.
Bęben cichnie i wraca życie.
Ja i syn powoli schodzimy w dół. Często w milczeniu, często rozmawiając już o zwyczajnych sprawach jak matka i dziecko. Magia została na szczycie i w nas…
Nie oglądamy się za siebie….

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Pustynna cisza

Pustynia ma w sobie magiczny urok ciszy i pustki, a jednoczesnie przepełniona jest tętniącym życiem. Nie dziwię się mistykom, ze wlasnie na pustyni szukali oświecenia.
Witold Gąbrowicz napisał kiedyś: „Pustka. Pustynia. Nic. Ja sam tutaj jestem. Ja sam.”
Ja bym sparafrazowała to tak: „Pustka. Pustynia. Nic. Ja i Bóg tutaj, sam na sam”.

Na pustyni jest cisza. Cisza nie zakłócana niczym.

Leżę na piasku. Moja dłoń niczym klepsydra przesypuje ziarenka. Saharyjskie, drobne. W dotyku Pustynia jest aksamitna. Miękka i cicha jak szept aniołów. Nie istnieje czas, istnieje Trwanie.
Leżę, spoglądam w niebo, moje ciało wibruje życiem.
Cisza jest namacalna, materialna w dowolnej formie, jaką jej nadamy.
Odczuwam Bycie.
Jestem.
Trwam.
Życie wokół mnie tętni, niczym wartka krew w żyłach. Wyczuwam je każdą komórką mego ciała. Wszystkich moich ciał. Mojej duszy.
Pustynia żyje. Tuż pod powierzchnią piasku faluje w milionach istnień.
Jestem Jednością z nimi.
Pustynia.
Ja i Bóg. Jedność.
Wstaję i idę w światło. Nie zostawiam już śladów stóp na piasku. Jest dzień czterdziesty pierwszy….

poniedziałek, 22 listopada 2010

Przypowieść o zatrutej studni


"-Opowiem Ci pewną historię.Raz pewien potężny czarnoksiężnik, chcąc zniszczyć królestwo, wlał magiczny płyn do studni, z której czerpali wszyscy mieszkańcy. Ktokolwiek napił sie tej wody, stawał się szalony. Nastepnego ranka wszyscy mieszkańcy napili sie z tej studni i każdy z nich popadł w obłęd, z wyjątkiem króla i rodziny królewskiej, która miała własną studnię, a do niej czarnoksiężnik nie zdołał dotrzeć. Zaniepokojony król próbował opanować sytuację, wydając szereg dekretów, które miały poprawić bezpieczeństwo i stan zdrowia mieszkańców, jednak strażnicy i inspektorzy , którzy również napili się zatrutej wody , uznali dekrety za absurdalne i wcale nie zamierzali ich wypełniać. Gdy do poddanych dotarła wieść o królewskich dekretach, doszli do wniosku , że ich władca oszalał i głośno protestując, udali się pod pałac , domagając sie jego abdykacji. Zdesperowany król gotów był już opuścic tron, ale królowa powstrzymała go słowami - chodźmy teraz i my napić się tej wody. Wtedy staniemy sie tacy jak oni. I tak też uczynili. Kiedy tylko król i królowa napili się wody szaleństwa , natychmiast zaczeli mówić od rzeczy . Wówczas poddani zaczęli go żałować .
Skoro król zaczął przemawiać tak mądrze , dlaczego nie zostawić rządów w jego rękach? I spokój znów zapanował w królestwie, choc ludzie zachowywali się w nim całkiem inaczej , niż mieszkańcy ościennych krajów. Zaś król panował aż do końca swoich dni.. -Czy wiesz co jest zamurami tego budynku? -Ludzie ,którzy napili się zatrutej wody? -Właśnie-przytaknęła-Uwazają się za normalnych,bo wszyscy robią to samo."
............
Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć"

Obraz: Jacek Malczewski seria 'Zatruta Studnia"