środa, 10 listopada 2010

Odkrywca czy Twórca

„Życie to nie proces odkrywania, lecz tworzenia, i w tym tkwi najgłębszy jego sekret. Ty nie odkrywasz siebie, lecz siebie tworzysz na nowo. Trzeba więc, abyś dążył nie do ustalenia, Kim Jesteś, lecz Kim Pragniesz Być.
Aby sobie przypomnieć, na nowo, stworzyć, swą Prawdziwą Istotę.” D.N. Walsch „Rozmowy z Bogiem”
Powyższy cytat zaznaczyłam jaskrawym markerem i przeczytałam kilka razy. Było to bowiem zaprzeczeniem tego, co mnie uczono.
Bo czyż w końcu każdego dnia nie odkrywamy w życiu i w świecie czegoś nowego? Owszem odkrywamy, ale w większości poprzestajemy jedynie na tym odkryciu. I nie robimy z niego użytku. To tak, jakby odkryć światło i zamknąć je w pudelku, a samemu dalej narzekać na panujące wokół ciemności.
Wielu z nas wkracza na drogę tzw. Rozwoju Duchowego. Czyta ciekawe ksiązki o tym jak medytować, jak postrzegać świat, jak odnaleźć się w świecie, na co zwrócić uwagę. Odkrywa też ten subtelny, pozazmysłowy świat. Z czasem odkrywa też siebie i to Kim Jest. I często kończy się to jedynie wzrostem Ego, które żeruje na fakcie, że Odkrywca wie więcej od przeciętnego Kowalskiego, nawet jeśli ten Kowalski jest Jednością z Odkrywcą. Owszem jest jednością, bo tego uczą „nowoerowe” ksiązki, ale Odkrywca wie, że to ta gorsza połowa Jedności.
Wczoraj ja też byłam Odkrywcą. Ale dobre anioły włożyły w moje spragnione odkrywania ręce książkę i zawarte w niej słowa przytoczone na początku tego tekstu. Słowa, które mnie zatrzymały.
Uzmysłowiły mi, że odkrywanie to nie cel, a środek do tworzenia. Nie chodzi o odkrycie Kim się Jest, a następnie postrzeganie siebie odkrytego jako kogoś wartościowszego od innych, tylko dlatego, że wie, że odkrył. Odkrywać trzeba źródło takich a nie innych postaw, odkrywać trzeba nasze wewnętrzne matryce i je zmieniać. Kreować. Stawać się Twórcami samych siebie.
Koniec z szukaniem (odkrywaniem) winnych takiego, a nie innego stanu rzeczy w nas. Pora przyjąć na siebie odpowiedzialność za siebie i to jacy jesteśmy. Bo tylko pełna odpowiedzialność da nam 100% wolności. Wolność zaś pozwoli stworzyć siebie od nowa. Pomoże poznać Kim Chcę Być i stac się Tym Kim Chcę Być.
Przychodzą do mnie czasem osoby z różnymi problemami. W trakcie rozmów często obserwuję spychanie winy za dany stan rzeczy na innych. Od rodziców zacząwszy, poprzez przyjaciół, los a nawet na Bogu kończąc. Bywa, że zadaję wówczas pytanie, czy nie pozwoliłeś (aś) na to by tak się stało? Najczęstsza odpowiedzią jest, że nie miało się na to wpływu.
A jednak mamy wpływ na wiele, boimy się jednak odpowiedzialności i samodzielności. Ten strach zaś nie pozwala nam kreować siebie takimi jacy Byśmy Być chcieli.
Jednak umyka nam w tym jedna bardzo istotna rzecz, a mianowicie fakt, że trwając w takim a nie innym stanie rzeczy, nie zmieniając nic w swoim życiu, mimo wszystko jesteśmy Twórcami. Ponieważ brak zmian to kreowanie wciąż od nowa siebie takim jakimi nie koniecznie chcemy być.
Odkrycie takich a nie innych matryc w sobie, ale brak reakcji i chęci zmian to tworzenie powtarzających się schematów. Jak ustawienie kserokopiarki na nieskończoną ilość kopii, które tworzymy.
Biorę głęboki oddech i staję się wolna. Zaczynam zmieniać swoje matryce i tworzyć siebie od nowa. Odkryłam Kim w Istocie Jestem i Kim Chce Być. Czy uda mi się moje dzieło doprowadzić do końca nie wiem, ale nie stanę w miejscu zakładając, że nie warto, bo efekt może być mierny. Niech będzie i mierny, ważne by jakiś w ogóle był.

wtorek, 9 listopada 2010

Wędką po głowie

Dostałam wędkę. A dokładniej wędką po głowie. Zanim się sama opamiętałam, ktoś wysoko postawiony zafundował mi niezła „jazdę”. Z dnia na dzień zostałam z przysłowiową ręką w nocniku, bez widoków na przyszłość. Nic tylko usiąść i płakać, co też uczyniłam. Tyle, że łzy nie są dobrą przynętą na ryby. Trzy pudełka chusteczek później powiedziałam dość i chwyciłam tę wędkę, co nią dostałam po łbie i poszłam na ryby. Moja przyjaciółka dostała wózek inwalidzki. To dopiero wędka, nic tylko siedzieć i ryby łapać. Ja dostałam lżejszy model speeningowy. No ale jak się wcześniej żyło tylko na darowanych rybach i jeszcze narzekało, że nie tak przyprawione, albo gatunek nie taki, to teraz trzeba samemu łowić.
Siedzę, więc i łowię. I to łowienie tak mi się spodobało, że i innych do niego zachęcałam (i wciąż zachęcam). Otworzyłam nawet wędkodajnię, a i ryb trochę dorzucałam. Tylko jakoś wciąż nikogo na tym łowisku nie widać, a i inne pustkami świecą.
Pytam, co się stało, czemu nie łowisz? Najczęściej słyszę, że odwagi brakuje, albo, że łowisko nie takie, przynęta pewnie nie najlepsza a i pogoda na łowienie też zła. No cóż, można i tak. Zamykam, więc wędkodajnię i ruszam przed siebie. Mam w zadku, co inni zrobią ze swoimi wędkami. I mam tam też to wszystko, co świat sobie myśli i ocenia. Zbyt długo żyłam podług wizji innych, teraz przyszła pora na własną wizję. Zadzieram głowę do góry i przyglądam się szybowcom na niebie, zawieszonym nad moim światem. I już nie tęsknię za wolnością, jaką daje taki swobodny lot w przestworzach. Bo wolna jestem, od kiedy zrozumiałam czemu dostałam wędką po głowie i odważyłam się żyć. Nie ma, więc tęsknoty, jest tylko odwaga i radość.
Wędkujemy z przyjaciółką we dwie, ona już z inną wędką, bo wózek porzuciła na rzecz chodzenia. Tak się skubana z tą swoją wędką zawzięła, że tylko przykład brać.
Zaczynamy przypominać mistrzynie, bo łapiemy się na tym, że „życiowe pechy” i tak zwane nieszczęścia, traktujemy jak najcenniejsze dary. Bo to nasz własny surwival, który tylko wzmacnia.
Już się nie przejmuję ocenami innych, bo to ich problem, nie mój. Nie czekam już na wędkarzy, nawet tych, którzy dostali wędkę ode mnie, bo i po co? Zechcą pójść na łowisko, to pójdą. Poproszą o przynętę, dostaną, ale odwagi to ja im nie sprezentuję, bo nie mam takiej mocy. Zresztą, jak komuś wygodniej tylko patrzeć tęsknie w niebo za szybowcem lub sokołem, to jego wola, zresztą w pełni wolna.
Ja już wybrałam drogę i nie zamierzam z niej zbaczać, tylko dlatego, że z głębi siebie czasem wyłowię szczerzącego się rekina. Wyhodowałam takiego to i mam, co łapać. A jak złapię to wypatroszę i dalej idę, śpiewając pod nosem o swej dzikości. I szczerze się uśmiecham do tych skrzydlatych na górze, za tę wędkę, co mi nią po głowie dali.
A jak ktoś spyta, to powiem, że nie ma, co czekać na inną wędkę, inny czas i inną przynętę, od tych, co już się je ma, bo te są idealne na naszą miarę. Ale nie oglądam się już by zobaczyć, czy ktoś z tych rad skorzysta i pójdzie na łowisko. Jestem na to zbyt dzika.

poniedziałek, 8 listopada 2010

W objęciach Demona Lęku

Większość z nas uważa się za osoby odważne. Tak naprawdę mało, który człowiek nie ma w sobie lęków i strachów. Nie mam tu na myśli wszelkiego rodzaju fobii, a jedynie zwykłe, codzienne leki, które z czasem z niczego przekształcają się w okrutnego olbrzyma, chcącego nas pożreć. Tymczasem droga lęku jest drogą prowadzącą w stronę mroku, także tego, jaki każdy z nas skrywa w sobie. Krocząc tą drogą ujawniamy w sobie wiele negatywnych emocji, takich jak agresja, frustracja, pesymizm. Zamykamy się na otaczający świat i najważniejszą rzecz, jaka w nim istnieje, na Miłość.
Strach został wpisany w nas u zarania dziejów i jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania w świecie. To on czyni nas ostrożnymi, i sprawia, że przetrwaliśmy, jako gatunek. Ten wpisany w nas strach jednak nie jest tym samym, co lęk. Niestety często mechanizm, który miał nas chronić przed zagrożeniami świata natury, rozrósł się w nas do rozmiarów lęku. Ten zaś już nie czyni nas ostrożnymi. Zamiast tego każe nam sięgać po tabletki na uspokojenie, funduje nam nieprzespane noce, utratę wiary, energii, zamknięcie się na miłość, brak zaufania, depresje, samotność, agresję…
Martwimy się na zapas, zamiast żyć chwila obecną w Tu i Teraz. Zamykamy się przed partnerami i przyjaciółmi, uznając, ze lepiej tak, niż potem się rozczarować. I często potem wzdychamy ciężko, że nasze przewidywania się sprawdziły. Czujemy się porzuceni, osamotnieni, bezradni i bezbronni. Ale nie dostrzegamy tego, że otrzymaliśmy to, w co wierzyliśmy.
Zamkniecie do wewnątrz sprawia, że to, co na zewnątrz odsuwa się od nas.
Mam przyjaciela. Najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Kogoś, kto po prostu Jest. Kogoś, z kim dzielę i radość i łzy, kto stoi obok, kiedy trzeba, kto rozumie i wybacza, cieszy się moja radością i smuci moim smutkiem. Takich ludzi spotyka się raz na milion. Ja nazywam ich aniołami. Jeden z takich aniołów wkroczył pewnego dnia w moje życie. Jednak lęk sprawia, że wciąż się zamykam na te jego anielskość. Patrząc z boku wygląda to jak wysuwanie nosa z mysiej dziury. Poniucham czy przyjaciel nie jest kotem i choć serce mówi, że nim nie jest, na wszelki wypadek cofam się na bezpieczny teren mojego wnętrza. Co gorsza przestaję wierzyć, ze taki ktoś jest obok, bo przecież taka beznadziejna mysz jak ja, nie zasługuje na anioła. Mimo to on trwa obok mnie i wyciąga rękę. A lęk, który w sobie wyhodowałam sprawia, że wciąż ją odrzucam. I pielęgnuje nowy lęk, przed tym, że pewnego dnia ta przyjacielska dłoń nie wyjdzie do mnie. Uzna, że już nie warto, bo i tak zostanie odrzucona. Tworzy się błędne koło stresów, lęków, opadania na dno zalegającego w nas błota, z którego coraz trudniej się wydostać.
Prawdopodobnie większość osób w wielu życiowych sytuacjach zachowuje się i myśli podobnie. Obawiamy się wyrzucenia z pracy, odrzucenia przez partnera, przyjaciela, rodzinę. Obawiamy się chorób, wypadków, samotności, bezsilności. Jednocześnie marzymy, aby ktoś wziął nas w ramiona, wyciągnął w naszą stronę dłoń, pochwalił za dobrze wykonaną pracę, oddalił od nas lęki.
Jednak nikt tego za nas nie zrobi. Ani matka, ani partner, przyjaciel ani nawet anioł.
Więc trwamy sobie na dnie błotnistej studni naszej duszy, oglądając świat z jej perspektywy. A krajobraz, jaki z niej widać utwierdza nas w naszych lękach. Dostrzegamy, bowiem tylko to, co może się nie udać. W naszych słownikach częściej goszczą słowa: nie mogę, nie da się, nie umiem, nie zasługuję, nie potrafię, nie mam czasu. Widzimy ciemne strony, odrzucamy w obawie przed odrzuceniem, obwiniamy się o wiele, o jeszcze więcej obwiniamy świat, a nawet Boga. Zamiast szukać nowych dróg, siadamy na rozdrożu i szlochamy, bezradni, niezdolni podjąć decyzji, w którą stronę chcemy iść. Bo na każdej z możliwych dróg może czaić się upiór lub nawet demon naszych największych lęków.
Znów odrzuciłam dłoń przyjaciela, a mój lęk sprawił, że nawet zatrzasnęłam mu drzwi przed samym nosem. Tylko w tej mysiej norze na rozdrożu jest mi źle. Samotnie, pusto i jakoś tak szaro. Gdzie nie spojrzę są tylko bezradoności, ślepe uliczki, ciemne zaułki nie dających się rozwiązać problemów i ponure perspektywy na przyszłość.
Mogę tu zostać i płakać w poduszkę. Mogę do tych widoków dodać i ten, że anioł więcej nie zapuka do mnie. Mogę. Nie musze. Bo niczego w życiu nie muszę. Mam wybór. Wystarczy wstać i wyjść, ruszyć do przodu. Nie ważne, w którą stronę, byle dalej od tego rozdroża. Stanie w miejscu niczego nie zmieni, a kto wie, co kryje się za zakrętem? Być może mój anioł, który wciąż wyciąga dłoń, a może demon leku, którego przyjdzie mi pokonać? Nie wiem, ale idąc przynajmniej dokądś dojdę. Z tarczą lub na tarczy, ale dojdę.
Po drodze zajdę jeszcze do mego przyjaciela. Powiem mu „cześć” i spytam, czy potowarzyszy mi w tej drodze jeszcze raz. A jeśli odmówi z lęku, że znowu go odtrącę, spróbuję się stać dla niego aniołem, jakim on jest dla mnie. Pewnego dnia wyciągnę go z mysiej dziury. Znajdę też nowe rozwiązania i możliwości, bo w Tu i Teraz jest ich wiele. Stąpam jeszcze ostrożnie i skrajem drogi, ale już nie stoję w miejscu. A demonami przyszłości zajmę się, kiedy je spotkam. Jeśli w ogóle spotkam.
Pozdrawiam

P.S.
Pukam do Ciebie i proszę byś mi otworzył. Kolejny raz. A pod próg wsuwam kartkę z napisem: „Dziękuję Ci, że Jesteś. Ja też Jestem. I Będę.”

To ja tworzę cień


W życiu zawsze warto coś zmieniać na lepsze. Trwanie w miejscu nie prowadzi do niczego i blokuje rozwój. Czy wybierzesz naukę, ezoteryke, rozwój duchowy, czy też całkowicie oddasz się swojej pasji, nie zatrzymuj się w miejscu. Poszerzaj swoją wiedzę, doskonal ciało, umysł, ducha lub wszystkie te rzeczy na raz.
Zrób cos dla siebie. Nie z konieczności czy z obowiązku. Nie z egoizmu, ale dlatego, że jesteś tego wart(a). Medytuj i szukaj harmonii w sobie i otaczającym Cię życiu. I wykorzystaj to do polepszenia swego życia.
Zacznij od zmiany postrzegania siebie. Zanurz się w siebie, zobacz to, co w sobie kochasz i to, czego w sobie najbardziej nie znosisz. Odpowiedz na pytanie, dlaczego to lub tamto wzbudza w Tobie niechęć. Czy to tak naprawdę Twoja niechęć, to wynik odbicia matrycy, jaką wtłaczano w Ciebie przez lata? Czy wszystko w sobie akceptujesz, czy nie akceptujesz niczego? A może rodzice, albo partner mieli wobec Ciebie oczekiwania, których nie spełniasz? I to nie dlatego, że jesteś osobą nieudolną, gorszą czy złą, ale dlatego, że masz inną drogę i inne doświadczenia do przerobienia. Tylko, czy te oczekiwania innych nie odbiły w Tobie rodzaju matrycy negatywnego postrzegania siebie? Albo poczucia winy?
Osobowość każdego z nas składa się z gromadzonych doświadczeń, wychowania, nauki. Wielki wpływ mieli na nas rodzice, którzy modele wychowawcze przejęli najczęściej ze swoich domów lub wprowadzali takie, jakie powszechnie uznaje się za słuszne. Czy one słuszne są, to już inna sprawa, a psychologia może na ten temat wiele powiedzieć.
Problemów, z jakimi każdy z nas się boryka, które w sobie czasem dusi, jest wiele. Nie sposób tu wymienić każdego. Jedna osoba będzie miała zbyt niskie poczucie własnej wartości, inna zbyt wysokie mniemanie o sobie. Ktoś inny ukryje się za kompleksami dotyczącymi urody, ktoś inny schowa się za chorobą. Jeden będzie wiecznie potwierdzał niesprawiedliwość świata swoim „A nie mówiłem”, inny próbuje przefrunąć przez życie na przesadnym luzie. Ktoś cierpi na samotność, inny na brak pieniędzy lub nie taką pracę. Ile osób tyle różnych problemów.
Jednak trwanie i utwierdzanie się w nich niczego nie zmieni, a jeśli tak to na gorsze. Bo lęki, stresy, brak zrozumienia ze strony otoczenia czy niskie poczucie własnej wartości, prowadzą w końcu do depresji, albo ujawniają się w postaci choroby. Zbytni luz nagle może okazać się zgubny i w rezultacie prowadzi do tego samego.
Dlatego warto przystanąć na moment. Zagłębić się w siebie, poszukać tam przyczyny swoich niepowodzeń, kompleksów, braków. Spojrzeć na siebie okiem innych osób. Bez przesadnej krytyki, za to uczciwie i z pełną odpowiedzialnością. Jeśli czujesz, że winę za twój stan, stres czy niepowodzenia ponoszą np rodzice, zastanów się, jak to zmienić? Pomyśl, ile razy pozwoliłeś(aś) na to by odbijano w Tobie taką, a nie inną matrycę? Przyjmij odpowiedzialność za swoje życie. W pełni.
Nie obwiniaj się jednak, ale to zmień. Czasu się nie cofnie, więc nie ma sensu obarczać się winą, płakać za utraconymi szansami. Powiedz sobie: „To Ja tworzę cień”. I znajdź w sobie wszystkie cienie, jakie zostały stworzone. Lęki, złości, agresje, kompleksy, itp. To są właśnie cienie stworzone przez Ciebie. A gdy już znajdziesz wszystkie rozświetl je swoim światłem, zmień w siłę, jaką daje doświadczenie, wyciągnij naukę. Przeszłości zmienić nie można, ale działania w teraźniejszości kształtują przyszłość.
Taka podróż w głąb siebie może być przykra, ale jest potrzebna. Kiedy zaś poznasz odpowiedzi na postawione pytania, poszukaj najlepszej metody by zmienić siebie, swoje życie i swój świat na lepszy. Mogą to być afirmacje, medytacje, znalezienie nowej pasji, czy cokolwiek innego, co Ci odpowiada. Najważniejsze by zmienić swoje postrzeganie siebie. Zrozumieć, ze każdy z nas jest wyjątkowy i wartościowy. Nie ma ludzi lepszych i gorszych, są inni. Ty także jesteś Jedyną W Swoim Rodzaju Istotą. Nie ważne jak wyglądasz, jakie masz wykształcenie, co umiesz, czym się interesujesz, ile zarabiasz. Byłeś, Jesteś i Będziesz Istotą Doskonałą, Dziełem Boga, kimkolwiek On Ci się wydaje. A jak wykorzystasz czas od narodzin do śmierci, zależy tylko od Ciebie. Zmieniaj w sobie i w życiu, to, co uznasz, że zmienić należy. Przestań Tworzyć cienie, a jeśli jakieś się przydarzą, rozświetlaj je. Nie obarczaj winą świata, ale odpowiedzialnie i samodzielnie idź do przodu. Nie szukaj usprawiedliwień, a rozwiązań i możliwych dróg. Przede wszystkim zaś szanuj siebie i innych. I nigdy nie zapominaj Kim Jesteś.

Dwie drogi


Kto z nas nie marzy o szczęściu, miłości, spokoju? Chyba nie ma takiej osoby. Tymczasem życie weryfikuje te marzenia. Nasza wielka miłość okazuje się często wielkim rozczarowaniem, wymarzona praca, udręką, życie towarzyskie nie spełnia naszych oczekiwań, a wymarzone wakacje były deszczowe. Co jest przyczyną naszych niepowodzeń? Naszych rozczarowań?

W Króliczej Norce niejednokrotnie pisaliśmy o konieczności zmian tkwiących w nas matryc. Pracy wewnątrz siebie, w umyśle i tym, co on kreuje i tworzy. A tworzy taką, a nie inną rzeczywistość. Jednak nie wystarczy tylko zmienić matrycę w sobie, wypracować nowe wzorce i zacząć tworzyć siebie od nowa. To ważne, lecz bez wyboru drogi możemy pewnego dnia znowu obudzić się z przeświadczeniem, że w naszym życiu coś jest nie tak.
Królicza Norka pokazuje nam, Kim w Istocie Jesteśmy i czego pragnie nasza dusza. Ale trzeba jeszcze dokonać wyboru drogi. Jednej z dwóch, bo żadnej innej możliwości nie ma. Nasza wolna wola sprowadza się tu tylko do wyboru miedzy doświadczeniem lęku, a miłości.
W książce „Rozmowach z Bogiem” D. Walscha ukazano właśnie wybory tych dróg. Poniżej pozwoliłam sobie przytoczyć fragment książki:

„Wszystkie ludzkie postępki w gruncie rzeczy wynikają ze strachu lub z miłości. Tak naprawdę istnieją tylko te dwa uczucia – dwa słowa w mowie duszy. Stanowią one przeciwne bieguny całego (…) stworzenia, a także świata, w jakim żyjesz.
Rozpiętość między tymi dwoma punktami, Alfą i Omegą, pozwala zaistnieć systemowi zwanemu przez ciebie rzeczywistością względną. Bez nich, bez tych dwóch idei, niemożliwa jest żadna inna idea.(…)
Każda ludzka myśl, każde działanie, zakorzenione są albo w strachu, albo w miłości. Nie ma innej motywacji, a wszelkie inne pojęcia to tylko pochodne tych dwóch biegunowo różnych idei. To po prostu różne wersje, różne ujęcia tego samego tematu.(…)
Każdy wybór, jakiego dokonujesz, podyktowany jest jedną z dwóch możliwych myśli: lęku lub miłości.(…)
Strach to energia, która kurczy, zamyka, wciąga, ucieka, chowa, gromadzi, szkodzi.
Miłość to energia, która rozciąga, otwiera, wysyła, zostaje, odsłania, ofiarowuje, goi.
Strach nas okrywa, miłość ukazuje nagą prawdę o nas. Strach trzyma się kurczowo stanu posiadania, miłość rozdaje. Strach więzi, miłość uwalnia. Strach rujnuje, miłość buduje. Strach jątrzy, miłość koi.”

Kiedy pierwszy raz przeczytałam tę książkę, właśnie te słowa zrobiły na mnie największe wrażenie. Zatrzymały mnie w miejscu i sprawiły, że postanowiłam wejść do Króliczej Nory i coś zmienić w swoim życiu. Zaczęłam od matrycy. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że skupiając się na zmianie wzorców i kształtowaniu siebie, zapomniałam o Dwóch Drogach. Kroczyłam do przodu, ale jakby środkiem. Tymczasem nie na tym rzecz polega, by skakać z dróżki na dróżkę lub iść sobie między nimi, bo to ślepy zaułek.
Wczytajmy się jeszcze raz w powyższe słowa. Przeanalizujmy je.
„Strach nas okrywa, miłość ukazuje nagą prawdę o nas.”
Strach nas okrywa, także prawdę o nas. To, dlatego tak wiele osób boi się wejść do Króliczej Nory, boi się odpowiedzialności za własne życie. Odrzuca Miłość, przede wszystkim tę do samego siebie.
„Strach więzi, miłość uwalnia”
Droga lęku utrzymuje nas w klatce naszych przyzwyczajeń, strachów, fobii, naszego trwania bez Bycia. Miłość uwalnia z tej klatki, ukazuje nam prawdę, czasem bolesną, ale jednak prawdę. I uwalnia od obaw i zmartwień na przyszłość, bo kto kocha i ma wiarę, ten się nie boi. Bo i czego? Demonów przyszłości? Jeśli tak, najczęściej sam je tworzy lub przywołuje.
Co z tego, że w Króliczej Norce zmienimy siebie, ukształtujemy się od nowa i uświadomimy sobie nasze lęki, emocje, bolączki, skoro zepchniemy je tylko na dno Norki? Jaki sens ma jedynie świadomość tego, Kim w Istocie Jesteśmy, a nie Doświadczanie Tego, Kim w Istocie Jesteśmy? Jaki sens ma w końcu stworzenie siebie od nowa, poznanie siebie, a jednocześnie zamartwianie się tym, co się stanie za X czasu, nie wiedząc nawet czy to nastanie?
Udało mi się doświadczyć stanu bez lęku. Było to najcudowniejsze uczucie, jakiego doświadczyłam. Zakochanie się, pierwszy dzień wakacji, pierwsza randka, uśmiech dziecka, wschodzące słońce… Nic z tych rzeczy nie oddaje nawet w połowie stanu szczęścia, jaki daje życie bez lęku. Trudność polega na utrzymaniu w sobie tego stanu. Bo nagle wypełzają z zakamarków nowe lęki, obawy, zamartwiania się na przyszłość. Znowu na chwilę wkraczamy na drugą Drogę i życie zaczyna tracić na blasku, płowieje.
Otrzymaliśmy dar wolnej woli, od nas, więc zależy, którą z Dwóch Dróg wybierzemy, na którą będziemy wracać, jeśli zboczymy. Może poniższy cytat, także z Ksiązki D. Walscha, pomoże dokonać wyboru:
„(…)jeśli wybierzesz działanie z miłości, osiągniesz coś więcej niż przetrwanie, zwycięstwo czy sukces. Wówczas doświadczysz w całej chwale, Kim W Istocie Jesteś, i kim możesz być”.
Pozdrawiam.

Śmierc Pana Gąsiennicy

„Alicja Wspięła się na paluszki i natychmiast zauważyła ogromnego, niebieskiego pana Gąsienicę. Siedział wygodnie z rękami skrzyżowanymi na piersiach i pykał wolno i uroczyście z olbrzymiej fajki, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie.” Tak na karty „Alicji w Krainie Czarów” wkracza Pan Gąsienica. Kim on jest i jaką rolę w powieści spełnia, nie będę tu omawiać. W zasadzie pożyczyłam sobie Pana Gąsienicę, by przedstawić nieco inną rzecz.
Kim dla jest ten zapożyczony Pan Gąsienica? Dla mnie jest on każdym, nie całkiem zadowolonym z siebie, goniącym za marzeniami, pieniędzmi, pragnieniami, człowiekiem. Uwikłanym często w toksyczne związki. Albo samotnym, zgorzkniałym Kimś, kto żyje w przekonaniu, że przegrał życie. Czasem obwinia o swój los Boga, czasem rodziców lub zły los. Innym razem pecha. Pan Gąsienica może być też Kimś bardzo ze swego życia zadowolonym, mającym dobra pracę, kochającą rodzinę. Słowem Pan Gąsienica może być Tobą, Mną, Nim…
Jednak pewnego dnia Pan Gąsienica budzi się i stwierdza, że bez względu na to jak wygląda jego życie, kim jest z zawodu, w jakim tkwi związku, do jakiej religii należy, czegoś mu brak. I zaczyna szukać. Szuka tak długo, aż dochodzi do wniosku, że najwyższa pora wejść do Króliczej Nory i poznać przyczynę poszukiwań. W wypadku Pana Gąsienicy Królicza Nora staje się kokonem, w którym z gąsienicy przepoczwarza się w poczwarkę. Zasnuwa, więc wokół siebie samoutwardzalną nić i tkwi samotnie w swym kokonie. Analizuje siebie, poznaje od najbardziej mrocznej strony po te najbardziej świetlistą. Wchodzi tak głęboko, że w końcu dociera do swej duszy. A dusza Pana Gąsienicy wie, Kim Jest w Istocie i Czego Jej Potrzeba. Teraz zaś, wie to też Pan Gąsienica. I nie chce być dłużej Panem Gąsienicą, ale tym, Kim Jest w Istocie. Bo zagłębiając się w siebie, w swój kokon, poznał i zaakceptował swoją Gąsienicowatość. A jednocześnie zapragnął zmienić to na formę bardziej mu odpowiadającą. Formę swej duszy, Istoty i tego, Kim Jest. I dlatego Pan Gąsienica umarł, zostawiając za sobą zeschniętą i martwą skorupę gąsienicowatości i narodził się jako Motyl. Motyl, który stworzył samego siebie, a teraz z rozwiniętymi skrzydłami wzlatuje wysoko w promieniach słońca.
Każdy z nas musi przejść drogę Pana Gąsienicy. Każdy jednak pewnego dnia obudzi się z przeświadczeniem, że coś w jego życiu jednak nie jest takie, jak być powinno. Bo Motyl – dusza – zdoła wreszcie przebić się do serca Pana Gąsienicy. Przypomni o sobie.
Dla jednych to przebudzenie już nadeszło, inni zaczynają odczuwać nadchodzący świt, jeszcze inni być obudzą się dopiero w następnych wcieleniach. Ale tak, czy inaczej, pewnego dnia każdy stanie się Motylem.
Wejrzyj w siebie. Może właśnie teraz nadeszła świadomość świtu i czas zacząć przeobrażanie w poczwarkę, a z niej w Motyla?

środa, 3 listopada 2010

Rzucamy palenie

Zerwanie z nałogiem to ważna i dobra decyzja. Jednak łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. Dlatego postanowiłam podać kilka rad dla tych, którzy zdecydowali się rzucić palenie.

Krok pierwszy: znajdź powód dla którego warto zerwać z nałogiem. Chyba najważniejszym z nich jest nasze zdrowie. Warto sobie uzmysłowić, że wskutek nałogowego palenia papierosów na świecie co chwilę umiera jedna osoba. Poza tym nie paląc będziemy mieć zdrowszy wygląd, bardziej wyostrzone zmysły smaku i węchu. Warto tez sobie uzmysłowić, że dla otoczenia palacze po prostu śmierdzą.

Krok drugi – Jeśli powyższe argumenty są mało wystarczające – warto pomyśleć o finansach i zaoszczędzić pieniądze. Dobrze jest przeliczyć sobie ile miesięcznie wydajemy na papierosy i to pomnożyć przez ilość miesięcy w roku. Kwota jest duża, prawda? Proponuje codziennie przez trzy miesiące odkładać sobie do skarbonki lub skarpety kwotę jaka dziennie przeznaczamy na papierosy. Po tym czasie podliczmy wszystko i zafundujmy sobie upominek jako nagrodę za wytrwanie w nie paleniu. Możemy się zdziwić jak kosztowny prezent sobie kupimy.

Krok trzeci: jako dzień rzucenia palenia dobrze jest wyznaczyć sobie jakąś ważną dla nas datę. Może to być dzień naszych urodzin, imienin, Nowy Rok. To musi być dzień przełomowy. Tego dnia mówimy sobie KONIEC, NIGDY WIĘCEJ i tego się trzymamy.

Krok czwarty: o naszej decyzji powiadamiamy rodzinę i przyjaciół. Takie posunięcie po pierwsze wspomoże nam wytrwać bez nałogu – bo nie wypada złamać danego słowa, Po drugie przyjaciele i rodzina mogą nam pomóc dobrym słowem i wsparciem.

Krok piąty: Pierwsze dni bez papierosa mogą być bardzo trudne. Można się w tych dniach wspomóc. W aptece można obecnie dostać wiele środków wspomagających walkę z nałogiem. Chęć zapalenia można tez skutecznie powstrzymać gumą do żucia, miętusami, zagryzaniem pestek dyni czy słonecznika. Dobra metodą jest też żucie kłącza tataraku.
Jeśli te środki zastępcze nie pomagają można spróbować różnorakich terapii, jak np. akupunktura, hipnoza, aromaterapia, ćwiczenia jogi, wizualizacja. Sposobów na to jest wiele ale każdy musi znaleźć właściwy dla siebie.

Najważniejszy jest pierwszy krok. Dużym sukcesem jest już podjęcie takiej decyzji. Potem trzeba już w niej wytrwać.

Niektórzy w tym miejscu mogą powiedzieć, ze łatwo mówić, komuś, kto nie pali. Fakt. Ale podaję siebie za przykład. Paliłam blisko 20 lat i to sporo, bo minimum paczkę dziennie albo i lepiej. Od ponad roku jestem wolna od nałogu. Pewnego dnia powiedziałam sobie dosć. I zaczęłam mysleć o sobie, jako o kimś wolnym od nałogu, nigdy nie palącym. Udało się bez gum, plastrów itp. Naprawdę da sie i to bez jakiejs silnej woli, wspomagaczy za setki złotych, bo wszystko zaczyna sie i kończy w nas. A z perspektywy czasu wiem, ze warto było. Dziś czuję smak i zapach nawet wody, nie wydaję setek złotych na psucie sobie zdrowia i mogę zlapać oddech pełną piersią.